Powrót                                        

 

 

Freddie

 

Rozmowa z Freddim Kaydahzinne nie jest łatwa. Freddie mieszka w rezerwacie Mescalero w stanie Nowy Meksyk, jest Apaczem Chiricahua, potomkiem Cochise’a i Chatto. Adres Freddiego dał nam jego brat Vincent, rzeźbiarz, którego poznaliśmy w Ruidoso. Vincent telefonicznie zawiadomił brata o moim i Andrzeja przyjeździe. Gdy nadjeżdżamy, Freddie siedzi na tarasie swojego domu i szlifuje kamienie, z których wyrabia biżuterię. Jest podobny do brata, ma przyjemną twarz o regularnych rysach i długie czarne włosy. Wcale nie jest zachwycony, że nas widzi. Mówi jednak, żebyśmy usiedli i zaczyna wyliczać Europejczyków, z którymi ostatnio rozmawiał, Niemców, Francuzów, Holendrów. Wszyscy szukają sensacji do kolejnych artykułów o potomkach Cochise’a i Geronimo. Zdaje się czekać na pytania z naszej strony. Nie zadajemy mu jednak pytań. Mówimy, że byliśmy na ziemi Cochise’a. Opowiadamy o wycieczkach w górach Chiricahua, podczas których widzieliśmy niedźwiedzia i pumę, co jest, jak nas zapewnili leśnicy, rzadkością. Pumy widzą ludzi, ale ludzie ich nie widzą. Mówimy, że w rezerwacie Mescalero spotkaliśmy się z Brie, która dwa lata temu obchodziła ceremonię dojrzewania. Brie ma teraz 16 lat, uczy się, sama prowadzi samochód. Mówimy o ceremonii błogosławieństwa w górach Dragoon, pokazuję mu naszyjnik, który dostałam od Felicitas z San Carlos. Freddie wiedział o ceremonii, ale nie mógł na nią pojechać. Patrzy na naszyjnik, poznaje natychmiast kryształki z Perigot. Prosi Edith, swoją żonę, żeby przyniosła mu katalog półszlachetnych kamieni. Pokazuje nam kamienie z Perigot w stanie surowym i oszlifowane. Potem wyjmuje kolekcję własnych kamieni. Potrafi wszystkie odróżnić i nazwać. Pokazuje duży brunatno-żółty kamień i pyta, czy wiemy, co to jest. Przyznajemy się do ignorancji. Okazuje się, że jest to skamieniała kość prastarego olbrzyma.

Potem Freddie powraca do szlifowania turkusów. Nuci apacką pieśń. Znam ją, zaczynam nucić razem z nim. Freddie przerywa pracę, patrzy na mnie. Zaczynam nucić inną pieść, którą z kolei Freddie podejmuje. Opowiadamy mu wtedy o naszej podróży do Dragoon Springs na północnych stokach gór Dragoon. Wybudowano tam niegdyś postój dyliżansów. Ruiny tego postoju stoją do dziś. Po skończonych negocjacjach Cochise’a z generałem Howardem, na mocy których założono rezerwat Chiricahua, Apacze zorganizowali tam uroczystą ceremonię. Zaproszeni oficerowie z Fortu Bowie uczestniczyli w cudownym indiańskim spektaklu. Dzisiaj są tam tylko ruiny, a niedaleko nich znajdują się cztery groby białych żołnierzy, cztery kopce z kamieni, na których ułożono sztuczne kwiaty i zatknięto amerykańskie chorągiewki. Stoi też tablica upamiętniająca wojskowych i cywilów poległych w walce z Apaczami. Poza tym kaktusy, agawy, dzikie kwiaty i ogromna pustka. Żadnej wzmianki o ludziach, którzy święcili tu zawarcie pokoju, żadnej informacji o Indianach, którzy tu żyli, wyrabiali meskal, kochali, cierpieli, walczyli. Odeszliśmy z Andrzejem od grobów i kiedy znaleźliśmy się koło ruin zajazdu, zaśpiewałam apacką pieśń, tę, którą nuciłam przed chwilą. Zaśpiewałam apacką pieśń, żeby przywołać w tym miejscu pamięć Indian i uczcić wspomnienie tych, których nie upamiętniła żadna tablica. Freddie pyta z niedowierzaniem, czy naprawdę to zrobiłam. Potem wstaje ze stołka, rozsiada się w hamaku i zaczyna z nami gawędzić. Mówi, że dwa lata temu śpiewał na ceremonii Brie. Dobrze pamięta, tańczyły wtedy trzy grupy tancerzy w koronach, razem piętnastu.

 

Ruiny postoju dyliżansów w Dragoon Springs

Freddie ma duszę artysty i rozmaite talenty. Wyrabia biżuterię, śpiewa, gra na bębnie. Zna doskonale język Apaczów, mnóstwo legend i opowieści. Chce koniecznie nagrać płytę z tradycyjnymi pieśniami. Mówi nam, jak się wymawia apackie słowa i co one znaczą. Wymawia słowo i natychmiast znajduje pieśń, w której to słowo jest użyte. Go żą, go żą, to życzenie dobrego dnia. Jestem zachwycona. Freddie powinien nagrać tę płytę.

Freddie prosi żonę, żeby podała mu papier i długopis. Spisuje nam drzewo genealogiczne rodu Cochise’a, wymienia potomków z pierwszego i drugiego małżeństwa:

Z pierwszą żoną Dos-Teh-Seh Cochise miał dwóch synów: Tazę i Naiche.

Taza nie miał dzieci.

Naiche z żoną Dorothy (Haozinne) miał czworo dzieci o imionach: Amelia, Christian, Hazel i Barnabas.

Amelia zmarła w latach 80. Rozmawiał z nią jeszcze Edwin Sweeney, pracując nad biografią Cochise’a. Zostawiła czwórkę dzieci. Ich imiona to Silas, Somony, Virginia i Ollie.

Silas Cochise jest postacią niezwykle znaną i szanowaną w rezerwacie Mescalero. Ze względu na zasługi dla społeczności Apaczów ma prawo używać nazwiska Cochise. Inni potomkowie słynnego wodza z jego pierwszego małżeństwa noszą nazwisko Naiche.

Christian miał troje dzieci: Karis i Altheę i Elbys. Elbys jest dziś wiekową panią o niespożytej energii. Przez długi czas pracowała jako kustosz w muzeum w rezerwacie Mescalero. Współpracuje z muzeum Apaczów w Willcox, wygłasza odczyty o kulturze Apaczów.

Karis miała trójkę dzieci: Sidneya, Hazel i Sharon.

Althea i Karis Naiche podczas ceremonii dojrzewania w 1940 roku.

Sidney Barker jest bardzo cenionym szamanem, dziś jest prawie niewidomy, co dla Apaczów jest wielką stratą. Rozmawialiśmy z nim podczas ceremonii dojrzewania Brie. Ma piękną twarz o regularnych rysach przypominającą twarz Naiche.

Z drugą żoną (jej imię nie jest znane nawet Freddiemu) Cochise miał dwie córki. Jedna z nich, o imieniu Dasdenzhoos, wyszła za mąż za Kaydahzinne. Mieli dwoje dzieci: Nelsona i Lenę. Nelson miał syna Williama, który ożenił się z Paulene, a ich dziećmi są Freddie, Vincent i siostry.

Freddie i Vincent są więc praprawnukami Cochise’a z jego drugiej żony. Są też potomkami Chatto.

Chatto ożenił się z Helen, z którą miał córkę (Freddie nie podaje jej imienia), ta córka miała córkę Paulene, która wyszła za mąż za Williama, prawnuka Cochise’a.

Helen i Chatto, pradziadkowie Freddiego.

(zdjęcie ze strony: https://myspace.com/freddiekaydahzinne)

Historię rodziny i imiona potomków Freddie ma w jednym palcu. To dlatego Vincent mówił, że trzeba go zobaczyć. Pytam Freddiego, ile osób mieszka w rezerwacie Mescalero. Odpowiada bez wahania, że 4400 i jestem przekonana, że ta liczba jest najbardziej precyzyjna (nauczycielki języka apackiego w miejscowej szkole mówiły nam, że w rezerwacie mieszka ok. 4000 osób). Jednak na pytanie ilu jest Chiricahuów, a ilu Mescalero, Freddie nie potrafi odpowiedzieć i odnoszę wrażenie, że nie ma to dla niego znaczenia. Dziś wszyscy się wymieszali. On jest Apaczem Chiricahua, jego żona Apaczką Mescalero. Najciekawszej odpowiedzi na pytanie o liczebność Chiricahuów udzielił nam Joseph Geronimo, potomek słynnego wojownika. Powiedział, że dzisiaj każdy podaje się za Chiricahuę, więc trudno się doliczyć.

Freddie opowiada o swojej rodzinie, o zsyłce na Florydę, o niezdrowych norach, w jakich mieszkali ludzie, o malarii i gruźlicy, które zabijały ich jak muchy, o rozpaczy dzieci zabieranych matkom i umieszczanych w internatach, o rozpaczy matek, które każdego dnia przebywały pieszo dziesiątki kilometrów, żeby swoje dzieci zobaczyć. Mówi z przekonaniem, sugestywnie, jakby sceny te widział i sam przeżył gehennę.

Wspomina znanego etnologa Morrisa Oplera, który przez kilka lat mieszkał w rezerwacie Mescalero i spisywał podania, legendy i tradycje Apaczów. Freddie bardzo ceni podejście Oplera do Apaczów, fakt, że długo mieszkał wśród nich, oparł się na ich świadectwie, zaufał ich pamięci. Freddie mówi o Oplerze z detalami, ale nie mógł go znać, jest na to za młody. Opler musiał zostawić po sobie niezwykle żywe wspomnienie, podtrzymywane przez ustną tradycję Apaczów. Natomiast prace Edwina Sweeneya wydają się Freddiemu mniej ważne. Sądzi, że amerykańskie archiwa nie mogą przekazać prawdy o Apaczach. Staję w obronie Sweeneya, mówię, że jest historykiem, chce przede wszystkim odtworzyć historię walk, bieg wydarzeń, a o Apaczach pisze z ogromnym zrozumieniem i sympatią. Freddie pozostaje sceptyczny. Owszem, Sweeney jest wielkim przyjacielem Apaczów, ceniony jest jako człowiek, ale ta drobiazgowa wiedza, którą zbiera, nie ma znaczenia, gubi się w niej dusza Apaczów, istota ich kultury, czyli to, co jest naprawdę ważne.

Freddie opowiada o urodzie rezerwatu, w którym teraz żyją, o tym, że przez pomyłkę dano Apaczom dobre ziemie. Dużo tu pastwisk, można hodować bydło i konie. Ludziom wiedzie się tu lepiej niż w rezerwacie San Carlos. To prawda, domostwa Indian są tu solidniejsze, zasobniejsze niż w Arizonie. Często są ładnie utrzymane. Zbieramy się do odejścia. Freddie mówi, żeby do niego zadzwonić, gdy przyjedziemy następnym razem, pokaże nam ciekawe miejsca w górach i opowie apackie historie i legendy, których nie ma w żadnych książkach. Wiemy, że Freddie nie będzie odpowiadał na listy, ale wiemy też, że następnym razem rozmowa z nim będzie łatwiejsza.

Lipiec 2007

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry