Powrót                                               

 

 

Indiańskie święto

Diega Rivery i Fridy Kahlo

 

Kobieta wyrabiająca ciasto na kamiennym metate, służącym również do rozgniatania kukurydzy. Diego Rivera, 1923.

Do czasów Diega Rivery kultury indiańskie otoczone były w sztuce Meksyku głęboką pogardą i zepchnięte na margines. Wyjątek stanowiła przeszłość Azteków, których przedstawiano jak rzymskich żołnierzy, kobiety zaś stylizowano na greckie boginie. Rewolucja z 1910 roku, której emblematem stał się Emiliano Zapata, przypomniała o istnieniu tubylców. Na fali nowego nurtu — indygenizmu — indiańskie ludy weszły do literatury. Malarzem, który pierwszy w pełni zrozumiał i wyraził świat Indian, jego witalność, jego „religię kolorów”, a także jego cierpienia, był Diego Rivera.

W Europie dziś jeszcze indiańskość nie zawsze rozumiana jest lepiej niż w XIX-wiecznym Meksyku. Czy nie traktował jej z pogardą Karol May, gdy pisał, że piękna siostra Winnetou przypominała bardziej Greczynkę niż Indiankę, a sam Winnetou, którego biały człowiek „nauczył odróżniać grzech od sprawiedliwości, a prawdę od kłamstwa”, też Indianina nie przypominał? Czy akceptują indiańskość krytycy, którzy w malarstwie Diega Rivery i Fridy Kahlo dostrzegają w najlepszym razie nawiązanie do tradycji prekolumbijskich? Diego i Frida z całą pewnością nawiązywali do kultur sprzed konkwisty, ale nie tylko. Przedstawiali również Indian, których widzieli wokół siebie, żywych, wyrażających się w pracy i przebogatym folklorze, przechowujących w pamięci dawne zwyczaje. Diego Rivera pokazał, że sceny z życia codziennego Indian: kobiety wyrabiające tortille, sprzedające owoce, peoni pracujący w polu, są tematem równie szlachetnym jak sceny biblijne, rodzajowe i antyczne malarstwa europejskiego.

Sto lat po debiucie meksykańskiego malarza, czas zrehabilitować słowa „Indianin” i „indiański”. Nie każdy Indianin jest prekolumbijczykiem. Nie znaczy też, że Indianie, którzy nie wywiedli się z kultur prekolumbijskiej Mezoameryki nie są godni naszego zainteresowania. Między Aztekami i nomadami Ameryki Północnej istniały więzi i podobieństwa dużo silniejsze niż między Aztekami, a starożytnymi Grekami i Rzymianami. Najwyższy też czas przestać kojarzyć Indianina z wyśnionym światem książek dla młodzieży. „Indiański” nie znaczy „naiwny”, czego nie chcą przyjąć do wiadomości recenzenci książek i obrazów. Autorem, który systematycznie walczy o zrehabilitowanie słowa „Indianin” jest J.M.G. Le Clézio. Swoim esejom „Meksykański sen”, nadał podtytuł „Przerwana myśli indiańskiej Ameryki”, nie zaś „Przerwana myśl prekolumbijskiej Mezoameryki”. Dostrzegł piękno indiańskich ludów żyjących na południu i północy amerykańskiego kontynentu, niegdyś i teraz.

 „Targ kwiatowy”, Diego Rivera.

„Żadne słowo – pisała Frida Kahlo – nie odda miłości Diega do ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z dzisiejszym społeczeństwem klasowym, jego szacunku do tych, których to społeczeństwo ciemięży. Szczególnym uwielbieniem Diego otacza Indian, z którymi łączą go więzy krwi. Wrażliwy na ich piękno i elegancję, dostrzega w nich żywy kwiat kulturowej tradycji Ameryki”.

Rewolucja meksykańska, której symbolem stał się Emiliano Zapata, miała podłoże polityczne i społeczne. Stanowiła również sprzeciw ludności tubylczej wobec nadużyć hiszpańskich zwycięzców, była manifestacją indiańskiej tożsamości i świadomości tłamszonej od czterech wieków. Powyżej obraz Diega Rivery z 1931 r. przedstawiający Zapatę i jego armię indiańskich peonów uzbrojonych w maczety.

Frida Kahlo w tehuańskim stroju.

Spotkanie z Diegiem Riverą przeobraziło Fridę Kahlo. Ona też poczęła dostrzegać duszę Indian w scenach z życia codziennego i podczas świąt, piękno kobiet w tradycyjnych strojach, ich wyprostowane, królewskie sylwetki, wdzięk ich gestów. To pod wpływem Diega zaczęła się ubierać na sposób indiański, w długie suknie z falbanami i haftowane bluzki z Tehuantepec, w szerokie jedwabne szale z Michoacanu, satynowe koszule kobiet Otomi, bajecznie kolorowe huipil. Te stroje, które towarzyszyły jej do końca życia, były nie tylko ozdobą, podkreślały jej odrębność, jej odnalezioną tożsamość.

Frida Kahlo jako Tehuana. Fotografia Nickolasa Muraya z 1938 roku.

Muray mówił o Fridzie Xochitl (kwiat). Uczesanie kobiet Tehuana, upięte wokół głowy warkocze z wplecioną wełnianą wstęgą, to jednocześnie uczesanie Tlazolteotl, bogini ziemi i płodności, miłości cielesnej i śmierci dawnych Meksykanów.

„Moja piastunka i ja”, Frida Kahlo, 1937.

Frida Kahlo, podobnie jak Diego Rivera, miała indiańską nianię. Przedstawiła ją na jednym ze swych obrazów z twarzą zakrytą bazaltową prehiszpańską maską. Indianka karmi małą, a zarazem dorosłą Fridę kosmicznym mlekiem, które w postaci deszczu spada również na ziemię. Trudno lepiej wyrazić cielesną więź łączącą Fridę Kahlo z indiańskim światem. Indiańska mamka żywi ją, w sensie fizycznym i duchowym, łączy z naturą i z całym kosmosem. Dla dawnych Mexików boginią ziemi, płodności oraz śmierci była Tlazolteotl. Czy mamka z przerażającą, a zarazem fascynującą maską, nosząca w sobie życie (ciepła, karmiąca pierś) i śmierć (zimna kamienna maska), to nie Tlazolteotl?

„Tehuana” (Narodowe Muzeum Antropologiczne w Meksyku)

Obraz przedstawia pracującego mężczyznę, podczas gdy kobieta paraduje w tradycyjnym stroju. Nie przypadkiem Frida Kahlo utożsamiła się z Tehuanami, kobietami Zapoteka z Tehuantepec i Juchitanu w stanie Oaxaca. Kobiety te były w owym czasie symbolem oporu Indian, wyrażały też triumf wolnej kobiecości, stając się emblematem feminizmu. Poeci, malarze, artyści zafascynowani byli matriarchalną społecznością Zapoteków.

Kobiety Zapoteca, które nazywają siebie Tehuanami, mówią do dziś językiem sprzed stuleci. To one są głowami rodziny, podejmują decyzje, kierują życiem społeczności. Mężczyźni zajmują się uprawą roli, rybołówstwem, myślistwem, rękodziełem, a swoje wyroby oraz pieniądze oddają kobietom. Zapotekowie z wielką tolerancją podchodzą do homoseksualizmu, życie seksualne kobiet, wolne od zakazów, pozbawione pojęcia grzechu, oparło się zmianom, jakie przyniósł podbój. Matriarchalna społeczność Zapoteków z Juchitanu, istniejąca w samym sercu Meksyku, którego reguły i zwyczaje są całkowitym zaprzeczeniem jej zwyczajów, stanowi dla wielu zaskakujący paradoks. Ale czy rzeczywiście jest to paradoks? Względna swoboda seksualna, pełna tolerancja wobec homoseksualizmu, matrylinearny system pokrewieństwa, a także duża rola kobiet w grupie krewniackiej były charakterystyczne dla bardzo wielu społeczeństw indiańskich, nawet jeśli nie były to społeczeństwa matriarchalne. Zadziwiające jest to, że Zapotakowie potrafili tak dobrze zachować swoje tradycje pomimo dominującej katolickiej większości.

Tehuana w tradycyjnym welonie. Zdjęcie z początku XX wieku.

„Kobiety z Juchitanu nie mają zahamowań, nie istnieje nic, czego nie mogłyby powiedzieć, czy zrobić”. Andrés Henestrosa, meksykański pisarz i historyk, przedstawiciel indygenizmu. Ta odwaga i całkowita, bezkompromisowa szczerość charakteryzowały również Fridę Kahlo, zarówni w jej życiu, jak i w jej twórczości.

 „Tehuana”, zdjęcie zrobione przez Tinę Monotti w 1929 roku.

W latach 30. XX wieku Tehuantepec kojarzył się artystom, których dusiły europejskie konwenanse, pruderia i hipokryzja, z rajem utraconym.

Jednym z symboli świata indiańskiego, całkowicie przyswojonym przez Fridę Kahlo, była sandunga, tehuański taniec i jednocześnie pieśń. „Ten dziwny taniec, z początku bardzo wolny, potem co raz szybszy, po części rytuał religijny, po części ceremoniał miłosny, podczas którego kobiety długimi sukniami zamiatają ziemię, trzymając kosze pełne owoców na podniesionych głowach, a mężczyzna prowadzący taniec wiruje, potrząsając pogańskim krzyżem przybranym kwiatami, jest w całym tego słowa znaczeniu wyrazem erotycznej siły prehiszpańskiego świata, siły wiecznie żywej, pomimo gwałtów i zniewolenia, jakie przyniosła konkwista”. J.M.G. Le Clézio.

Fiesta tehuana. Kobieta z koszem, w tehuańskim welonie, swoistej kobiecej wersji indiańskiego pióropusza, i w bluzce haftowanej w tradycyjne wzory. Kolorowe kwiaty tehuańskiego huipil przypominają kwiaty z łowickich spódnic i fartuchów. Diego Rivera widział w tym wyraz ludowej „religii koloru”. I z pewnością miał rację.

Jedno z najpiękniejszych zdjęć Fridy Kahlo wykonane w 1938 roku przez fotografa Nickolasa Muraya, z którym Frida przeżyła przelotną przygodę po zerwaniu z Diegiem Riverą. Przebywała wtedy w Nowym Jorku z okazji wystawy swoich obrazów.

 „Dwie Fridy”, Frida Kahlo, 1939 r.

Obraz namalowany po rozwodzie z Diegiem. Pokazuje Fridę i jej sobowtóra: Fridę odrzuconą (z lewej) i niegdyś kochaną (z prawej), Fridę nieszczęśliwą i szczęśliwą, jedną z rozdartym sercem, z którego uchodzi krew, drugą z sercem pulsującym życiem. Obrazy Fridy Kahlo szokowały europejskich odbiorców, ich realizm, wyrażanie uczuć przez przedstawianie wewnętrznych organów, pokazanie własnego porodu, wyrwane serca, żyły, poronione płody, krew. W 1939 roku Pierre Colle nie przyjął obrazów Fridy w swojej galerii w Paryżu. W malarstwie europejskim nigdy nie widziano czegoś podobnego. W malarstwie europejskim, na pewno nie. Coś podobnego widziano natomiast w sztuce Indian. Poród namalowany przez Fridę Kahlo miał swojego poprzednika, rzeźbę genialnego azteckiego artysty, który wyrył w kamieniu rodzącą boginię Tlazolteotl, przykucniętą, o przejmującej twarzy wykrzywionej bólem. Jakże często na azteckich freskach ukazane są otwarte klatki piersiowe i wyrwane serca. Krew, która tak bardzo szokowała Europejczyków na obrazach Fridy, była dla Indian, bez wyjątku, Azteków, Majów, nomadów, cennym płynem pieczętującym sekretne porozumienie z siłami kosmosu.

W obrazie „Dwie Fridy” dostrzega się przede wszystkim rozdarcie, można jednak dostrzec w nim również dopełnienie. Cierpienie i ból to konieczna przeciwwaga szczęścia i miłości, bez której kosmiczna równowaga jest niemożliwa. W wierzeniach Indian, podobnie jak w filozofii Wschodu, szczęście i cierpienie to dwie przeciwne, lecz uzupełniające się siły, dwie połowy jedności. Dwie Fridy są sobie niezbędne, połączone ze sobą i pogodzone paktem krwi.

Rodząca bogini Tlazolteotl wyrzeźbiona przez azteckiego artystę, który potrafił wydobyć z kamienia przejmujący ból na jej twarzy. Jedyną, która wiele wieków później odważyła się namalować poród, była Frida Kahlo („Moje narodziny”). Jak prawdziwa Tehuana traktowała tematy dotyczące kobiet z całkowitą, naturalną szczerością.

Autoportret, Frida Kahlo, 1933 r.

„To w Nowym Jorku Frida maluje jeden ze swych najbardziej skończonych autoportretów, na którym ukazuje się, niezwykle piękna, w złocistej poświacie, jej twarz jak niewzruszona maska nosi sekretne znaki samotności, cienie kładą się pod oczami, małe światełko lśni w czarnych źrenicach, a szyję opasuje ciężki naszyjnik z terakoty łączący ją z epoką rytuałów ofiarnych indiańskiej Ameryki”. J.M.G. Le Clézio.

Indiańską duszę Diega Rivery i Fridy Kahlo, indiańską inspirację ich twórczości i rewolucyjności, dostrzegł i opisał J.M.G. Le Clézio w pięknej książce „Diego i Frida”, która ukazała się w Polsce w 2009 r. nakładem Wydawnictwa W.A.B. w przekładzie Katarzyny Bartkiewicz. Ten właśnie aspekt został całkowicie pominięty w filmie „Frida” nakręconym w roku 2003 z Salmą Hayek w roli głównej. Film, przeznaczony dla szerokiego odbiorcy, pokazuje z życia Fridy to, co może go zainteresować. Jest malowniczy, ale niezwykle schematyczny, jak kolorowa pocztówka wysłana z podróży do Meksyku.

Zofia Kozimor

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry