Powrót

 

 

Bartoszowi skrzeczącemu odpowiedź

W majowym numerze „Nowych Książek” ukazała się recenzja „Apaczów” Edwina Sweeneya pióra Bartosza Hlebowicza. Recenzent potraktował pracę Sweeneya pobieżnie, tendencyjnie i bardzo nierzetelnie. Z całego bogactwa detali opisujących Apaczów wyłowił fakt, że lud ów stanowił luźno połączone odłamy, których interesy rzadko okazywały się zbieżne. Do tego stopnia, że „jedna grupa Apaczów bez problemu mogła ofiarować swoje usługi amerykańskiemu wojsku w tropieniu innej”. Czy recenzent na pewno przeczytał omawianą książkę?! Sweeney mocno podkreśla fakt, że za życia Cochise’a Amerykanie nie wpadli jeszcze na pomysł, żeby do tropienia Apaczów wykorzystać samych Apaczów. Była to praktyka późniejsza, wprowadzona w życie podczas wojen z Geronimem, gdy struktura społeczna ludu Nde legła w gruzach. Meksykanie, godząc się na traktaty z Apaczami, wysuwali warunek o koniecznej współpracy Indian z wojskiem, wymóg ten jednak pozostawał zawsze martwą literą. Na początku lat siedemdziesiątych w głowach Amerykanów poczęła kiełkować myśl o wykorzystaniu przeciw rebeliantom Apaczów Zachodnich, których osadzono w rezerwatach, niemniej do samego końca wojny z Cochise’em armia amerykańska zmagała się z Apaczami bez pomocy indiańskich zwiadowców. Cochise był wodzem wyjątkowym między innymi dlatego, że potrafił pociągnąć za sobą liczne grupy chiricahuańskich wojowników.

Według recenzenta tymczasem z walecznością Apaczów i wielkością samego wodza nie należy przesadzać. „Apacze nie prowadzili wojny narodowowyzwoleńczej, lecz byli grabieżcami i złodziejami. […] Cochise był wielkim wodzem nie ze względu na szlachetny charakter, lecz dlatego, że doprowadził do perfekcji łupieżczy styl walki Apaczów” (sic!). Sweeney podchodzi do Indian ze zrozumieniem, nie tracąc nic z obiektywizmu badacza, co trudno powiedzieć o recenzencie. Historyk dwoi się i troi, przytacza dziesiątki wypowiedzi amerykańskich oficerów, pragnąc wykazać, do jakiego stopnia zarówno Indianie, jak i Amerykanie zafascynowani byli osobowością, uczciwością i charyzmą Cochise’a. Podkreśla, że wpływ Cochise’a na Indian był zjawiskiem wyjątkowym w kulturze Apaczów, tłumaczy jego powody, wykraczające daleko poza sukcesy w wyprawach łupieżczych. Drobiazgowo przedstawia styl walki Apaczów: taktykę wciągania w pułapkę, praktykę zwabiania przeciwnika w niedostępne góry, ataki z zaskoczenia, działania dywersyjne przed głównym uderzeniem. Nigdzie nie wspomina o „łupieżczym stylu walki”. Wyłuszcza natomiast istotne różnice między wyprawami wojennymi Apaczów, a wypadami grabieżczymi, których nie należy ze sobą mylić, co tak gładko uczynił recenzent. Na dziesiątkach stron opisuje wysiłki Apaczów dążących do wyrugowania ze swych ziem Meksykanów i Amerykanów, do zachowania własnego stylu życia i własnej kultury. Nie trzeba tej walki nazwać narodowowyzwoleńczą, żeby zrozumieć jej charakter. Nie dotarło to do recenzenta, tak jak nie dotarło doń nic z tego, czym żyli, w co wierzyli, czego pragnęli i o co walczyli Apacze, nic z ich nadziei, cierpień i dramatów.

Nie mogło zresztą dotrzeć. Nie o pracę Sweeneya recenzentowi chodziło. Celem jego krytyki była tłumaczka. Stwierdziwszy, że w książce przez nią przełożonej roi się od wszelkiego typu błędów, recenzent koncentruje się na znakach pisarskich i starannie je wylicza. Razi go słowo „Biali” pisane dużą literą. Tymczasem według słownika ortograficznego „Biali” w ujęciu historycznym tak właśnie należy pisać. Podobnie ma się rzecz z Biurem do Spraw Indian. Czerniąc papier „Nowych Książek”, recenzent podkreśla, że słowo „Spraw” powinno być z małej. Nie szkodzi, że słownik radzi coś przeciwnego i że w ten właśnie sposób Biuro do Spraw Indian zapisane jest w polskiej literaturze przedmiotu („Apacze” Worcestera w przekładzie A. Sudaka, artykuły „Tawacinu”).

„Dziwnie brzmi – pisze dalej recenzent – próba spolszczenia nazwy ludu Ute. Zaproponowani przez tłumaczkę Jutowie to lud germański, „Ute” zaś funkcjonuje w literaturze przedmiotu, również polskiej”. Dziwne jest przede wszystkim to, że literatura przedmiotu, zignorowana w przypadku Biura do Spraw Indian, staje się nagle autorytetem w przypadku Jutów. Wygląda na to, że za literaturę przedmiotu należy uznać przekłady pana Hlebowicza. W nazewnictwie plemion indiańskich panuje spory bałagan. Cheyenne’ów można tłumaczyć na różne sposoby. W języku mówionym przyjęła się nazwa Czejeni i tak właśnie zapisał ją Aleksander Sudak w swojej monografii Komanczów. Pan Hlebowicz forsuje wersję Szejeni, gdyż ta „lepiej oddaje brzmienie zarówno francuskiego Cheyenne, jak i sposobu, w jaki tę nazwę wymawiają Amerykanie”. Dlaczego więc nie przeforsować spolszczonej nazwy Jutowie? Oddaje ona oryginalną wymowę, a przy tym można ją odmieniać. Nie szkodzi, że jest to jednocześnie nazwa ludu germańskiego. Wiele słów ma kilka znaczeń. Kontekst nie pozwala pomylić „pokoju” na świecie z „pokojem” sypialnym. Podobnie, dla wszystkich chyba jest jasne, że Jutowie, z którymi Apacze się stykali, nie byli ludem germańskim. Dopóki językoznawcy wespół z amerykanistami nie opracują słownika plemion indiańskich, trudno rozdzierać szaty nad tym, że jedni piszą Apacze Pinal, a inni Apacze Pinalenio.

Recenzent rozwodzi się nad znakami pisarskimi, ale to nie one pogrążają przekład. Najgorsze jest to, że polską wersję „bardzo źle się czyta z powodu zatrzęsienia błędów stylistycznych, translatorskich i niezrozumiałych ingerencji tłumaczki w tekst”. To już są ciężkie oskarżenia. Jest to za jednym zamachem unicestwienie książki i tłumaczki, która nie tylko jest marną translatorką, ale w dodatku nie umie pisać po polsku.

Tłumaczka ma na swoim koncie kilka przekładów poetyckiej prozy Le Clézio. Francuski noblista nie znalazł uznania większości polskich krytyków, niemniej najzagorzalsi jego przeciwnicy przyznawali, że te książki są „nieźle napisane”. O polskiej wersji języka Le Clézio z uznaniem wypowiadali się Agnieszka Wolny-Hamkało, Piotr Matywiecki, Tomasz Burek, Iwona Smolka. (Agnieszka Wolny-Hamkało na temat „Ragi”: „Już samo brzmienie tych słów niesie zmysłową obietnicę. A „Raga" ubiegłorocznego noblisty jest takimi słowami naszpikowana. Przyjemność sprawia już samo ich wymawianie. Szczególnie, że pisarz układa je w zdania, które mają (to także zasługa tłumaczki) piękny podskórny rytm”. Według Piotra Matywieckiego i Tomasza Burka oddany przez tłumaczkę język Le Clézio jest „przepiękny”). Jak to jest, że tłumaczka, której przekłady znalazły uznanie poetów, pisarzy i krytyków literackich, zapomniała nagle pisać po polsku i pozwoliła sobie na zatrzęsienie uchybień, zaniedbań i błędów stylistycznych?

Język Edwina Sweeneya daleki jest od prozy Le Clézio. Niemniej, bez względu na styl pisarza, każdy przekład jest swoistą ingerencją w tekst, wymaga nie tylko sprawności technicznej, lecz także umiejętności jego współtworzenia tak, by brzmiał potoczyście w języku docelowym i wierny był intencji autora. Niekiedy zdanie rozbić trzeba na dwa, innym razem stopić dwa w jedno, czasem, dla jasności przekazu, zmienić ich szyk. Dotyczy to również, a może przede wszystkim, tekstu nie zawsze wdzięcznego, najeżonego datami i faktami, niekiedy drobiazgowego do granic czytelności, jakim jest tekst Sweeneya. Roli tego badacza nie sposób przecenić — po Sweeneyu nie można mówić o Apaczach tak, jak przed Sweeneyem (o czym recenzent tropiący błędy tłumaczki zapomniał napomknąć). Dzięki swej dociekliwości, dzięki przewertowaniu wszelkich możliwych archiwów, Sweeney mógł wyeliminować fantazyjne przekazy dziewiętnastowiecznych fanfaronów, które narobiły sporo szkód w książkach wszystkich niemal historyków piszących o Apaczach. Potrafił obalić legendy, mity i wymysły narosłe wokół postaci Geronima, Thomasa Jeffordsa i samego Cochise’a. Udało mu się wydobyć z niepamięci wiele malowniczych postaci apackich wodzów, których Amerykanie nie znali, gdyż meksykańska historia Apaczów nie była jeszcze ich historią. Niemniej książek Sweeneya, również w oryginale, nie czyta się łatwo, co przyznają amerykańscy czytelnicy.

Największą jednak niespodziankę recenzent zostawił na koniec. Nie dość mu było obnażyć marność warsztatu tłumaczki, musiał jeszcze uderzyć w nią samą. „Szkoda, – pisze – że polski wydawca […] z pięciu fotografii apackich przywódców pozostawił tylko jedną. W zamian umieścił aż szesnaście kolorowych zdjęć autorstwa męża tłumaczki, przedstawiających miejsca związane z historią Cochise’a i jego ludu”. Argument byłby śmieszny, gdyby nie był tak niski. Sprawa ze zdjęciami wodzów nie przedstawia się tak, jak to sugeruje recenzent. Przed trzydziestu bez mała laty, gdy wyszła książka Sweeneya, dowierzano jeszcze zdjęciom, o których dziś wiemy, że przedstawiają osoby błędnie zidentyfikowane. Dwa zdjęcia zamieszczone przez Sweeneya są wynikiem takiej pomyłki. Zdjęcie rzekomego Victoria przedstawia bliżej niezidentyfikowanego wojownika, zdjęcie zaś rzekomego Tazy przedstawia wojownika zidentyfikowanego. Jest nim apacki zwiadowca Noche, a fotografia zrobiona została dwadzieścia lat po śmierci Tazy. Przyznał to Sweeney w książce „From Cochise to Geronimo” wydanej w 2010 roku (str. 269). Z pozostałych trzech zdjęć, nie jedno, lecz dwa umieszczone zostały w „Apaczach”: fotografia Naiche i obraz przedstawiający Cuchillo Negro, widniejący na okładce. Nie wiem, które z tych zdjęć umknęło uwadze recenzenta, pewnie to z okładki, gdyż najciemniej jest zawsze pod latarnią. Wydawca pominął fotografię Chihuahuy, co można zrozumieć, gdyż Chihuahua nie odegrał żadnej roli w wypadkach opisanych w książce, jako wódz wypłynął dopiero po śmierci Cochise’a, a o jego ewentualnej obecności podczas wielkiej narady z generałem Howardem nie wiemy nic. Gdy na łamach „Nowych Książek” przygania się wydawcy, warto podejść z większą pokorą do własnej niewiedzy.

Warto też wyzbyć się złej woli, gdyż ta podsuwa niegodne argumenty. Owe kolorowe zdjęcia autorstwa „męża” (skąd recenzent wie, że chodzi o męża?...) nie zostały zamieszczone „zamiast” zdjęć wodzów. Zostały zamieszczone „zamiast” dwudziestu czarno-białych i mało czytelnych zdjęć miejsc „związanych z historią Cochise’a i jego ludu”. Sweeney przemierzył byłą Apaczerię wzdłuż i wszerz, zlokalizował wszystkie obozowiska i miejsca potyczek, opisał je, zamieścił zdjęcia. Nie on jest ich autorem, co nigdy nikomu nie przeszkadzało. Apaczerię przemierzyła również tłumaczka. Jaką normę deontologiczną narusza umieszczenie czytelnych kolorowych zdjęć w miejsce niewyraźnych czarno-białych?

Gdy się zapamiętale tropi czyjeś potknięcia, łatwo potknąć się samemu. Wątpliwe argumenty każą się poważnie zastanowić nad intencją całej recenzji. Czy rzetelność wymagana od recenzenta nie weszła tu w konflikt z awantażem, jaki mogła mu przynieść nierzetelność? Prawda, Kochanowski Janie, gdy w grę wchodzi królowanie na własnym podwórku, koguty skrzeczą bez opamiętania.

Zofia Kozimor

 

_____________

©Zofia Kozimor

 

 

Powrót

Do góry