Powrót                                           

 

 

 

Bitwa na Przełęczy Apaczów

 

15 -16 lipca 1862

 

 

Kilka miesięcy po zajściu z Bascomem, które pchnęło Cochise’a na ścieżkę wojenną, wybuchła wojna secesyjna. Skomplikowała ona sytuację Amerykanów, wpłynęła też na działania Indian. Od 1861 roku, po tym jak pułkownik John Baylor odniósł w Messili zwycięstwo nad wojskami Unii, w Arizonie i Nowym Meksyku zapanowali konfederaci. W 1862 r. wycofującym się w Arizonie Jankesom przybyły z odsieczą posiłki w postaci Kalifornijskich Ochotników. Dzięki nim unioniści zaczęli odzyskiwać stracone pozycje. Nowy Meksyk ciągle pozostawał w rękach konfederatów dowodzonych przez pułkownika Baylora. Wojska Unii, którym przewodził generał Edward Canby, były w odwrocie. Ich sytuacja się pogorszyła, gdy w styczniu 1962 roku napłynęły do Messili nowe oddziały konfederatów generała Henry’ego Sibleya.

 

Chiricahuowie szybko dali o sobie znać, uprowadzając trupie Sibleya około setki koni. Baylor, wściekły na Apaczów Mescalero za zabójstwo 14 Teksańczyków, które miało miejsce kilka miesięcy wcześniej, postanowił wziąć odwet na Chiricahuach. Ruszył za nimi w pogoń na czele wojska oraz milicji złożonej z obywateli Nowego Meksyku i Arizony. Ślad Indian prowadził do Meksyku, do miasteczka Janos w stanie Chihuahua. Baylor wtargnął bez skrupułów na terytorium Meksyku, gdzie udało mu się złapać dziewięciu Chiricahuów z grupy Yrigollena: jednego mężczyznę, trzy kobiety i pięcioro dzieci! Dorosłych kazał zabić, a dzieci sprzedał, wyrównując w ten sposób rachunek za konie.

 

Na początku marca niektóre grupy Chihennów wyraziły chęć zawarcia rozejmu w Pinos Altos. Nie mogły sobie wybrać gorszej pory. Baylor skorzystał z okazji i wydał komendantowi Pinos Altos słynny rozkaz będący wyrazem ludobójczego nastawienia wielu amerykańskich oficerów i cywilów: „Kongres Stanów Zjednoczonych przegłosował ustawę o eksterminacji wszystkich wrogich Indian. Sięgnijcie więc po wszelkie możliwe środki, żeby nakłonić Indian do zawarcia pokoju. Użyjcie whisky i innych trunków tego typu, aby ich zwabić. Gdy zostaną zgrupowani, zabijcie wszystkich dorosłych, a dzieci sprzedajcie, żeby zwróciły się wam koszty”. Pierwszym, który ów rozkaz przykładnie wykonał był sam Baylor.

 

Mangas Coloradas dołączył w tym czasie do Cochise’a, żeby stawić czoło Ochotnikom Kalifornijskim, którzy – jak sądzili Apacze – wysłani zostali do rozprawienia się z Indianami. Ochotnicy zdawali sobie sprawę z konieczności mobilizacji przeciwko Indianom, niemniej ich głównym celem w tym okresie było wyparcie wojsk konfederatów. Ponad 2000 wolontariuszy zgrupowało się pod dowództwem generała Jamesa Carletona. Carleton, zdecydowany przeciwnik konfederatów, żywił wobec Indian te same poglądy co Baylor: traktował ich jak zwierzęta, na które jedynym sposobem była eksterminacja. Po tym względem John Baylor, James Carleton, czy J. M. Chivington tworzyli zwartą i zgodną rodzinę. Chwilowo tylko przyszło im walczyć pod odmiennymi sztandarami.

 

W maju 1862 r., wobec przeważających sił Carletona, konfederaci wycofali się z Tucson. Zaraz następnego dnia zaatakowani zostali przez Cochise’a przy Dragoon Springs. W walce stracili czterech żołnierzy oraz sporo koni i mułów. Jeden z żołnierzy obecny przy zajściu, więziony niegdyś przez Apaczów Zachodnich, potwierdził obecność Francisco u boku Cochise’a, co wskazywało, że podobnie jak Chihenni Mangasa Coloradas, Apacze Coyoteros sprzymierzyli się z wodzem Chokonenów.

 

Po wycofaniu się konfederatów z Tucson, Carleton zabrał się za zaprowadzenie porządku w Arizonie. Bezzwłocznie wysłał oddziały wojska do opustoszałych fortów Buchanan i Breckenridge. W Tucson zarządził stan wyjątkowy i rozprawił się z bandami opryszków terroryzującymi miasto. Mógł teraz pospieszyć z pomocą generałowi Canby’emu, który zmagał się z konfederatami w Nowym Meksyku. Postanowił przerzucić wszystkie siły nad Rio Grande, zostawiając w Tucson jedynie mały garnizon. Kapitan Thomas Roberts z 1 pułku piechoty dostał rozkaz wyruszenia do Nowego Meksyku na czele 126 żołnierzy. Oddział 24 kawalerzystów, uzbrojony w dwie haubice, miał eskortować 22 wielkie wozy oraz 240 sztuk bydła. Podobny transport stanowił dla Apaczów niebywały łup do zdobycia.

 

Konwój Robertsa opuścił Tucson 10 lipca 1862 roku. Podczas postoju nad rzeką San Pedro, Roberts podzielił kolumnę na dwie części. Sam z połową oddziału piechoty, kilkoma kawalerzystami i dwiema haubicami ruszył w drogę do Dragoon Springs. Kapitan John Cremony z wozami, zwierzętami i resztą żołnierzy miał nadejść później. 14 lipca odział Robertsa opuścił Dragoon Springs i przecinając równinę Sulphur Springs udał się w kierunku Przełęczy Apaczów. Cochise i Mangas Coloradas śledzili kolumnę ze wzgórz na Przełęczy, kurz wzbity przez konie widoczny był dobrze na kilka mil dookoła. Apacze, gotowi do walki, czekali na konwój. Do wojowników Cochise’a dołączyli Chihenni Mangasa Coloradas i Apacze Białogórscy Francisco. Wśród Chihennów obecni byli Victorio i Nana. Jak wspomina Asa Daklugi, Apacze sądzili, że zdołają odciąć żołnierzom drogę do źródła. Byli liczniejsi, zajmowali lepsze pozycje, działali z zaskoczenia. Niemniej nie udało im się pokonać wolontariuszy. Nie wzięli pod uwagę roli, jaką w bitwie odegrały dwa działa górskie.

 

Ochotnicy Robertsa weszli na Przełęcz 15 lipca około południa. Gdy dotarli do opuszczonego zajazdu dyliżansów i zaczęli przygotowywać się do postoju, Indianie zaatakowali konwój od tyłu. Pomimo zmęczenia i pragnienia żołnierze natychmiast ukryli się za wozami i odpowiedzieli ogniem. Kilka pocisków „diabelskiej artylerii” zmusiło Chiricahuów do wycofania się. Niemniej walka nie była skończona. W zajeździe dyliżansów nie było wody, do źródła pozostało jeszcze ponad pół kilometra. Żołnierze znaleźli się w podobnej sytuacji jak Bascom półtora roku wcześniej. Ponieważ trzeba było napoić konie, około pierwszej po południu żołnierze wkroczyli do kotliny prowadzącej do źródła. Wtedy Apacze zaatakowali ich, strzelając ze wzgórz położonych po obu stronach kotliny. Roberts wysłał natychmiast w ich kierunku dwie grupy strzelców, a porucznikowi Thompsonowi kazał ostrzeliwać wzgórza z dział. W kierunku Apaczów, ponad głowami strzelców, poleciało pół setki kul, zmuszając Indian do odwrotu. Przy źródle zacięta walka trwała jeszcze dwie godziny.

 

 

Przełęcz Apaczów

 

 

 

Ruiny postoju dyliżansów na Przełęczy.

 

 

 

Widok ze zbocza, z którego strzelali Apacze. Czerwony punkt po prawej oznacza postój dyliżansów. Strzałki w dole pokazują drogę, którą konwój Robertsa kierował się do źródła.

 

 

 

Działo górskie, jakiego użyli Amerykanie podczas walki na Przełęczy. Wystawione w muzeum przy Forcie Bowie.

 

Tablica umieszczona w kotlinie upamiętnia bitwę na Przełęczy.

 

W bitwie na Przełęczy Apaczów zginęło dwóch Amerykanów, kilku zaś zostało rannych. Według oceny Robertsa śmierć poniosło 9 Indian. Cremony, który przybył na Przełęcz następnego dnia i bitwy nie widział, zapewniał, powołując się na słowa tajemniczego „znamienitego Apacza”, że od pocisków dział górskich zginęło 63 Indian, trzech zaś od kul karabinowych. Cremony znany był jednak z daru fantazjowania i tendencji do przesady. Edwin Sweeney notuje, że gdyby rzeczywiście doszło do podobnej masakry, autorytet zarówno Cochise’a, jak i Mangasa Coloradas ległby w gruzach. Tymczasem popularność wodzów nie ucierpiała ani trochę, a ich wpływ na Indian nie doznał uszczerbku.

 

Po skończonej bitwie Roberts pchnął sierżanta Mitchella i pięciu jeźdźców na spotkanie z Cremony'm, który zbliżał się z wozami i bydłem. Żołnierzom udało się wyjechać z Przełęczy, na przedgórzu jednak natknęli się na grupę 20 Apaczów powadzonych, jak wieść niesie, przez samego Mangasa Coloradas. W potyczce, która się wywiązała, jeden z żołnierzy, niejaki John Teal, celnym strzałem powalił Mangasa na ziemię. Według legendy, rannego wodza Apacze przewieźli do Janos w Meksyku (ponad 100 km drogi przez góry i wąwozy!), gdzie miejscowy lekarz pod groźbą spalenia całej wioski, uratował mu życie, wyjmując kulę szeregowca Teala. Te dwa szczegóły przekazane zostały przez Cremony’ego, co kazałoby wątpić w ich autentyczność. Niemniej podobną wersję zdarzeń przekazali Ewie Ball sami Apacze, czym potwierdzili przynajmniej raz świadectwo kapitana.

 

Cochise zaatakował żołnierzy, którzy nadeszli z Cremony'm, z tych samych pozycji na wzgórzach i raz jeszcze działa górskie zmusiły jego wojowników do odwrotu. Gdy po skończonej bitwie Amerykanie zajęli wzgórze, odkryli wzdłuż całego zbocza zmyślne fortyfikacje zbudowane z wielkich kamieni z otworami na strzelby przypominające otwory strzelnicze w średniowiecznych fortecach. To za nimi ukryli się apaccy wojownicy.

 

Bitwa na Przełęczy Apaczów nie przyniosła zdecydowanego zwycięstwa żadnej ze stron, miała jednak poważne reperkusje. Po pierwsze uświadomiła Cochise’owi, że wobec uzbrojenia Białych, nie może pozwolić sobie na frontalne starcia z wrogiem i musi przejść do walk podjazdowych. Amerykanie z kolei zrozumieli, że jeśli chcą skutecznie kontrolować krainę Apaczów, muszą zapewnić sobie dostęp do źródła. Podjęli więc decyzję zbudowania na Przełęczy fortu. Generał Carleton, idąc za sugestią kapitana Robertsa, zaznaczył w raporcie, że „wzniesienie fortu w miejscu zwanym Przełęczą Apaczów jest koniecznością absolutną”, w przeciwnym bowiem wypadku „wszystkie jednostki będą musiały staczać walki, żeby dostać się do wody”. Budowa Fortu Bowie rozpoczęła się wkrótce po bitwie, 28 lipca 1862 roku. Dla Apaczów była to zmiana radykalna. Obecność fortu oznaczała wtargnięcie Amerykanów do samego serca kraju Chokonenów. Apacze musieli się teraz liczyć ze stałą obecnością żołnierzy na ich ziemi. Wojownicy Cochise’a wielokrotnie zbliżali się do fortu, lecz nigdy go nie zaatakowali. Fort Bowie znienawidzony był nie tylko przez Indian, niechętni mu byli sami żołnierze stacjonujący w tej dzikiej, odludnej krainie. Ich odosobnienie było tak wielkie, że dowodzący fortem major Coult zaproponował zamknięcie go na zimę. Generał Carleton jednak nie wyraził na to zgody.

 

 

Widok ze wzgórza, z którego Apacze zaatakowali konwój, na ruiny Fortu Bowie. Źródło Apaczów znajduje się w dole po prawej stronie.

 

 

 

Na wzgórzu: ocotillo, sotol i agawa. Niezwykłe piękno krainy Apaczów miało niewątpliwie wpływ na ich duchowość.

 

 

 

Po drugiej stronie wzgórza znajduje się słynny Siphon Canyon, miejsce, w którym Bascom starł się z Cochise'em półtora roku przed bitwą na Przełęczy.

 

 

 

Autorka strony przy źródle na Przełęczy Apaczów.

 

Bibliografia:

1. Edwin R. Sweeney, Cochise, Chiricahua Apache Chief, University of Oklahoma Press, 1991.

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry