Powrót                                               

 

 

Antropologia kulturowa – wielka szkoła cynizmu?

W 81 numerze „Tawacinu” (wiosna 2008) opublikowane zostały trzy artykuły na temat szkół z internatem dla Indian: amerykańskie dokumenty dotyczące organizacji tych szkół, relacja Luthera Standing Beara, wychowanka szkoły w Carlisle w Stanach Zjednoczonych, oraz artykuł Bruce’a Johansena relacjonujący bulwersujące fakty związane ze szkołami w Kanadzie[1]. Dwa ostatnie świadectwa stanowią zadziwiające odstępstwo od programowej linii „Tawacinu”. Dlatego prawdopodobnie nie trzeba było długo czekać na reakcję ze strony naukowego zaplecza kwartalnika. W kolejnym numerze pisma pojawił się artykuł antropologa kulturowego z Poznania, Tarzycjusza Bulińskiego[2], który poczuł się w obowiązku skomentować te świadectwa. Zaniepokojenie badacza wywołały artykuły Standing Beara i Johansena, którym zarzuca, iż nie przedstawiają suchych faktów, lecz proponują ich interpretację, a co za tym idzie polityczny przekaz. Jakie są te fakty? Ano dzieci bito, poniżano, surowo karano za używanie własnego języka, wykorzystywano seksualnie. A na czym polega interpretacja tych faktów? Na wniosku, że szkoły z internatem przyniosły mnóstwo cierpień, wyrządziły wielkie szkody, a powstały w celu kulturowego wyniszczenia Indian. I ta właśnie interpretacja nie podoba się panu Bulińskiemu. Nie, żeby negował fakty, wszystkie one są (niestety) prawdziwe. Błędne natomiast są wnioski, jakie z tych faktów wyciągnięto. Owszem, w XIX wieku świadomie dążono do rozbicia plemion, zniszczenia tradycji, wierzeń i obrzędów, wykorzenienia języków i sposobu życia Indian, ale ponieważ nikt wtedy nie nazywał tych praktyk kulturowym wyniszczeniem, więc o rozmyślnym wyniszczeniu kultur indiańskich mowy być nie może. Jest to argumentacja wątpliwej jakości. Gdy hitlerowcy likwidowali sześć milionów Żydów, również nikt jeszcze nie nazywał tego ludobójstwem. Z wyjaśnień antropologa rozumiemy, że pomimo ogromu materiałów, świadectw i wspomnień, opis zjawiska jest sprawą złożoną. Dlaczego? Dlatego, że opis warunkuje ocenę. A z negatywną oceną działań Europejczyków na kontynencie amerykańskim zgodzić się nie można. Ponieważ bez karkołomnej intelektualnej ekwilibrystyki nie da się wykazać, że szkoły maltretujące, poniżające, przetrącające kręgosłup moralny dzieci były instytucjami dobrymi, przyjaznymi i humanitarnymi, antropologowie znaleźli inne wyjście. Jeżeli dobrej oceny wydać nie sposób, należy się od oceniania powstrzymać. Twórców szkół z internatem osądzać nie można, gdyż uwarunkowani byli ówczesnym sposobem myślenia o ludziach i o świecie. Według naukowców z „Tawacinu” pojęcie praw człowieka (będące uznaniem jego wartości), idea tolerancji (odmiana miłości bliźniego), powstały dopiero w drugiej połowie dwudziestego wieku. Jeszcze sto, a nawet pięćdziesiąt lat temu były oświeconym chrześcijanom nieznane. Nie szkodzi, że chrześcijaństwo i jego nauki liczą sobie dwadzieścia wieków, że humaniści Renesansu relatywizowali pojęcie barbarzyństwa, a filozofowie Oświecenia uczyli wyobraźni i wrażliwości antropologicznej, nie szkodzi, że Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela ogłoszona została w XVIII wieku, a polityka kolonialna i teorie rasistowskie miały od początku zagorzałych przeciwników. Według „Tawacinu” Zachód wyłonił się deus ex machina z kulturowego i duchowego niebytu jakieś 50 lat temu. Odbiera nam to wszelkie prawo do oceny zjawisk, które miały miejsce wcześniej. Fakty można przytaczać, wyjaśniać ich historyczny kontekst, ale wara od ich oceniania, a ściślej mówiąc potępiania. To prawdziwe szczęście, że oprawcy Żydów zostali osądzeni i skazani zanim do problemu dobrali się politycznie zaangażowani naukowcy! Dobrali się, ale później. Z całą mocą naukowych autorytetów Ernst Zündel, Arthur Butz, David Irving dowodzili, że cyklon B służył jedynie do dezynfekcji, a za holokaust odpowiedzialni są sami Żydzi. Lewis V. Thomas, Justin McCarty przekonywali z kolei, że Ormianie padli ofiarą walk cywilnych, a nie masakr i deportacji. Podobne tezy formułuje dziś wielu antropologów odnośnie do wyniszczenia Indian.

Broniąc szkół z internatem, pan Buliński wysuwa zupełnie fantastyczną hipotezę, według której doznawane przez pensjonariuszy cierpienia wcale nie musiały być oceniane przez nich negatywnie: „całkiem realna wydaje mi się możliwość, że wychowankowie tych szkół postrzegali życie w internacie (czyli cierpienie ciała doświadczone wśród obcych) jako sposób na stanie się pełnowartościową osobą”[3]. Oto co nazywam intelektualną ekwilibrystyką! Nie wolno nam potępiać nadużyć tych szkół, ale możemy i powinniśmy uznać pozytywną wartość tych nadużyć, gdyż niechcący stwarzały Indianom możliwość zamanifestowania ich męstwa. Tarzycjusz Buliński tak się zapalił do tej idei, że proponuje przeprowadzenie badań potwierdzających jej słuszność. Sugeruję, by te badania posunął dalej i sprawdził, czy wśród pensjonariuszy nie było kilku masochistycznych neurotyków, którym zadawanie cierpienia przynosiły przyjemność. Wtedy o szkołach można by mówić w superlatywach. Nie rozumiem tylko, na kim pan Buliński miałby te badania prowadzić. Sam napisał, że „wywiady z żyjącymi osobami nie są obiektywną relacją, ale interpretacją, dokonaną przez konkretnych ludzi o konkretnym sposobie patrzenia na świat”[4]. Skoro materiały zebrane przez Królewską Komisję w Kanadzie i wyznania Standing Beara skażone są wymową ideologiczną, dlaczego mielibyśmy dać wiarę materiałom Tarzycjusza Bulińskiego?

I tu dochodzimy do problemu obiektywizmu badań historycznych i antropologicznych. Historyczny opis nigdy nie podaje zjawisk nagich, nazywa rzeczy, dokonuje wyboru, interpretuje. A interpretacje zawłaszczane są przez ideologie. Tarzycjusz Buliński zarzuca tekstom Standing Beara i Johansena, że są politycznie zaangażowane. Ale i jego tekst jest mocno naznaczony zarówno ideologicznie, jak politycznie. Cechuje go ciasny europocentryzm, konformizm, przekonanie o prawach, jakie daje dominacja i skwapliwe tej dominacji usprawiedliwianie. O ile postulaty Standing Beara i Johansena są uzasadnione moralnie, o tyle tekst pana Bulińskiego epatuje cynizmem.

Wobec tak rozbieżnych interpretacji faktów, powstaje pytanie, czy istnieje jeśli nie uniwersalny to przynajmniej właściwy naszej kulturze probierz, który pozwoliłyby na rozstrzygnięcie między dwoma odmiennymi ocenami? O braku takiego probierza przekonany był obrońca Adolfa Eichmanna, gdy utrzymywał, że jego klient popełnił czyny, za które dostaje się medal w przypadku wygranej, a idzie na stryczek w razie przegranej. To cyniczne stwierdzenie odniesione do Eichmanna szokuje. Jednak najbardziej szokujące jest to — mówi Zygmunt Bauman — że nasze racjonalne społeczeństwo przyjmuje podobne rozumowanie jako coś naturalnego, zgodnego ze zdrowym rozsądkiem[5]. Sposób pisania o podboju Ameryki zdaje się to potwierdzać. Historię Indian piszą dziś zwycięzcy. Racjonalnie, w całkowitym oderwaniu od oceny moralnej, rozpatrują działania i racje grupy dominującej, dla której przemoc i gwałty, jako najskuteczniejsza metoda realizacji celów, były logiczne i uzasadnione. Przedstawione w kontekście historycznych uwarunkowań, racjonalnie wytłumaczone, gwałty znajdują usprawiedliwienie, a zjawisko dominacji staje się jednym z banalnych elementów rzeczywistości.

Kwestionując ów relatywizm moralny, można by się odwołać do przykładu tych wszystkich, którzy, w różnych epokach i różnych systemach, nie poddawali się dyktatowi ideologii i głośno protestowali przeciwko zinstytucjonalizowanym i zalegalizowanym zbrodniom. Ograniczę się do przykładu Sophie Scholl, niemieckiej studentki żyjącej podczas drugiej wojny światowej w Monachium, dla której nie ulegało wątpliwości, że ów probierz istnieje. Nazywała go krótko: moje sumienie. To właśnie silny kościec moralny nie pozwolił jej ulec presji dobrych obywateli szczerze oddanych narodowej ideologii i stojących jak mur za Hitlerem, to dzięki niemu konsekwentnie, z niezwykłą odwagą kwestionowała politykę nazistów i obnażała „legalne” zbrodnie, za co zapłaciła głową w wieku 21 lat. Sophie Scholl i jej przyjaciele z organizacji Biała Róża wykazali ową, tak cenną dla Hannah Arendt, zdolność rozróżnienia między dobrem i złem w warunkach, gdy jedyną wskazówką staje się własny osąd, pozostający w całkowitej sprzeczności z jednomyślną opinią wszystkich dookoła[6]. Sophie Scholl na pewno nie dopasowywała swojego rozumienia dobra i zła do „dzisiejszych potrzeb i postulatów”, była przekonana, że zakodowane jest ono w naszej kulturze[7]. To samo przekonanie wyraził Ryszard Kapuściński, pisząc, że naszą obroną przed zbrodniami może być tylko „tenor moralny jednostek i społeczeństw, wrażliwość duchowa, wola czynienia dobra, nieustanne, a uważne wsłuchiwanie się w słowa przykazania: «miłuj bliźniego jak siebie samego»”[8]. Jeżeli każdy opis rzeczywistości jest jej interpretacją, może warto przypomnieć sobie o tym ponadczasowym probierzu i nie bać się oceny faktów. A mając do wyboru rozbieżne interpretacje, odrzucać cynizm, a opowiadać się za tymi, które są „szczytne i uzasadnione moralnie”.

Jeśli nie dokonamy oceny moralnej zjawisk, które miały miejsce w odległej i mniej odległej przeszłości, jeśli ich nie potępimy, tak jak potępiało je wielu ówczesnych świadków, nie będzie żadnego powodu, aby dziś przeciw podobnym zjawiskom protestować. Pojęcia tolerancji i praw człowieka mogły zostać odkurzone i zyskać na sile w drugiej połowie XX wieku właśnie dlatego, że w obliczu moralnego upadku i barbarzyństwa, których teatrem stała się Europa, pewne teorie i praktyki osądzono. Niewątpliwie przyszło to tym łatwiej, że osądzono i potępiono przegranych.

Problem w tym, że obnażając teorie i praktyki nazistów, zwycięzcy — budowniczowie imperiów i twórcy Gułagu — chcąc nie chcąc, postawili się w dwuznacznej sytuacji. Zbrodnie hitlerowców bowiem nie powstały w historycznej próżni, lecz były ukoronowaniem istniejącej od wieków rasistowskiej i ludobójczej tradycji. Teorie rasistowskie, dyskryminacja rasowa i zbrodnie na tle rasowym stanowiły integralną część systemu politycznego wszystkich państw kolonialnych. Dlatego po rozgromieniu hitlerowców pojawiła się nagląca konieczność oddzielenia praktyk uznanych oficjalnie za zbrodnicze od podobnych praktyk, za które nikt nie zamierzał ponosić odpowiedzialności. Najpierw więc spierano się długo przy ustalaniu prawnej definicji ludobójstwa gwarantującej potępienie jednych zbrodni, a nietykalność drugich, a potem w sukurs politykom przyszli historycy i antropologowie z pojęciem tzw. ahistoryczności. Ci próbują nas dziś przekonać, że „ponieważ ludzie żyjący w przeszłości widzieli świat inaczej niż my”, nie mamy prawa osądzać ich czynów ... z wyjątkiem zbrodni nazistowskich i stalinowskich, czyli tych, których sprawcy nie mają z nami nic wspólnego.

Trudno jednak nie zauważyć, że to dyskredytowane przez Tarzycjusza Bulińskiego myślenie „ahistoryczne” odnosi sukcesy i zatacza coraz większe kręgi, gdyż jest odpowiedzią na immanentne zapotrzebowanie przyzwoitości i sprawiedliwości. W czerwcu tego roku premier Kanady przeprosił indiańskie ludy za cierpienia wyrządzone przez szkoły z internatami. Przeprosiny te są uznaniem win ze strony państwa kanadyjskiego i wzięciem za nie odpowiedzialności. Nieco wcześniej rząd Australii przeprosił Aborygenów za lata poniżeń i prześladowań. W 2001 roku Francja uznała handel niewolnikami za zbrodnię przeciwko ludzkości. A dla etnologa Claude’a Lévi-Straussa nie ulega wątpliwości, że podbój Ameryki i eksterminacja amerykańskich Indian stanowią największą zbrodnię czasów nowożytnych. Dzięki wysiłkom ludzi, którzy wierzą, że niezgoda na zbrodnie jest ważniejsza od wyszukiwania w historycznym kontekście usprawiedliwień dla zbrodni, bezkarne dotąd praktyki są demaskowane i potępiane. Wysiłki te oddają sprawiedliwość maltretowanym ludom i prowadzą do refleksji nad kulturą, która, szczycąc się swoimi wartościami i ochoczo je eksportując, do zbrodni dopuściła.

Na koniec odniosę się do jednej jeszcze uwagi pana Bulińskiego. Stwierdzając, że idea tolerancji i wymiany między kulturami zrodziła się dopiero w drugiej połowie XX wieku, antropolog pisze: „Jeśli wczytać się w narrację Standing Beara, okaże się, że i on – jako dziecko – nie widział w swojej edukacji niczego, co można by powiązać z ideą tolerancji i współpracy z innymi kulturami”[9]. Jako dowód braku otwartości indiańskich kultur pan Buliński przytacza fakt, iż młody Standing Bear „opisuje swój wyjazd do szkoły wyłącznie w kategoriach wojennych: zwycięzcy szydzą ze zwyciężonych, by na końcu ich zabić”[10]. Zapomina jednak dodać, że tę retorykę narzucili mu właśnie zwycięzcy. Od urodzenia chłopiec nie zetknął się z innymi działaniami białych jak przemoc, prześladowania i masakry. „W owych czasach – wspomina – do Indian na ulicy rzucano kamieniami, jak do wałęsających się psów”[11]. Podczas podróży wystraszone dzieci, wystawione na śmiech i drwiny białych, zakrywały głowy kocami, przekonane, że idą na śmierć. Podobnie Ishi, ostatni „dziki Indianin” Ameryki, oddając się w ręce białych, nie oczekiwał od nich niczego innego jak natychmiastowej egzekucji. Zarówno Ishi, jak i dzieci wiezione do Carlisle mieli bardzo istotne powody, by takiego traktowania się obawiać. Trudno było w tych warunkach wyrażać „chęć do wymiany językami i ideami”. Tymczasem wiele dokumentów i świadectw mówiących o spotkaniu Europejczyków z mieszkańcami Nowego Świata podkreśla otwartość tubylców, ich ciekawość i umiejętność przyjęcia obcego. Hiszpańscy kronikarze notowali, że chrześcijanie nierzadko witani byli z uszanowaniem i honorami, jakie oddawano bogom. Dotyczyło to zarówno ludów Mezoameryki, jak i nomadów z północy i południa. Theodora Kroeber opisuje pełne godności próby ludu Yana nawiązania kontaktów z miejscowymi osadnikami. Również Apacze, którym lubimy przypisywać najgorsze cechy, przez 13 lat cierpliwie znosili kolonizowanie swojej ziemi przez Amerykanów, kampanie wojskowe, butę i pogardę białych awanturników, zanim przystąpili do wojny. O bogatej wymianie, do jakiej doszło, pomimo wojen, między osiadłymi nad jeziorem Patzcuaro rolnikami i rybakami, a wojowniczymi nomadami z północy opowiada Relacja o Michoacanie przekazana hiszpańskim kronikarzom przez kapłanów Purhepecha. Wojny bowiem — zauważył Claude Lévi-Strauss — nie zagrażają istnieniu kultur, jeśli pojęcie różnicy między kulturami nie staje się poczuciem wyższości jednej z nich[12]. Lévi-Strauss zapytuje również, jak to było możliwe, że garstka Hiszpanów mogła z taką łatwością rozbić tysiące uzbrojonych Azteków. Uważa, że o losie Mexiców zadecydowała owa chwila wahania właściwa społeczności gotowej do przyjęcia Innego. Tę chwilę ufności bez skrupułów wykorzystali Hiszpanie. Dużo później za swą niewybaczalną ufność okazaną białym Mangas Coloradas zapłacił głową. Indiańskie społeczności, zarówno nomadów, jak osiadłych rolników, zawierały w swym łonie miejsce dla Innego i to między innymi okazało się dla nich zgubne. Obnażać dziś „podbój Nowego Świata, zniszczenie jego ludów i ich wartości” — mówi Claude Lévi-Strauss — to zdobyć się na konieczny „akt skruchy i pobożności”[13]. Nie jest to niewątpliwie po myśli tych wszystkich antropologów, historyków, polityków i wojskowych, którym europocentryzm nie pozwala na zakwestionowanie czegokolwiek z własnej historii i na jakikolwiek akt skruchy. Prawdopodobnie dlatego, śledząc współczesną historię, trudno nie dostrzec, że również dziś zaakceptowanie dialogu z odmienną kulturą jest dla wielu z nas czymś nie do pomyślenia.


[1]„Tawacin” nr 1 [81] wiosna 2008

[2] Tarzycjusz Buliński, Czy szkoły dla Indian były takie złe. Komentarz antropologa, Tawacin nr 2 [82] lato 2008.

[3] Tame.

[4] Tamże.

[5] Zygmunt Bauman, Modernité et holocauste, Editions La Fabrique, Paryż 2002.

[6] Tamże.

[7] Inge Scholl, La Rose blanche. Six Allemands contre le nazisme, Editions de Minuit, Paryż 2008. Patrz też Sophie Scholl, ostatnie dni, film  Marca Rothemunda oparty na protokołach przesłuchań.

[8] Ryszard Kapuściński, De la nature des génocides, « Le Monde diplomatique », marzec 2001.

[9] Tarzycjusz Buliński, op. cit.

[10] Tamże.

[11] Luther Standing Bear, Kopiować i naśladować, Tawacin nr 81, wiosna 2008.

[12] Claude Lévi-Strauss, Race et Histoire, Race et Culture, Albin Michel/ Editions UNESCO, Paryż 2005.

[13] Claude Lévi-Strauss, Histoire de lynx, Pocket, Agora, Paryż 2005.

_______________________

©Zofia Kozimor

 
   Powrót

Do góry