Powrót                                           

 

 

 

I bezstronni nie są bezstronni 

 

Przyznam, że zgodna reakcja redaktorów „Tawacinu” na artykuł Andrzeja Wali zrobiła na mnie wrażenie. Nie mam teraz wątpliwości, należę do kręgów myślących inaczej. No a myślenie inaczej jest myśleniem stereotypowym. Muszę tutaj wyznać, że mam kłopot z pojęciem stereotyp. Jest ono tak często używane na łamach „Tawacinu”, określa zjawiska tak różne, że przestaję rozumieć jego sens. Odnoszę wrażenie, że utrzymywanie, iż Indianie posiadali własną kulturę, jest stereotypem, zainteresowanie ich przeszłością jest podejściem stereotypowym, obawa o ich przyszłość stereotypowym przesądem, na dobrą sprawę wszystko, co napisał Vine Deloria Jr, jest stereotypem, stereotypem jest niewątpliwie to, co wychodzi poza programową linię „Tawacinu”.

Andrzej Wala zasugerował kilka problemów, nad którymi warto się zastanowić. Ale wszelka dyskusja została odsunięta na rzecz wyrazistej dialektyki[1]. Teza i antyteza, słuszna racja i niesłuszny stereotyp. Schematyczne, kategoryzujące podejście do problemów nosi w sobie groźbę naginania argumentów w poszukiwaniu antytezy do postawionej tezy. Nigdzie w artykule Andrzeja Wali nie znalazłam założenia, że naukowcy są niemoralni. Felietonista sytuuje podejście naukowe poza kategoriami moralności i niemoralności. Problem rodzi się dopiero wtedy, gdy naukowcy angażują swoje pióra dla potrzeb koniunkturalnych, co przecież się zdarza. Wielkim nadużyciem polemistów jest sugerowanie, iż Andrzej Wala opowiada się za „tworzeniem i rozpowszechnianiem stereotypowego obrazu Indian”. To tworzenie stereotypów wygląda na jakiś świadomy sabotaż. Z istniejącymi trudno dać sobie radę, a tu mowa o następnych. I jakby nie dość było klasyfikacji tez, trzeba było jeszcze poklasyfikować ludzi. Innymi słowy przyprawić im gębę.

„Tawacin” jest pismem dostępnym dla wszystkich, sięgają po nie ludzie, których motywacje są różne, i różnie wykrystalizowało się ich zainteresowanie tradycyjnymi kulturami. Dlaczego ciągle zarzuca im się klisze, stereotypy i proste rozumienie? Do kogo „Tawacin” jest właściwie adresowany? Dlaczego nie ma zaufania do swoich czytelników i nie przestaje ich infantylizować? Sięgając po „Tawacin”, ludzie dają chyba dowód pewnej dojrzałości, dlaczego odmawia im się prawa do odmiennej opinii, przypisując im naiwne fascynacje i skłonność do uproszczonych obrazów? A może dla „Tawacinu” stereotypowy obraz Indian to obraz z powieści dla młodzieży? W takim razie problemem pisma są nie czytelnicy, lecz sami redaktorzy, którym trudno się od tych obrazów oderwać. Jeśli problem ze stereotypami jest tak wielki, należałoby może przeanalizować te powieści jedna po drugiej i rozprawić się z ich autorami. Dla pisma poważnego, szanującego swoich czytelników, byłoby lepiej, gdyby redaktorzy wznieśli się nad stereotypy i pisali o rzeczywistych problemach Indian. Bez niepotrzebnych insynuacji, bez sprowadzania czytelnika do mentalnego poziomu pierwszoklasisty.

W ten właśnie sposób zrozumiałam uwagę Andrzeja Wali o tym, żeby dać spokój stereotypom. Z artykułów felietonisty jasno wynika, że obraz Indian przezeń przedstawiony daleki jest od ckliwych wymysłów. Po co więc przypisywać mu intencje, których nie wyraził?

Piękne jest stwierdzenie polemistów, iż „przyjaciele” Indian „dążą do zrozumienia i akceptacji” amerykańskich tubylców, podpisuję się pod tym obiema rękami. Problem w tym, że pomimo tej deklaracji, właśnie zrozumienia dla Indian często mi w „Tawacinie” brakuje. Podzielam wiele wątpliwości Andrzeja Wali, ale w przeciwieństwie do niego uważam, że gdyby kwartalnik ograniczył się do naukowej beznamiętności, nie byłoby źle. Gorzej, że pewne przekonania zaczyna jednak wyrażać. Oto przykłady.

Artykuł Dwie biografie z numeru 67. W sposobie, w jaki odmalowano w nim Apaczów, trudno dopatrzyć się bezstronności, czy choćby dobrej woli. Podobne opisy można znaleźć na najbardziej bezmyślnych stronach internetowych. Czym się kierował pretendujący do naukowego charakteru kwartalnik, sięgając po ten schemat i przedstawiając go w sposób szczególnie dobitny? Ponieważ nie podniósł się żaden głos sprzeciwu ze strony redakcyjnego gremium, rozumiem, że opinie te, oraz sposób ich wyrażenia, wpisują się w programową linię „Tawacinu”. Tymczasem uważam, że podobny artykuł nie powinien znaleźć miejsca w żadnym szanującym się piśmie, jako że przytoczone w artykule argumenty o „wrodzonej dzikości” jednych, czy kryminogennej „środkowo-azjatyckiej mentalności” innych pachną, oględnie mówiąc, przesądami. Jakim cudem tekst ten znalazł się w periodyku, który nie tylko walczy ze stereotypami, ale nad wszelkie emocje przedkłada szacunek do Indian i do człowieka w ogóle?

Inny przykład. Wstępniak Redaktora Naczelnego (numer 70), który na kartach pisma poświęconego losom amerykańskich tubylców czarno na białym dowodzi, iż kwestia podboju Ameryki jest dziś sprawą przebrzmiałą, a lament nad tym, że „źli biali napadli na dobrych Indian” trzeba odłożyć do lamusa. Pogląd ten został powtórzony w ostatnim numerze „Tawacinu”[2]. I nie przestaje mnie zadziwiać. Uważam, że odrzucenie refleksji nad podbojem Ameryki i zniszczeniem indiańskich kultur pod pretekstem, że najazdy i zabory ziem są czymś normalnym, jest wyrazem albo cynizmu, albo zakłamania. Nijak to się ma do naszej moralności, na co skwapliwie przymykamy oczy. Tymczasem wystarczyła uwaga Andrzeja Wali, że Indianie mieli prawo do obrony i mogli robić z intruzami, co im przyszło do głowy, by podniósł się protest i odwołanie do naszych wartości i miłości bliźniego[3]. Jak to jest, że nie poczuwając się, gdy nam to wygodne, do własnych zasad, chcemy zobowiązać do nich, a przynajmniej oceniać w oparciu o nie, Indian, których moralne nakazy i zakazy nie pokrywały się akurat z naszymi? Podobnie nie rozumiem, dlaczego, gdy mowa o masakrach dokonanych przez białych, przytacza się jako kontrargument fakt, że Indianie też się wzajemnie zabijali? Czy naprawdę wierzymy, że pomniejsza to odpowiedzialność Europejczyków i Amerykanów? Czy zburzenie bliźniaczych wież w Nowym Jorku przestanie być zbrodnią, jeśli powiemy sobie, że wśród zabitych byli oszuści, złodzieje, gwałciciele dzieci i brutale maltretujący żony? Przykład ten powtarzam za Shermanem Alexie. On też prawdopodobnie ma powyżej uszu argumentacji, że słusznie było zastąpić lokalną niesprawiedliwość niesprawiedliwością zza oceanu.

„Tawacin” nie może narzucać czytelnikom myśli jedynej i prawdziwej, gdyż on też wyraża tylko wersje prawdy, jako że problem z prawdą jest nieco bardziej złożony, niż to się wydaje Diane Keaton[4]. Nie może też, szermując stereotypami, piętnować tych, którzy z przedstawionymi wersjami nie zawsze się zgadzają. Po lekturach socjologów, antropologów i filozofów zastanawiających się nad kondycją cywilizacji zachodniej, której jednym z aspektów jest kolonizowanie i tłamszenie innych kultur, sięgam po „Tawacin”, ciekawa, co na ten temat mogą powiedzieć jego redaktorzy, i dowiaduję się, że mowa o podboju Ameryki nie ma już dziś sensu.

Jak więc wytłumaczyć to, co przydarzyło się amerykańskim tubylcom? Chyba nie wrzucimy do „luk pamięci” faktu, że jeszcze sto pięćdziesiąt lat temu istniały w Ameryce Północnej kultury tradycyjne. Dzisiaj — utrzymuje kwartalnik — Indianie nie różnią się od nas, mają takie jak my problemy i giną w tłumie[5]. Ponieważ o podboju mówić nie warto, o kolonizacji jeszcze mniej, bo to wyświechtany argument PRL-u, a dostrzegać w Indianach ofiary jest stereotypem, tę przemianę Indian „Tawacin” chciałby wytłumaczyć jednym: e w o l u c j ą. Dokładnie taką samą jak ta, która nas uformowała, gdyż — mówi Redaktor Naczelny, nawiązując do idei mocno już zwietrzałych — ewolucja kultur jest jedna i zmierza do jednego celu. Pomyśleć, że niektórym plemionom musiało wystarczyć niewiele ponad sto lat, by ewoluować! Takiego wyczynu nie było jak świat światem. W jakimś niepojętym tempie tubylcy, którym udało się przeżyć, wyrwali się z własnych tradycji, własnej wiary i filozofii, odrzucili własne rozumienie człowieka i świata, i odtworzyli naszą tradycję tak, by żyć i myśleć jak my. Jak oni tego dokonali, jak udało im się tak gładko i bezboleśnie wymienić duszę? Musieli chyba pójść czasem na skróty, czegoś nie zrozumieć, z czymś się nie zgodzić, co musi się przejawiać co najmniej zagubieniem. Chociaż nie, takie myślenie to stereotyp. Oni są tacy jak my, widać to gołym okiem, noszą adidasy, jedzą hamburgery, oglądają telewizję i boją się terrorystów! Czy „Tawacin” naprawdę zdolny jest w to uwierzyć?

Kwartalnik postawił sobie za cel przybliżenie problemów współczesnych Indian. Zastanawiam się, co z tych problemów zrozumie czytelnik, jeśli podbój, zniszczenie indiańskich kultur i niewiarygodna przebudowa ludzi, jaka w wyniku tego nastąpiła, traktowane będą jako tabu. Indianie, od Wilfa Pelletiera po Shermana Alexie, tych spraw od siebie nie oddzielają. Zniewolenie i niesprawiedliwość, które stały się ich udziałem, obecne są w ich świadomości aż po obsesję. Natomiast ich polscy przyjaciele chcą, aby wszyscy uznali, że Indianie przeszli od mokasynów do adidasów w następstwie naturalnych przemian obyczajowych. Redaktor Naczelny podkreśla, że dziś Indianie są niezauważalni i wielu ludziom całkowicie obojętni. Taki niewidoczny Indianin jest rzeczywiście niestereotypowy, a przede wszystkim bardzo wygodny, nie sprawia kłopotów i każe nareszcie o sobie zapomnieć. Ale fakt, że biali zapomnieli o Indianach, nie znaczy, że Indianie zapomnieli o białych. Dowcip o żałobie po Elvisie jest świetny, jeśli weźmie się go dosłownie. Problem w tym, że Indianie nie wszystkim opowiadają o Elvisie. Trzeba posłuchać, co mówią, gdy nabiorą zaufania. Trudno jest przejść do porządku dziennego nad ich zagubieniem, nad ich wrażliwością ludzi „obdartych ze skóry”. Zresztą z Indianami, którym się „powiodło”, którzy żyją poza rezerwatem i giną w tłumie, niekoniecznie jest lepiej. To o nich mówi Sherman Alexie z gwałtownością i siłą, jakie rzadko znajdujemy w literaturze. Wygnani z własnej kultury, emigranci w innej kulturze, dla jednych nie dość indiańscy, dla innych zbyt indiańscy, żyją wewnątrz naszego systemu, ale do niego nie należą, patrzą na otoczenie oczyma przybyszów z daleka. I do bólu podkreślają swą odmienność:

 

„Jako Indianka przesiedlona na mocy prawa kolonialnego, Corliss w zasadzie nigdy nie miała stałego adresu. I na wzór bezdomnych wiodła życie niepewne i niebezpieczne. W przeciwieństwie do białych, którzy tu przybyli, nie musiała wspinać się na górskie szczyty, żeby zaznać mistycznej paniki. Wystarczyło, by nastawiła budzik na następny dzień rano, obudziła się i poszła na zajęcia. Dla Indianki uniwersytet był sportem ekstremalnym. Zasłużyła może na złoty medal za to, że wybrała historię Ameryki i nie wystrzelała wszystkich w ciągu półtorej godziny, podczas której załatwiono pięć wieków indiańskiej historii. Wiedziała, że nie trzeba wiele, by zwariowała. Była potencjalną schizoidalną paranoiczką. Może wszyscy indiańscy bezdomni dotknięci szaleństwem byli niegdyś studentami, którym zbyt długo mówiono o Objawionym Przeznaczeniu”[6].

 

Ufam, że tego tekstu Shermana Alexie nikt nie nazwie tekstem propagandowym. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że Sherman Alexie jest schizoidalnym paranoikiem kurczowo uczepionym stereotypów, „Tawacin” odrzucający refleksję o podboju, kolonizacji, rasizmie, z którym stykają się Indianie, nie będzie w stanie wytłumaczyć nam, dlaczego.

Nie uważam, by „Tawacin” zachowywał chłodny, naukowy dystans wobec omawianych tematów. Wyraża ostatnio dość klarowną postawę, która każe się zastanowić, kto jest dziś mu bliższy, Sitting Bull, czy generał Custer. Bo jeśli pod pretekstem dziwnie pojętej bezstronności obaj zostaną obdzieleni po równo racjami i winami, Indianin pozostanie przegrany. Stanisław Jerzy Lec napisał kiedyś: „I bezstronni nie są bezstronni. Są za sprawiedliwością.” Warto o tym pamiętać.

 

Zofia Kozimor, luty 2007.


 

[1] Mariusz Kairski, Łukasz Krokoszyński, Przyjaciele Indian i miłośnicy Indian, Tawacin nr 76 (zima 2006).

[2] Marek Maciołek, Pułapki na przyjaciół Indian, Tawacin nr 76.

[3] Marek Nowocień, Rozważni i romantyczni, Tawacin nr 76.

[4] Bartosz Hlebowicz, Wersje prawdy, Tawacin nr 76.

[5] Marek Maciołek, Dwa światy, Tawacin nr 76

[6] Sherman Alexie, Ten Little Indians, Grove/Atlantic 2003

 

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry