Powrót                                                                                      

 

 

Andrzej J.R. Wala

 

Ahistoryczność jako argument „neorewizjonistów”

 

Sądzę, że dla sporej części czytelników ten dziwaczny tytuł może brzmieć dość zagadkowo. Zaraz więc wyłożę, o co mi idzie.

Z upływem połowy minionego wieku w piśmiennictwie historycznym Stanów Zjednoczonych - dotyczącym historii podboju kontynentu i kolonizacji europejskiej - zaznaczył się nowy nurt interpretacyjny. To, co dotychczas opisywano jako szlachetną misję cywilizacyjną białego człowieka, zostało pod-dane ostrej, bezpardonowej krytyce. Jedną ze sztandarowych pozycji „nowej fali” stała się słynna praca Francisa Jenningsa: The Invasion of America. Indians, Colonialism and the Cant of Conquest.[1] Już samo użycie sformułowania „inwazja” - miast stosowania dotychczasowych eufemizmów – zaznaczało wielki przełom. W jakiś czas potem, David E. Stannard, wydał dzieło o dobitnie brzmiącym tytule: American Holocaust.[2]  Nie sposób tu wszakże wyliczyć wszystkich prac historyków i antropologów tego nurtu.

Lata 1980-te, wraz z charakterystycznym przesunięciem się w prawo wewnętrznej i zewnętrznej polityki amerykańskiej, sprowadziły podobną reakcję w środowisku naukowym. Owych bezwzględnych krytyków starej, europocentrycznej historiografii amerykańskiej nowe, republikańskie, więc „patriotyczne” gremium opatrzyło, pobrzmiewającym pejoratywnie, przydomkiem „rewizjonistów”. Jednakże efektu obnażenia „rewizjonistycznej” prawdy nie można już było zatuszować! Jedyną rzeczą, jaka pozostała europocentrykom, było znalezienie czegoś, co znacznie osłabiłoby siłę wymowy Jenningsa, Stannarda i innych.  W tym aspekcie wskazanie na „ahistoryczność myślenia” lewicy intelektualnej wydawało się znakomitym argumentem. Dlatego też nową generację prawicowych krytyków pozwalam sobie nazwać równie pejoratywnie - „neorewizjonistami”.

W popularnym artykule o zachęcającym tytule „Pokój na papierze, wojna na preriach”[3], znany czytelnikowi polskiemu historyk amerykański, Robert M. Utley, dokonując „wyważonej” interpretacji procesu podboju Indian Zachodu przez Stany Zjednoczone, pisze m. in.:

Jednym z najbardziej błędnych wyobrażeń o erze Dzikiego Zachodu jest, iż rozwiązanie tego - co eufemistycznie nazywano ‘problemem indiańskim’- było rozmyślną polityką zagłady rządu Stanów Zjednoczonych.[4]

Gdzie indziej zaś dodaje:

Eksterminacja górskich Indian w Kalifornii, (...) choć akceptowana przez rząd stanowy, nie reprezentowała oficjalnej polityki ani nie była nawet procesem zamierzonym.”[5]

Całość swych rozważań zamyka Utley w słowach następujących:

Zbyt często  nie dostrzega się, iż wartości i zachowania dzisiejszych ludzi, niezależnie od rasy, pochodzenia etnicznego lub płci, nie są tamtymi, z końca XIX-wieku.”[6] 

Argumentując w podobny sposób, w innym artykule pt. „Czy szkoły dla Indian były takie złe? Komentarz antropologa”[7], adiunkt w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM, Tarzycjusz Buliński, rozprawia się ze współczesnym nam „złym mitem” szkoły dla dzieci indiańskich, przedstawionym na łamach „Tawacinu” przez Luthera Standing Beara, a także Bruce’a E. Johansena.[8]  I on, jak na nowoczesnego naukowca przystało, zauważa:

Ludzie żyjący w przeszłości widzieli świat inaczej niż my teraz. A antropologia i historia są od tego, aby to widzenie przybliżać. Nie zaś dopasowywać do dzisiejszych potrzeb i postulatów, choćby nie wiadomo jak szczytnych i jak bardzo uzasadnionych moralnie”[9]   

Nie trudno zauważyć, iż artykuły Utleya i Bulińskiego, dość charakterystyczne dla obecnej historiografii amerykanistycznej, zasadzają się na skądinąd słusznym argumencie, iż nie należy rozpatrywać przeszłości przez pryzmat naszych aktualnych pojęć i wyobrażeń. Albowiem czyniąc tak uprawiamy myślenie ahistoryczne: zniekształcamy obraz ówczesnych stosunków międzyludzkich, mentalności społecznej – jednym słowem – fałszujemy ówczesną rzeczywistość.

 Śpiesząc ze swym prywatnym poparciem dla tej znakomitej tezy, przywołam tu, nieco trywialny w swej oczywistości, fakt, iż matka moja, rocznik 1901, reprezentowała biegunowo odmienne od synowskich poglądy na życie. Np. panie pokroju dzisiejszych „kobiet wyzwolonych” były dla niej biblijnymi wszetecznicami, jeśli nie ostrzej – lafiryndami! Gdy więc taka ocena wywołuje mój gwałtowny sprzeciw, to i tak nie potępię matczynej „wsteczności”, ponieważ pragnę uniknąć oskarżenia o haniebną ahistoryczność! Wszak jej mentalność stanowiła produkt innych czasów... 

Gdyby ruszyć dalej tym samym tropem, czy podobnie nie należałoby mi rozumować w przypadku, odległych nam o 70 lat, nazistów? Przecież oni również „myśleli inaczej”, inną była otaczająca ich rzeczywistość. Czy mój osąd ich morderstw, obozów śmierci, i bezwzględnego terroru wobec Żydów, „Cyganów” i Słowian jest prawdziwy i precyzyjny, skoro, chcąc nie chcąc, posługuję się „pryzmatem” dzisiejszego pojmowania rzeczy? Czy jestem w błędzie, gdy myślę o nich: „ludobójcy”? Wszak to określenie pojawiło się już po wojnie, a przyjęło i rozpowszechniło, kiedy byłem nastolatkiem! To może oni nie byli ludobójcami, tylko my ich tak nazwaliśmy, bo myślimy odmiennie i oceniamy ich według dzisiejszych wartości i wyobrażeń?

Jeśli ktoś zakrzyknie z oburzeniem, że używam tu demagogicznego, absurdalnego argumentu, odpowiem, że przystaje on logicznie do poruszanego problemu i stosuję go z całą premedytacją. Bowiem nasz obecny stosunek do zbrodni nazistowskich nie skupia się przecież nad możliwością zafałszowywania obrazu rzeczywistości z lat 1934-1945. Potępiając hitlerowskie ludobójstwo kierujemy się empatią wobec prześladowanych i masakrowanych, i odnosimy się z odrazą do straszliwych skutków ideologii Rosenberga biorąc pod uwagę przede wszystkim przerażający upadek ludzkiego rozeznania między dobrem a złem. Dla naszej oceny etycznej nie jest ważne, jakie to uwikłania doprowadziły do rozwoju morderczych praktyk nazistów. Choć bez wątpienia uwikłania te mogą być ważne dla właściwego zrozumienia rzeczywistości historycznej i rozpoznania prawdy o innym świecie, czyli tego, o co idzie historykowi Utleyowi i antropologowi Bulińskiemu. Ale też zgłębienie „kontekstu historycznego” w żaden sposób nie może służyć łagodzeniu win okrutników i morderców! A o to właśnie, podejrzewam, głównie „neorewizjonistom” idzie.

Wróćmy na moment do Utleya. Jego kilka podsumowujących stwierdzeń wywołuje również moją podejrzliwość i niepokój. Wprawdzie nie ma dokumentów dowodzących, iż w Waszyngtonie istniał plan zagłady Indian - tak, jak w Berlinie istniały dyrektywy „ostatecznego rozwiązania problemu Żydów”- ale czy nieme przyzwolenie dla dowództwa armii, czy samo działanie tej armii nie wskazuje na realizowanie intencji państwa? Czy konsekwentne wybicie bizonów – nigdzie nie zapisane jako plan – nie dowodzi takich intencji u kolejnych ekip rządu Stanów Zjednoczonych? A to, że wykonane zostało rękami prywatnych myśliwych, nie wojska? Bardzo zgrabnie! Bo też nikt tego nie zabraniał w „wolnym państwie”!

Utley uzmysławia nam różnice między białymi Amerykanami Zachodu, którzy w sali teatru w Denver krzyczeli do senatora Doolittle’a o Indianach: exterminate them!,[10] a humanitarnymi Amerykanami ze Wschodu, zbierającymi się w malowniczym Lake Mohonk, by radzić nad „ludzkim” rozwiązaniem problemów tubylczych. Daje nam do zrozumienia, że ci, którzy narażeni byli na bezpośredni kontakt z „okrutnymi, prymitywnymi tubylcami”, nie mogli mieć złudzeń. Czyli, nie mówiąc tego wprost, urabia podświadomość czytelnika tak, by jakoś rozgrzeszała entuzjastów pułkownika Chivingtona. Broni spadkobierców tych, których Francis Jennings słusznie określił invaders, a których dzisiejsi antropolodzy – „neorewizjoniści” uznają za zgoła niewinnych „migrantów”.

Zastanówmy się. Czy to, że ludzie z poprzedzających nas stuleci myśleli inaczej ma oznaczać, iż np. nie widzieli wystarczająco ostro zła, jakiego dopuszczali się ich bliźni, lub oni sami? Nie sądzę! Nie mielibyśmy słynnych obrońców Indian: Montesinosa, Las Casasa, nie byłoby ekspiacyjnego „testamentu” konkwistadora , Mansia Serry de Leguizamona, czy nacechowanej głęboką empatią i poczuciem winy mowy senatora z New Jersey, Theodore’a Frelinghuysena. Nie byłoby słynnej książki Helen Hunt Jackson, ani uczuciowego stwierdzenia agenta D.L. Clinka (dość niewygodnego casusu dla argumentacji Tarzycjusza Bulińskiego). Zofia Kozimor w artykule „Szkoły z internatem dla Indian czyli o kolonizacji i dekolonizacji umysłów”[11] cytuje za Rosą Amelią Plumelle-Uribe wypowiedź Georgesa Clemenceau (1841-1929) we francuskim  Zgromadzeniu Narodowym:

(...) Nie próbujmy maskować przemocy obłudną nazwą cywilizacji. Nie mówmy o prawie ani obowiązku. Podbój, który pan zachwala, to ni mniej ni więcej jak wykorzystanie siły, jaką daje cywilizacja naukowa, aby zawładnąć człowiekiem, maltretować go, wydusić całą jego siłę w interesie rzekomego cywilizatora. To nie jest prawo, lecz jego zaprzeczenie. Mówić przy okazji o cywilizacji, to do gwałtu dorzucać hipokryzję.[12]

A więc tych, którzy czuli i myśleli inaczej nie było tak mało. Jules Maigne, Georges Clemenceau, to byli ludzie współcześni Richarda Henry’ego Pratta. Stwierdzenie antropologa Bulińskiego: „Prawie nikt nie myślał w ten sposób”,[13] w odniesieniu do mentalności XIX-wiecznej, staje się przez to dość wątłym argumentem. 

 Owszem, inne były uwarunkowania kulturowe, powodujące np., że dla wielu dobrych chrześcijan bezwzględne rzezie ze Starego Testamentu mogły stanowić przykład wart naśladowania. Lecz sumienie, intuicyjne wyczucie dobra i zła pozostawało i pozostaje – może poza przypadkami osobniczego niedorozwoju czołowych płatów mózgu – zawsze takie samo. Toteż kiedy mam do czynienia z podkreślaniem różnic między dzisiejszą a „wczorajszą” mentalnością społeczną, obyczajowością i in. aspektami zachowań kulturowych, jako głównym powodem niewłaściwości osądzania czynów naszych przodków, zawsze podejrzewam autorów o premedytacyjny „apologetyzm”, czyli próbę obrony za wszelką cenę oszustów, rzezimieszków i morderców pod pretekstem ich przynależności do innej rzeczywistości, ale wydaje mi się, iż prawda jest taka, że byli to „cywilizowani biali” i chrześcijanie!

Bowiem powiedzmy sobie szczerze, że eksterminacja Indian, czy Aborygenów australijskich, albo ohyda niewolnictwa Afrykańczyków ciągle pozostają dla współczesnych białych historyków, antropologów czy polityków zjawiskami „częściowo wytłumaczalnymi” ponieważ dotyczyły społeczności „kolorowych” i „niecywilizowanych”, a nikt - poza zupełnymi pomyleńcami - nie próbuje kwestionować  l u d o b ó j s t w a  „jaśniejszych” Żydów, Romów i Słowian...                                                       

Artykuły Utleya i Bulińskiego oprócz  koincydencji ukazania się po przeciwnych stronach Atlantyku w tym samym mniej więcej czasie, posiadają dodatkową „koincydentalność”: Utley również dotyka sprawy szkół dla dzieci indiańskich. Kiedy pisze o kapitanie Pratcie nie waha się, by określić go jako „tępego, dogmatycznego i bezkompromisowego”.[14]  Czyżby tu omyłkowo posłużył się „pryzmatem teraźniejszości”? Być może. Trzeba jednak pamiętać, że Richard Henry Pratt był oficerem-weteranem (ilu takich zakładało wówczas szkoły?), a jeśli zgodzimy się z poznańskim antropologiem, gdy powiada: „Jedną z normalnych metod pedagogicznych była dyscyplina i kara fizyczna (...)” – i dalej -  „W tym wymiarze szkoły dla Indian nie były niczym wyjątkowym.”[15], to trudno jednocześnie nie zauważyć, że rygor – bodaj w przypadku Carlisle – mógł być nawet jak na tamte czasy zupełnie wyjątkowy. I butnie zakładam, że ten mój domysł posiada większy procent prawdopodobieństwa niż nieco ekwilibrystyczne przypuszczenia poznańskiego antropologa o młodych Indianach, których „(...) cierpienia[..] ciała doświadczone u Obcych” mogły być odbierane „jako sposób na stanie się pełnowartościową osobą.”[16] Otóż bardzo w to powątpiewam. Wprawdzie nie mający nadziei na adopcję jeńcy indiańscy, okazywali niezwykły hart wobec zadawanych im tortur - mimo pełnej świadomości, że godziny ich są policzone - ale postawa ta była rezultatem ich własnych, prywatnych praktyk umartwiania ciała i hartowania ducha, nigdy zaś – jak mi wiadomo – wynikiem obcej interwencji. Tak więc ten pomysł złagodzenia „złego mitu” szkoły indiańskiej także zaliczam w poczet chybionych wysiłków „neorewizjonistów”.

Z dalszej krytyki tekstów Standing Beara i Johansena można wynieść generalne wrażenie, iż indiańscy uczniowie całkiem dobrze znosili dyscyplinę i szkolne warunki.  To wszakże natychmiast nasuwa mi skojarzenie z fotografią zamieszczoną w artykule Utleya, przedstawiającą całą „załogę” z Carlisle, uchwyconą w „połowie lat 1880”.[17] Choć zdjęcie jest znakomicie ostre, nie można na nim znaleźć bodaj jednej uśmiechniętej buzi. Czyżby to miało być potwierdzeniem stereotypu indiańskiego stoicyzmu? A może to jednak rezygnacja i cierpienie?

Interesujące, jak Utley w małym, suplementującym artykuliku pt. „Kill the Indian... Save the Man”, w tym samym „Wild West”,[18] opisuje dzieje jednego ze słynniejszych absolwentów Carlisle, Siuksa, Wiele Koni (Plenty Horses):

Wiele Koni, jak większość jego kolegów z klasy, wrócił w końcu do swych pobratymców w rezerwacie Rosebud, w Południowej Dakocie, gdzie skonstatował, iż jest obcym w dwóch światach. Był zbyt biały dla Indian i zbyt indiański dla białych. Nie mógł znaleźć pracy do jakiej przygotowało go Carlisle, bowiem wszystkie zostały oddane z politycznego klucza. Przez nikogo nie akceptowany dryfował bez celu. Nagły impuls zaoferował mu rozwiązanie (...)

Krwawe wypadki z 29 grudnia 1890 w Wounded Knee – opisuje dalej Utley – wywołały panikę wśród Indian trzymających się dotąd w pobliżu rezerwatowej agencji. Wiele Koni znalazł się w grupie, która oddaliła się stamtąd, a którą dowództwo korpusu usiłowało uspokoić i zawrócić do rezerwatu. Wysłano więc porucznika Edwarda W. Caseya, przekonującego zwierzchników, że potrafi jej przywódców nakłonić do rozmów. Gdy Casey znalazł się w pobliżu indiańskiego obozu zastąpiła mu drogę grupa wojowników żądając, by zawrócił. Kiedy Casey ruszył z powrotem, Wiele Koni poderwał swój winchester i wystrzelił. Porucznik, trafiony w tył głowy, zwalił się martwy na ziemię. Aresztowany później zabójca, przyznając się do winy, tak oto przemówił do ławników:

Jestem Indianinem. Przez pięć lat byłem uczniem w Carlisle i uczyłem się sposobu życia białego człowieka. Byłem samotny. Zastrzeliłem porucznika, aby znaleźć sobie miejsce wśród swych pobratymców. Jestem teraz jednym z nich. Zostanę powieszony, a Indianie pogrzebią mnie jako wojownika. Będą ze mnie dumni. To mnie satysfakcjonuje.[19]

„Czy szkoły dla Indian były takie złe?

Nie ma znaczenia, że „opętani postępem i cywilizacją” ówcześni „myśliciele” mogli nie przywiązywać wagi do niszczenia kultur tubylczych. Faktem jest, że je niszczyli. Powtórzę: jeśli usprawiedliwiamy ich w imię „mentalnej odmienności”, to wypada nam w ten sam sposób usprawiedliwić Torquemadę i Sepulvedę, Corteza i Pizarra, Amhersta i Jacksona, a gdzie indziej Berię, Stalina i Hitlera. Dobrze jest znać prawdziwy kontekst historyczny, uwarunkowania kulturowe i uwikłania polityczne, lecz to wszystko nie może służyć łagodzeniu osądu ponadczasowych zbrodni, ani zmieniać kwalifikacji moralnej złoczyńców. Tym bardziej, że jak podkreśliłem w tytule, idzie tu raczej o ideo-logiczne rozgrywki wg osobistych przekonań nowej generacji historyków i antropologów.         

Na koniec zaś zauważę, że gdy podstawowym celem polemiki Tarzycjusza Bulińskiego wydaje się być błędna, ahistoryczna ocena rzeczywistości Standing Beara i Johansena, to tu popełnił drobne faux pas nie zauważając, że ten drugi wyraźnie stwierdza, iż slogan:

„Zabić Indianina, by ocalić człowieka” (...) Dopiero później zaczęto (...) odczytywać jako ilustrację kulturowego wyniszczenia”.[20] 

Ale tak to już jest, że kiedy  kto się uprze na ideologicznego przeciwnika, to go „młóci na oślep” i tyle.

Andrzej J.R. Wala


[1] Francis Jennings: „Invasion of America. Indians, Colonialism, and the Cant of Conquest”,  Nowy Jork – Londyn 1976.

[2] David E. Stannard: “American Holocaust”, Nowy Jork – Oksford, 1992.

[3] Robert M. Utley: Peace on Paper, War on Plains (w:) “Wild West”, October 2008, ss. 30-36.

[4] Tamże: s. 31

[5] Tamże: s. 33

[6] Tamże: s. 36

[7] Tarzycjusz Buliński: Czy szkoły dla Indian były takie złe? Komentarz antropologa. (w:) „Tawacin”  2 (82), lato 2008, ss. 27-30.

[8] Luther Standing Bear: Kopiować i naśladować. Pierwsze dni w szkole z internatem. (w:) „Tawacin” 1 (81), wiosna 2008, ss. 20-23, oraz Bruce E. Johansen: Kanada wypłaca odszkodowania ofiarom szkół z internatem dla tubylców, tamże: ss. 24-30.

[9] Tarzycjusz Buliński, tamże: s. 30.

[10] Robert M. Utley: tamże: s. 31.

[11] Zofia Kozimor: Szkoły z internatem dla Indian czyli o kolonizacji i dekolonizacji umysłów (w:) www.cochise.com.pl  podstrona: „Indianie”. 

[12] Tamże: za Rosą Amelią Plumelle-Uribe „La ferocite blanche, Genocides occultes de 1492 a nos jours”, Paryż 2001.

[13] Tarzycjusz Buliński: tamże: s. 27.

[14] Robert M. Utley: Kill the Indian… Save the Man (w:) “Wild West”, October 2008, s. 37.

[15] Tarzycjusz Buliński: tamże: s. 28.

[16] Tamże: s. 30.

[17] Robert M. Utley: Peace on Paper, War on Plains, tamże: s. 34 (USAMHI).

[18] Robert M. Utley: Kill the Indian… Save the Man, tamże: s. 37.

[19] Tamże: s. 37.

[20] Bruce E. Johansen: Kanada wypłaca odszkodowania ofiarom szkół z  internatem dla tubylców (wJ „Tawacin”  1 (81), wiosna 2008, s.  24.

_______________________

©Zofia Kozimor

 
   Powrót

Do góry