Powrót                                         

 

 

Ceremonia błogosławieństwa 

w Fortecy Cochise'a

 

Miejsce, które nazywamy dziś Fortecą Cochise’a, położone jest głęboko w górach Dragoon. Apacze Chiricahua wycofywali się tam podczas wojny. Wysokie skały tworzą naturalną warownię nie do zdobycia. Jeśli, nie wjeżdżając w góry, skręci się w prawo, piaszczysta droga poprowadzi do rozległej, malowniczej doliny nad potokiem, porosłej drzewami meskitów. Z trzech stron dolinę otaczają góry, na północy otwarta jest ona na dolinę Sulphur Springs. Tutaj Apacze Chiricahua rozbijali obozy podczas pokoju. Płaska, przyjazna, obfita w wodę stanowiła idealne miejsce do zatrzymania się na dłużej. Na pobliskich skałach jeszcze dziś natknąć się można na płaskie, wydrążone kamienie, na których kobiety rozgniatały ziarna. Sklepienia grot czarne są od palonych przez wartowników ognisk.

W tej dolinie Apacze Chiricahua posiadają dziś cztery akry (trochę ponad półtora hektara) ziemi. Reszta należy do Parku Narodowego. W latach osiemdziesiątych te cztery akry wykupił od zamieszkałego tu farmera pewien biały obywatel i przekazał je ludowi Cochise’a. Wygnani z własnych ziem, zesłani na Florydę, przesiedleni do Fortu Sill w Oklahomie, osadzeni w końcu w rezerwacie Mescalero, Apacze Chiricahua nie posiadają własnego rezerwatu. Te cztery akry położone w sercu kraju Chokonenów należą dziś do nich, wspaniałym gestem zwrócone ludowi N’de.

Na tej ziemi, w Fortecy Cochise’a, Apacze organizują swoje ceremonie. W lipcu tego roku miała tam miejsce ceremonia błogosławieństwa. Zorganizowali ją Apacze z San Carlos we współpracy z białymi przyjaciółmi mieszkającymi w Fortecy, oddanymi duszą i sercem sprawie Apaczów. Otwarta była dla chętnych Apaczów z rezerwatów i spoza rezerwatów, a także dla białych przyjaciół.

Góry Dragoon. Prowizorycznie ustawiona tablica wskazuje, gdzie należy skręcić, aby dojechać na miejsce ceremonii.

Zgrupowanie w Fortecy większej liczby Indian postawiło na nogi siły porządkowe Hrabstwa Cochise. Straż Parku Narodowego pojawiła się na campingu Fortecy. Strażnicy nie wchodzili jednak na teren ceremonii. W piątek wczesnym popołudniem zaczęły nadjeżdżać samochody osobowe, wozy campingowe, pickupy. Rozbito namioty. Nie tipi, lecz zwykłe turystyczne namioty wielkich rozmiarów. Ustawiono cztery toalety, zniesiono drzewa na ognisko. Nad długim stołem rozpięto brezentowe wiaty. Na stole ustawiono kartony z żywnością, garnki, wielkie dzbany na kawę. Przygotowano plac ceremonii.

Gdy przyjechaliśmy, na miejscu było cicho i spokojnie. Namioty i samochody były ledwo widoczne wśród drzew meskitów. Tu i tam kręciło się kilka kobiet. Uroczystości rozpoczęły się ceremonią szałasu potu przeznaczoną jedynie dla mężczyzn. Szałas potu ustawiono nieco dalej, w pobliżu domu Karen, gdyż był tam dostęp do wody. Karen, oddana „absolutnie” sprawom Apaczów, kochająca każdy kamień, każde drzewo doliny Cochise'a, była współorganizatorką ceremonii, czuwała nad sprawnym przebiegiem spotkania, przez cały czas zaopatrywała wszystkich w świeżą wodę i lód. Po ceremonii szałasu potu wszyscy mieli przejść do obozu na śpiewy, tańce i kolację. Jednak po dniu cudownego słońca i kryształowego powietrza rozszalała się burza. Lato to pora deszczowa. Błyskawice zaczęły tańczyć nad górami Dragoon, niebo zaciągnęło się czarnymi chmurami i lunął deszcz. Ludzie w obozie pochowali się do namiotów. Burzowe deszcze w Arizonie nie trwają długo, po dwudziestu minutach na wymyty świat wychodzi słońce i maluje niebo we wszystkie kolory. Tym razem jednak całe Hrabstwo Cochise przytłoczyły czarne chmury, nad górami nie ustawały wyładowania, padał ulewny deszcz. Karen przyjechała do obozowiska, aby zabrać kogo się dało do domu na kolację. Powiedzieliśmy jej, że przyjedziemy następnego dnia. Mieliśmy pokój w Sunsites, chcieliśmy, żeby zdołała pomieścić u siebie jak najwięcej Indian. Po kolacji, jak nam później powiedziano, nie było już śpiewów. Zebrani wrócili do swoich namiotów, Karen zatrzymała u siebie jedynie nestorkę całego zgromadzenia, 72-letnią Felicitas z San Carlos, której oddała swoje łóżko.

Następnego dnia rano nie było śladu po burzy. Wszystkich przywitało nieskazitelnie czyste niebo i jaskrawe słońce. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, zastaliśmy wszystkich przy śniadaniu. Siedzieli kołem na składanych krzesłach, łóżkach polowych, pniach drzew. Pośrodku na ogniu stał ogromny dzban z kawą, w koszu piętrzyły się świeżo usmażone placki, w garnkach przygotowano płatki owsiane z rodzynkami i cynamonem, jajecznicę, smażone ziemniaki. Każdy nakładał sobie, co chciał, na talerz. Na ruszcie podgrzewano tortille.

Zaczęliśmy poznawać uczestników. Przedstawiliśmy się, powołaliśmy na Herba z San Carlos, który powiadomił nas o ceremonii. Herb okazał się wujem młodego szamana, Michaela. Michael, w sportowej koszulce, ze świętym naszyjnikiem z piór i muszelek na szyi, siedział na pniu drzewa i przekładał ze słoika do skórzanego woreczka żółty pyłek służący do ceremonii. Ślady pyłku po porannym błogosławieństwie widoczne były na twarzach i włosach wszystkich uczestników. Obok niego siedział Cranston, znany z siły duchowej, niezwykle szanowany szaman z San Carlos, o pięknej, ciemnej twarzy, orlim nosie i związanych z tyłu długich włosach. Podczas wszystkich ceremonii czuwał nam młodym Michaelem. Karen żartowała, że Cranston ma twarz Cochise’a. Przybyli z różnych stron Indianie zdążyli się już poznać. Felicitas z córką Meryl mieszkają w San Carlos. Meryl ma dwóch synów, z których jeden pracuje w nowo otwartym muzeum w Waszyngtonie. Lorraine mieszka w Kalifornii, podobnie jak Kristi, autorka filmów krótkometrażowych. Na rowerach szaleli dwaj młodzi chłopcy, Harold i Joseph, siostrzeńcy Cranstona. Przyjechali na ceremonię razem z matką. Ed pracuje w kasynie gry w Newadzie. Prześliczna Margo, Apaczka Lipan i Jumano, poetka, pisarka, działaczka, pracuje na uniwersytecie w stanie Waszyngton. Przyjechała z czwórką dzieci. O ile wszyscy Indianie przyjmują nas ciepło i z zainteresowaniem, Margo zachowuje rezerwę. Obecnych jest też kilku białych uczestników. John przyjechał specjalnie z Bisbee. Ustawił swój namiot już wczoraj rano. Zdążył zasadzić się w górach i zrobić wspaniałe zdjęcia ptaków i zwierząt. Przybyła też Marybeth z mężem, która, podobnie jak Karen, zaangażowana jest „absolutnie” w sprawy Apaczów. To ona czuwa nad czterema akrami apackiej ziemi i, jako ochotnik, sprawuje pieczę nad campingiem i muzeum w Fortecy Cochise’a. Gdy wszyscy wstają i przechodzą na plac ceremonii, podchodzi do nas Linda, młoda dziewczyna o jasnych włosach. Przyjechała z Los Angeles. Jej matką jest Francuzka z Luizjany, ojcem Apacz Chiricahua z Fortu Sill, a włosy to „kalifornijski blond marki Oreal”, zaznacza. Lindę charakteryzuje zadziorność i nieprzejednanie, brak złudzeń i miłość do tradycji.

Na ustawionych w prostokąt ławkach, pod rozpiętym płóciennym dachem, siadają pieśniarze. Dwaj szamani naprzeciw siebie, z prawej i lewej strony każdego z nich siada czterech muzyków grających na bębnach wodnych, a obok nich śpiewacy. Wśród bębniarzy są dwaj chłopcy, Harold i Joseph. Michael objaśnia zebranym, iż śpiewać będą cztery razy po osiem pieśni, a w przerwach odbywać się będą ceremonie błogosławieństwa. Mężczyźni ubrani są w spodnie, koszulki i sneakersy. Nigdzie nie widać frędzli ani haftowanych opasek, jedyne pióra znajdują się w naszyjnikach szamanów. Na rozstawionych pod drzewami krzesłach siadają kobiety, mężczyźni, dzieci. Po śniadaniu kobiety zdążyły się przebrać i zjawiły się w pięknych długich sukniach. Właściwie są to suto marszczone bluzki z karczkiem i marszczone spódnice ozdobione tasiemkami. Felicitas ma suknię zielono-niebieską, a na szyi cztery piękne naszyjniki z zielonych kryształków z Perigot, siostra Cranstona suknię żółtą, a Margarita czerwoną spódnicę i białą bluzkę przybraną czerwonymi tasiemkami. Margo założyła wąską spódnicę z tęczowego sarape i białą bluzkę z naszytymi kolorowymi taśmami, a jej córeczki prześliczne sukienki z kretonu zrobione na wzór dawnych skórzanych strojów. Marybeth przewiązała włosy czerwoną apacką przepaską. Niektóre kobiety mają piękne tradycyjne mokasyny z żółtej skóry z zadartymi noskami. Ja założyłam letnią sukienkę do kolan, która wydaje mi się bardzo krótka w porównaniu z sukniami kobiet. Słysząc moje utyskiwania, Karen idzie do samochodu i przynosi mi długą, marszczoną suknię w różowy deseń z czerwonymi tasiemkami. Jestem zachwycona. Linda ubrana jest w dżinsy. Uważa, że te wszystkie kretonowe sukienki nie należą do tradycji Apaczów, zostały narzucone przez katolickie misje, więc nie będzie się w nie ubierać. Równie dobrze może tańczyć w spodniach. Podobają mi się jednak te kolorowe bluzki i spódnice. Kobiety wyglądają w nich uroczyście. Ubrały się odświętnie, aby uczcić swoją ceremonię. Mało kogo stać dziś na suknię ze skóry, takie suknie zarezerwowane są dla młodych dziewcząt obchodzących ceremonię dojrzewania.

Każdą kolejną pieśń rozpoczyna Michael przykładając dłonie do ust, by odpowiednio ukierunkować oddech. Natychmiast podejmują ją muzycy i śpiewacy. Są to piękne, rytmiczne pieśni, wprowadzające w trans jak zaklęcia. Cranston śpiewa z zamkniętymi oczyma, wybijając rytm piętami. Margarita pierwsza zaczyna tańczyć z uniesioną prawą dłonią w geście błogosławieństwa, dołączają do niej kolejno inne kobiety. Stają z uniesioną ręką zwrócone na wschód, potem tańczą po kręgu wokół śpiewaków, zbliżając się rytmicznie do środka i oddalając. Po każdej pieśni tańczący obracają się wokół siebie, zataczając kolejny krąg.

Torebka na żółty pyłek. Pyłek zbiera się pod koniec lata, kiedy kwiaty pałki są dojrzałe i przybierają złoty kolor. Delikatnie zrywa się czubek rośliny, odmawiając modlitwę, by kwiaty obrodziły w roku następnym. Pyłek używany jest w ceremoniach błogosławieństwa, kreśli się nim znaki na głowie i ramionach ludzi, by nadać dobry kierunek ich życiu, a im samym zapewnić siłę i pomyślność.

Po ośmiu pieśniach następuje przerwa. Szamani udzielają błogosławieństwa, najpierw mężczyznom, potem kobietom. Miejsce błogosławieństw wyznaczone jest czterema wbitymi w ziemię palami, na których zawieszono amulety z piór. Przy jednym z nich stoi słoiczek z żółtym pyłkiem. Gdy nadchodzi moja kolej, biorę szczyptę pyłku i na prawej ręce szamana, Cranstona, kreślę znak krzyża łączący cztery strony świata i koło symbolizujące krąg życia. Następnie szaman zatacza krąg na placu ceremonii, zatrzymuje się przy każdym palu, na wschodzie, południu, zachodzie i północy, i kreśli te same znaki na amuletach z piór. Ofiaruje w ten sposób pyłek czterem stronom świata. Idąc za nim kreślę podobne znaki. Za każdym razem obracam się wokół siebie z podniesioną prawą dłonią. Potem zatrzymuję się na środku, twarzą na wschód. Cranston wyjmuje porcję pyłku z woreczka. Kreśli nim znaki. Najpierw na mojej szyi: gardło symbolizuje tchnienie życia. Następnie na prawym ramieniu, bym mogła dobrze słyszeć, potem na karku, by moim myślom nadać dobry kierunek, w końcu na lewym ramieniu, bym mogła widzieć, czuć i smakować wszystko, co najlepsze w życiu. Po czym kładzie mi rękę na głowie i odmawia długą modlitwę w języku apackim. Słucham tajemnych słów szamana, przenikają mnie drgania jego ręki. Modlitwa jest życzeniem długiego i dobrego życia, przywołaniem dobrych mocy, które mają mnie chronić. Po skończonej modlitwie obracam się wokół siebie. Szaman prowadzi mnie do ustawionych na ławce czterech bębnów, których głos łączy niebo i ziemię. Na każdym z nich kreślę krzyż i koło. Raz jeszcze obracam się z uniesioną prawą dłonią. Ceremonia jest skończona. Mam na twarzy i włosach żółty pyłek, którego nie można ścierać, ani zmywać. Musi odpaść w sposób naturalny. To indiańskie błogosławieństwo przyjmuję jak dar. Po ceremoniach szamanów każdy może wejść na plac modlitw, tyle że osobno mężczyźni i osobno kobiety, zatoczyć krąg, kreśląc znaki na amuletach, i pobłogosławić swoich bliskich. W tym celu niektórzy położyli na ziemi i przycisnęli kamieniami ich zdjęcia. Ale wystarczy o nich pomyśleć.

Potem następuje kolejna seria ośmiu pieśni i tańców. I kolejne ceremonie. Kobiety wymieniają się przy tańcach. Odchodzą do kuchni przygotować posiłek i znowu wracają na plac. Ja też idę z Lindą do kuchni. Krzątają się tam, rozmawiając, trzy kobiety. Linda mówi, żeby im na razie nie przeszkadzać, niech sobie poplotkują. Zaglądam później. Jest tylko Karen. Prosi, żebym naparzyła kawy. Podpowiada, co mam robić. Najpierw trzeba nasypać kawy do wielkiego metalowego dzbana i zagotować na gazowym palniku z niewielką ilością wody. Gdy kawa zaczyna mocno bulgotać, trzeba wlać do pełna zimnej wody, a potem ten wielki dzban przenieść na trójnóg nad ogniskiem. Jest ciężki. Na szczęście nawinął się Harold i pomaga mi go przenieść. Smak tak przyrządzonej kawy przypomina smak prawdziwej kawy „po turecku”.

Ceremonie ciągną się do połowy popołudnia. Szamani i pieśniarze wypijają litry wody. Podczas pieśni siedzą pod rozpiętym daszkiem, ale wszystkich ceremonii dokonują w pełnym słońcu południowej Arizony. Nie widać jednak po nich zmęczenia. Po skończonych pieśniach przechodzimy na obiad. Przenosimy składane krzesła i ustawiamy w kręgu wokół centralnego paleniska z kawą. Każdy podchodzi do stołu-bufetu i nakłada na talerz to, na co ma ochotę. Są dwie wspaniałe zupy typu gulasz, jedna z jarzynami, czerwoną fasolą i mięsem, druga z mięsem, kukurydzą i cukinią. Doskonale upieczone na ruszcie kawałki wołowiny, smażone ziemniaki, smażone placki, a na deser sałatka owocowa i czekoladowe ciasto. No i kawa. Wszystko jest pyszne. Mówię do Lindy, że brakuje tylko meskalu. Odpowiada, że czasami można go dostać, ale jest bardzo drogi. W porównaniu z sytuacją przed wiekiem rośnie już niewiele agaw.

Gdy kończymy deser, Michael siada na jednym ze stołów i zwraca się do zebranych. Dziękuje wszystkim za przybycie. Jego mowa, która miała trwać 10 minut, przeciąga się do godziny. Michael ma talent oratora, mówi płynnie, buduje piękne zdania. Pomyślałam, że jego płomienne, o mocnych akcentach przemówienie ma coś z wystąpień Martina Luthera Kinga.

Michael mówi o konieczności pielęgnowania tradycji i języka Apaczów. W rezerwacie San Carlos tylko jedna trzecia mieszkańców zna ten język. Jego nauczania musi podjąć się szkoła. Nie może zdawać się na rodziców i dziadków. W wielu domach nie zna się już apackiego, a wracając po lekcjach, dzieci słuchają MTV.

Inną koniecznością jest przezwyciężenie sporów i rozłamów w społeczności Apaczów, zerwanie z podziałami plemiennymi. Apacze mają heroiczną przeszłość i fantastyczne historyczne postacie. Nie można o tym zapominać. Ale ciągłe powoływanie się na figury Cochise’a, Geronima i Victorio, to znak słabości. Trzeba wyjść z cienia tych wielkich i swoimi czynami okazać się ich godnymi. Po raz kolejny zauważam, jak wielki uraz pozostawiła u Indian kolonizacyjna działalność białych. Fizyczne wyniszczenie tych ludów, zniszczenie ich kultury, nienawiść, rasizm są doświadczeniami bardzo żywymi, palącymi. To niewiarygodne, do jakiego stopnia Chiricahuowie znają historię zsyłki na Florydę, gehennę, jaką przeżyli ich przodkowie, warunki życia w Forcie Sill. Znają to z opowieści rodziców i dziadków, którym opowiadali ich rodzice. Ale słuchając ich, ma się wrażenie, że to było wczoraj i dotyczyło ich samych. Siła ustnej tradycji Indian jest zdumiewająca. Michael przyznaje rację Żydom, iż nie pozwalają światu zapomnieć o zagładzie i żądają zadośćuczynień. Uważa jednak, że straty i cierpienia Indian przerosły straty i cierpienia Żydów. Indianie również powinni głośno mówić o eksterminacji, zagarnięciu ziemi, zniszczeniu kultury, i domagać się zadośćuczynień. Ta walka wymaga siły i determinacji. Pomyślałam sobie, że cały świat zgodnie potępił zagładę Żydów, gdyż ich oprawcy przegrali, Indianie natomiast muszą walczyć o uznanie swoich krzywd przez zwycięzców. A to jest sprawa daleko trudniejsza. Wystarczy poczytać, co o zagładzie Indian piszą niektórzy antropologowie mianujący siebie przyjaciółmi Indian. Logika zwycięzców niepoczuwających się do odpowiedzialności za swe czyny jest dla Indian trudna do zniesienia.

Michael podkreśla, że dążenie do zjednoczenia Apaczów nie może oznaczać jakiegokolwiek wywyższania się nad innych. Oburzające jest poczucie wyższości białych. Ale równie oburzające byłoby poczucie wyższości Apaczów. Nie ma ludzi lepszych ani gorszych, nie ma narodów wybranych. Ale żeby naprawdę stać się człowiekiem, trzeba nauczyć się być małym. Tymi zdaniami uderzył otwarcie w ton przemówień Martina Luthera Kinga. Choć na pewno nie było to zamierzone. Dokładnie to samo mówi Indianin Jadi w książce Le Clézio, którą skończyłam właśnie tłumaczyć. W tych zdaniach przebrzmiewa głęboka mądrość tradycyjnych ludów.

Po skończonej mowie Michael zachęcił innych do zabierania głosu na tym spontanicznym indiańskim forum. Przemawiali mężczyźni i kobiety. Poruszali swoje problemy, dzielili się doświadczeniami. Mówili swobodnie, z poczuciem humoru, czasem ze łzami w oczach. Głos zabrała Margo. Smukła, delikatna, bardzo oryginalna w tęczowym sarape, mówiła z niezwykłą siłą i przekonaniem. Margo pracuje na uniwersytecie w stanie Waszyngton, ale pochodzi z pogranicza Teksasu i Meksyku. Dla niej zjawiskiem, którego ciągle nie może zaakceptować, jest mur graniczny i w ogóle granica z Meksykiem, sztuczna, nie kulturowa, lecz polityczna, coraz bardziej zamknięta, a przecinająca rdzenne ziemie Indian, odgradzająca rodziny. Żeby udać się do swych bliskich, Margo musi przejść przez kilkanaście punktów kontrolnych. O tym problemie, jak i o innych trzeba mówić głośno. Świat pamięta o Wietnamczykach, Irakijczykach, kolejnych ofiarach amerykańskiego ekspansjonizmu, a o rdzennych mieszkańcach tej ziemi pamiętać nie chce. Trzeba więc o sobie przypominać. Nawet jeśli walka ma trwać dwadzieścia lat, trzeba ją podjąć. Margo odrzuca fatalizm, jaki cechuje jej rodziców, pokłada nadzieję w nowym pokoleniu wykształconych ludzi, liczy na indiańskich adwokatów, na armię indiańskich prawników. Nie odcina się jednak od tradycji. Mówi o roli kobiety w tradycyjnej społeczności Apaczów. Kobiety były filarem tych społeczności. To one przekazywały mądrość przodków, pielęgnowały zwyczaje. Cieszyły się szacunkiem, z ich zdaniem się liczono. Sytuacja zmieniła się pod wpływem chrześcijaństwa. Kobiety meksykańskie, a potem amerykańskie były tłamszone, usunięte z życia społecznego i politycznego. Poddani akulturacji Apacze przejęli te zwyczaje. Trzeba przywrócić kobietom rolę, jaką miały niegdyś.

Muszę przyznać, że siła z jaką mówi ta drobna, delikatna kobieta, zachowując przy tym wielki spokój, jest imponująca. Wszyscy słuchają jej z uwagą i przejęciem. W pewnej chwili gdzieś blisko uderzył piorun, zagłuszając słowa Margo, i z potężnym hukiem przetoczył się po górach. Margo przerwała, spokojnie wzniosła na wysokość głowy lekko rozłożone ręce, dłonie zwróciła do nieba w geście błogosławieństwa. Przymknęła oczy i stała tak, czekając, aż grzmot ucichnie. Smukła, w długiej, wąskiej spódnicy, z czarnymi włosami opadającymi na ramiona, wyglądała jak pogańska figurka. Gdy grzmot ucichł, wróciła do swojej przemowy. Do końca ceremonii nie spadła ani jedna kropla deszczu i nie uderzył już ani jeden piorun, jakby gest Margo oddalił od zebranych groźbę burzy.

Po Margo głos zabrała Marybeth. Mówiła o białych ludziach dobrej woli oddanych sprawie Apaczów. Podjęli oni wspólnie działania, bardzo dziś zaawansowane, mające na celu wykupienie następnych 30 akrów ziemi w Fortecy Cochise’a i zwrócenie ich Apaczom. Ziemia ta jest obecnie w posiadaniu Parku Narodowego. Trzeba pieniędzy, wysiłków i starań, aby ją wykupić. Linda zauważyła po cichu, iż sprawa nie będzie łatwa. Marybeth mówiła dalej o działaniach uniemożliwiających otwarcie kopalń i kamieniołomów w górach Dragoon, bogatych w alabaster. Pomyślałam sobie, że dzięki tym ludziom można mieć nadzieję, że przynajmniej tutaj żaden natchniony artysta nie zacznie wysadzać dynamitem skał, by budować pomnik np. Cochise’a i rozwijać przy okazji intratny interes. O ileż uczciwszy jest zamiar oddania tej ziemi Apaczom.

Ja też zabrałam głos. Powiedziałam, że urodziłam się w Polsce, w kraju, który szczególnie dotkliwie ucierpiał podczas ostatniej wojny, gdzie jedno z najbardziej cywilizowanych i rozwiniętych państw Europy dokonało zagłady Żydów. Dla mnie druga wojna i holokaust oznaczają niejako koniec naszej kultury. Od młodych lat jest dla mnie jasne, że dramat Żydów dotyczy nas wszystkich. Że nie można żyć po holokauście, jak się żyło przed nim. Nie można nie zadawać sobie pytań, nie próbować zrozumieć, dlaczego podobne zbrodnie były możliwe. Nie można nie zakwestionować kultury, która na nie pozwoliła. Poszukiwanie odpowiedzi na te pytania doprowadziło mnie do innych kultur, do odkrycia świata Indian i do głębokiej nim fascynacji. Doprowadziło mnie też do odkrycia, że w historii miało miejsce inne, zapomniane, a może nie przyjmowane do wiadomości, ludobójstwo, przerastające swym rozmiarem zagładę Żydów. Odkryłam, że zniszczenie ludów i kultur indiańskich szło w parze ze zniszczeniem kultur w Australii, Afryce, Azji. Uważam, że jeśli nie chcemy, by kolejna zagłada miała miejsce, musimy zacząć się nad sobą zastanawiać, musimy zacząć siebie kwestionować, my, ludzie biali.

Po forum wszyscy przenieśli swoje krzesła na miejsce ceremonii. Na ławkach siedzieli już Harold i Joseph ze swymi bębnami. Wygiętymi pałeczkami przesuwali delikatnie po mokrej skórze bębnów i pryskali na siebie wodą. Michael zaintonował pieśń, muzycy uderzyli w bębny. Margarita ze wzniesioną ręką zaczęła rytmiczny taniec. Dołączyły inne kobiety. Noc zapadła szybko. Na granatowym niebie lśniły gwiazdy. Odcinały się czarne sylwetki gór. Głos bębnów wznosił się do nieba i odbijał o skały. Apackie pieśni, słowa, melodie rozbrzmiewały wśród skał jak przed wiekami, docierały do miejsca, gdzie spoczywa Cochise. On też słuchał kiedyś tych samych zaklęć, tych samych pieśni, patrzył na pałeczki opadające na bębny, na kobiety poruszające się z wdziękiem w takt melodii, może jak Cranston wystukiwał rytm stopą. W blasku ognia, w Fortecy Cochise’a trwało tajemne indiańskie misterium.

Bęben wodny Apaczów

Następnego dnia ceremonia zaczęła się bardzo wcześnie śpiewem i błogosławieństwem. Dopiero potem wszyscy przeszli na śniadanie. Dzban kawy stał już na ogniu. Niektóre kobiety zmieniły suknie, mężczyźni założyli świeże koszulki. Audrey wniosła na wielkiej tacy ciasto na placki smażone w oleju (fry bread). Cranston zakręcił się przy palenisku z gazem. Postawił na nim wielką patelnię i nalał oleju. Kobiety brały ciasto, rozklepywały je w rękach jak tortille i wrzucały na tłuszcz. Cranston podnosił każdy placek szczypcami i przekręcał na drugą stronę. Potem osączał lekko z tłuszczu i kładł do dużego kosza. Podeszłam do niego i wzięłam drugie szczypce. Córki Margo zaczęły klepać ciasto, a ja smażyłam placki. Wyszedł z tego wielki kosz indiańskiego chleba.

Po śniadaniu znów nastąpiły śpiewy i ceremonie, niektóre długie i złożone. Ludzie zamawiali ceremonie rodzinne, zdrowotne. W pewnym momencie podeszły do Cranstona dwie starsze panie, Amerykanki, które zauważyłam poprzedniego dnia. Ubrane były w długie suknie i miały rozpuszczone siwe włosy. Cranston usiadł z nimi pod drzewem i wszczęli długą rozmowę, pokazując od czasu do czasu na plac ceremonii. Rozmawiali jak wtajemniczeni. Byłam bardzo zaintrygowana. Kim mogły być te białe kobiety, którym indiański szaman poświęcał tyle czasu? Gdy Cranston odszedł, kobiety rozglądały się trochę po zebranych. Podeszliśmy do nich z Andrzejem, przedstawiliśmy się, zapytaliśmy, kim są. Okazało się, że są buddystkami z Bowie. W miasteczku Bowie, kilka kilometrów za Przełęczą Apaczów, znajduje się duży ośrodek tybetańskiego buddyzmu. Kobiety te od 30 lat uczestniczą w ceremoniach Indian, dziś też przyjechały pozdrowić Apaczów. Powiedziały, że istnieje wiele zbieżności między religią tybetańską, a indiańską, a przede wszystkim jest to ten sam rodzaj duchowości zasadzonej na intuicyjnym poznaniu. Pomyślałam, że właśnie to podkreślał w swych książkach René Guénon, przeciwstawiając kultury „wschodnie” kulturze zachodniej.

Nastąpiła ostatnia seria śpiewów. Michael zachęcił zebranych do tańców. Prosił też, by wszyscy śpiewali razem z nimi, a przynajmniej nucili śpiewane pieśni. Wszyscy obecni zaczęli tańczyć dookoła pieśniarzy, od dzieci do najstarszych kobiet. Kobiety poruszały się rytmicznie ze wzniesioną prawą dłonią, migały kolorowe suknie, dźwięki bębnów i głosy śpiewających rozbrzmiewały wśród gór. Po ostatnim tańcu pieśniarze wstali i wszyscy zwrócili się na wschód. Najstarszy szaman, Randy, odmówił apacką modlitwę. Ale nie do niego należało ostatnie słowo. Gdy skończył, modlitwę podjęła Felicitas. Silnym, wzruszonym głosem mówiła, czy też śpiewała apackie błogosławieństwo. Jej rytmiczny głos wznosił się i opadał. W popołudniowym słońcu, wśród gór, w Fortecy Cochise’a, rozbrzmiewały zaklęcia apackiej kobiety, gardłowe dźwięki, silny głos pełen wzruszenia, godności i miłości. Słuchaliśmy jej jak zaklęci, z pokorą i wdzięcznością przyjmowaliśmy to indiańskie błogosławieństwo przeznaczone dla ludzi i całego stworzenia. Gdzieś z tyłu i obok usłyszałam stłumiony płacz. Gdy Felicitas skończyła, wszyscy zebrani obrócili się dookoła siebie z podniesioną prawą dłonią. Ceremonia była skończona. Odniosłam wrażenie, że ludzie ci posiadają niezwykłą rezerwę siły, którą ciągle potrafią regenerować. To dlatego nie można było ich złamać. Dziś jeszcze umieją nie tylko odnaleźć tę siłę w sobie, ale obdzielić nią obcych.

Przeszliśmy na ostatni posiłek. Zupa, mięso z rusztu i wspaniały deser: serek wiejski ubity na pianę z jogurtem i zmieszany z kawałkami ananasów. Napoje i kawa. Oczywiście przez całe dwa dni nie było ani kropli alkoholu i z zaskoczeniem zauważyłam, że jedyną palącą osobą w całym zgromadzeniu był Michael. Zachwyciła mnie sprawność, z jaką wszystko było organizowane, składane, rozkładane, przygotowywane. Pyszne posiłki przyrządzone nie wiadomo kiedy, kobiety bez grafiku wymieniające się w kuchni, przez cały czas czyste ubikacje, w końcu rozłożone i złożone błyskawicznie namioty i zadaszenia, przenoszone raz dwa krzesła. Kiedy po obiedzie wzięłam plastikowy worek, żeby zebrać walające się butelki i puszki po napojach na placu tańców, okazało się, że wszystko było już zebrane, krzesła poskładane, wszelki ślad ludzkiej obecności zatarty. Jeśli kiedyś nomadzi z równą sprawnością przenosili się z miejsca na miejsce, nie dziwię się, że nie można było ich wytropić. Cudowna jest też ich umiejętność życia w grupie. Wszystko robione było wspólnie. Nikt nie pozostał na uboczu, każdy, kto się zjawił, przyjęty został do małej społeczności. Ponieważ stołowaliśmy się z Andrzejem u Indian przez dwa dni, zostawiliśmy Michaelowi i Audrey pieniądze, na znak naszego skromnego udziału w organizacji imprezy. 

Po skończonym obiedzie, zanim zaczęto zwijać sprzęt i sprzątać garnki, Michael podziękował wszystkim za przybycie, po czym Felicitas wyszła na środek placu i zaśpiewała spontanicznie trzy apackie pieśni, a czwartą zagrała na organkach. Dostała ogromne brawa, choć po piosenkach i tańcach Apaczów nikt nie bije braw.

Nastał moment zwijania bagaży, ostatnie rozmowy, wymiana adresów. Zapanowała atmosfera euforii, było dużo śmiechu i nawoływań. Linda wyjęła aparat fotograficzny. Audrey robiła zdjęcia do artykułu o ceremonii, który zamierzała zamieścić w indiańskim tygodniku w Kalifornii. Zdjęcia robił też Andrzej. Uchwycił radość chwili i euforię uczestników. Zaśmiewający się Michael, nawołująca Karen, roześmiana Margarita, Kristy ściskająca Felicitas. Nadszedł Cranston z puszką Coli light. Andrzej robi mu zdjęcie z komentarzem: nareszcie będziemy mieć zdjęcie Cochise’a. Harold i Joseph znowu szaleją na rowerach, ale chętnie schodzą do zdjęcia. Podchodzi do mnie Margo. Wyciąga rękę ze słowem „bonjour”. Mówi, że bardzo podobało jej się to, co powiedziałam na forum. Dodaje, że gdyby ludzie uświadomili sobie pewne sprawy, łatwiej byłoby im, Indianom, walczyć. Jestem bardzo wzruszona, słowa Margo przyjmuję jak kolejne błogosławieństwo. Wymieniamy ze śmiechem adresy. Karen zwołuje obecnych do wspólnego zdjęcia. Myśl podchwycona jest z entuzjazmem, choć nie wszyscy są na miejscu. Stajemy w małym półkolu.

Potem nadeszła chwila pożegnań. Ściskamy się i całujemy, ale nie ma żadnych wylewności. Apacze nie znają słowa „żegnaj”. Odchodzą natychmiast po uścisku. Cranston, Margarita, Harold, Kristi. Dochodzimy do Felicitas, dziękujemy jej za pieśni, za słowa otuchy, za błogosławieństwo. Felicitas ściska nas, a potem zdejmuje jeden z czterech naszyjników z zielonych kryształków z Perigot i wkłada mi go na szyję. Jestem niezwykle wzruszona. Nie wiem, jak podziękować. Ale Felicitas macha rękami, żebyśmy odeszli. Apacze nie znają słowa „do widzenia”. Gdy pokazuję Karen i Lindzie naszyjnik, nie mogą uwierzyć. Zgodnie mówią, że jest to znak szczególnego wyróżnienia. I akceptacji. Nigdy tego nie zapomnę. Gdy żegnamy się z Karen, przejeżdża obok nas wyładowany sprzętem pickup Cranstona. Cranston szeroko macha do nas ręką. Od placu ceremonii nadchodzą Michael i Margo. Chcemy się pożegnać. Michael prosi, żebyśmy wzięli się za ręce. Stajemy w kółku z zamkniętymi oczami. Michael błogosławi nas w języku Apaczów na drogę do Kalifornii, do stanu Waszyngton, do Europy. Potem wyjmuje z woreczka żółty pyłek i każdemu kreśli znaki na głowie i twarzy. Margo odwraca się natychmiast i odchodzi. Podobnie Michael. Apacze nie znają słowa „żegnaj”.

Zostajemy sami z Lindą. Linda ma ochotę pójść trochę w góry, wejść na skały, skąd widać całą dolinę. Dochodzimy do potoku, który płynął niegdyś w małym kanionie. Dziś potok jest suchy. Myślę, że to z powodu licznych zabudowań w okolicy. Każdy z domów ma studnię głębokości 250 metrów. Ale Linda mówi, że to nawet nie dlatego. Na takiej głębokości woda jest. Nie ma jej na powierzchni. Pod koniec XIX wieku było tu sporo kopalń, wydobywano, co się dało. Stosowano metodę hydrauliczną i wymywano te góry. W dwadzieścia lat zniszczono to, co w kruchej, ale nienaruszonej równowadze istniało przez tysiące lat. Dochodzimy do skał. Spotykamy Johna z Bisbee, który wraz z Edem, jednym z pieśniarzy, zabrali dzieci z obozowiska na wycieczkę w góry. John czuje się najlepiej w towarzystwie zwierząt i dzieci, no i Indian. Są dwie córki Margo i jej syn, który znalezionym gdzieś węglem narysował sobie na twarzy czarne kreski. Ściskamy się na pożegnanie. Syn Margo odwraca się jeszcze i wesoło macha nam ręką, zapominając o wojowniczych znakach na twarzy.

Widok na dolinę. 30 akrów ziemi, która może kiedyś zwrócona zostanie Apaczom.

Wchodzimy na skały. Dochodzimy do groty o sklepieniu czarnym od sadzy. Siadamy na kamieniach. W dole przed nami rozpościera się owe 30 akrów, które kiedyś, gorąco wierzę, zwrócone zostaną Apaczom. Linda mówi nam o Apaczach Chiricahua z Fortu Sill, o tym, że woleli zachować status więźniów wojennych i zostać w Oklahomie, niż wyjeżdżać na nie swoje ziemie. Nad górami zaczyna się błyskać. Schodzimy z gór i kierujemy się do obozowiska. Zanim dochodzimy, zaczyna mocno padać. Biegniemy do samochodów. W deszczu ściskamy się z Lindą. Linda wsiada do swego pickupa i szybko odjeżdża. Jedziemy za nią, wyjeżdżamy z Fortecy Cochise’a. Linda trochę zwalnia i gdy dojeżdżamy do głównej drogi, doganiamy ją. Ona staje na lewym pasie, my na prawym. Przez zalaną deszczem szybę machamy do siebie ręką, a potem każdy skręca w swoją stronę. Na zachodzie góry Dragoon giną w burzowej chmurze, na wschodzie niebo jest różowo-złote, pachną kwiaty pustyni, świat jest niezwykle piękny. Pada radosny, oczyszczający deszcz na znak błogosławieństwa, które niebo przesyła ziemi. 

Lipiec 2007

***

Informacje o twórczości i działalności Margo Tamez znajdziesz m. in. na stronach:

http://en.wikipedia.org/wiki/Margo_Tamez

http://ccgs.ok.ubc.ca/faculty/tamez.html

http://nativeamericanlit.com/tamez.html

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry