Powrót                                         

 

 

Galeana pomszczona

Obawy Casaresa okazały się jak najbardziej uzasadnione. Mord na Indianach, którzy mieli nieszczęście zawrzeć rozejm w Galeanie, domagał się zemsty. Cuchillo Negro zwołał wielką naradę wodzów. Na jego apel odpowiedzieli m. in. Mangas Coloradas, Miguel Narbona i Cochise. Dla Sonory i Chihuahuy nadszedł czas zapłaty zarówno za nikczemność Kirkera, jak i za krótkowzroczną, podłą politykę meksykańskich władz, która doprowadziła do tego, że polowanie na indiańskie skalpy stało się dla wielu bardziej opłacalne niż poszukiwanie złota. Chiricahuowie zaatakowali w pierwszej kolejności Galeanę, mszcząc się na jej mieszkańcach za zdradę. Potem uderzyli na Cuquiarachi, gdzie w walkach, jakie się wywiązały, zginął znienawidzony przez Indian komendant Sonory, Antonio Narbona. Ci, którzy przeżyli atak, opuścili miasto. Podobny los spotkał Chinapę. Osada po osadzie, Meksykanie porzucali te ziemie, zostawiając je "wężom i Apaczom".

W czerwcu 1848 roku miał miejsce wypadak, którego Cochise nie zapomniał do końca życia. Po atakach na Cuquiarachi i Chinapę Chokoneni uderzyli na Fronteras. Podczas walk ulicznych Meksykanie strzelili do nich z działa, co spłoszyło konie i wywołało wielki zamęt wśród ludzi. Ranny został Miguel Narbona. W wyniku zamieszania Meksykanom udało się schwytać Cochise’a. "Capitancillo Cucchisle", jak nazwano go w raportach, został zakuty w kajdany i uwięziony w tamtejszym presidio. Miguel Narbona i Posito Moraga zarządzili oblężenie fortu i zacisnęli pierścień wokół miasta tak, że nikt nie mógł go opuścić; rolnicy nie wychodzili w pole, kupcy nie wyjeżdżali po zaopatrzenie. Po sześciu tygodniach, kiedy mieszkańcom zaczął grozić głód, Meksykanie zgodzili się na negocjacje i Cochise został wymieniony na meksykańskiego podoficera, czterech żołnierzy i sześciu cywilów. Doświadczenia tego wódz Chiricahua nigdy nie zapomniał. Już nigdy nikomu nie udało się go uwięzić. Po zakończonym oblężeniu, mieszkańcy Fronteras załadowali, co mogli, na wozy i opuścili miasto. Doprowadziło to do zamknięcia najstarszego fortu w Sonorze. Zaludniony on został ponownie kilka lat później. Podobny los spotkał Santa Cruz. 

Meksykanie zdali sobie sprawę, że północne tereny kraju wymykają się spod ich kontroli. Centralne władze liczyły jednak na przedsiębiorczość naczelnego wodza Sonory Eliasa Gonzaleza. Ten rzeczywiście gorliwie szukał pieniędzy i ludzi do kontrofensywy. Nie było to jednak łatwe, gdyż Meksykanie bali się stawić czoła Apaczom. Indianie niepodzielnie panowali nad regionem. Sytuacja skłaniała ich do przekonania, że zdołają definitywnie wyprzeć białych ze swego terytorium. W grudniu 1849 roku uderzyli na fort Tubac. Załoga fortu, osłabiona w wyniku dezercji żołnierzy na wieść o kalifornijskim złocie, nie była w stanie odeprzeć naporu Indian. Mieszkańcy w panice opuścili miasto i albo wyjechali do Kalifornii, albo szukali schronienia w Tucson. Próbując ratować fort, Gonzalez rozkazał przenieść do Tubac dwudziestu żołnierzy z Tucson. Decyzja ta świadczyła tylko o jego bezradności. Żołnierzom nie uśmiechało się nadstawiać głowy w Tubac. Zaczęli dezerterować, zabierając ze sobą broń przeznaczoną do walki z Apaczami i zostawiając swoje rodziny bez ochrony. W Tucson samopoczucie mieszkańców było jak najgorsze, brakowało żywności, ludzie obawiali się, że w każdej chwili Indianie zaatakują miasto. Jednak tego jedynego fortu w Sonorze Indianie nie zaatakowali. Prawdopodobnie dlatego, że nie zdawali sobie sprawy z opłakanego stanu, w jakim znajdowały się jego siły.

Apacki wojownik, pomnik w rezerwacie San Carlos

Mówiąc o latach 1846 – 1850, należy podkreślić kilka faktów, które skomplikowały sytuację Meksykanów i ułatwiły działania Indian. Przedłużający się kryzys gospodarczy osłabił kraj militarnie. Garnizony były w opłakanym stanie. Żołnierzom nie wypłacano żołdu, przyjmowano do służby kryminalistów. Trudne warunki, a później odkrycie złota w Kalifornii doprowadziły do ucieczki wielu uzbrojonych żołnierzy. Do tego w 1846 roku wybuchła wojna między Meksykiem i Stanami Zjednoczonymi, w wyniku dokonanej przez Amerykanów aneksji Teksasu, co zmusiło Meksyk do zmobilizowania sił w walce z północnym sąsiadem. Agresywna, ekspansjonistyczna polityka Amerykanów szła w parze z bojowym nastawieniem Apaczów. Nie można jednak zapomnieć o zasadniczej między nimi różnicy: Amerykanie nie walczyli o własne ziemie. Szykując się do podboju Kalifornii, amerykańskie oddziały zatrzymały się w Santa Fe i w Tucson. Dla wielu Chiricahuów było to pierwsze spotkanie z Jankesami. Amerykanom pierwsze kontakty z Apaczami nie powiedziały nic o walkach, jakie mieli stoczyć, aby ten lud ujarzmić. Notowali swe spostrzeżenia:

"Są biedni i brudni, ale na ogół noszą bawełniane koszule, a często i spodnie. Mają piękne mokasyny do kolan, o podwiniętych do góry noskach. Dosiadają świetnych koni, które wolą od mułów, i uzbrojeni są we wspaniałe włócznie, strzelby i łuki. Mają długie włosy opadające swobodnie na ramiona. Na głowach noszą skórzane hełmy przybrane piórami i wisiorkami. Zdaje się, że rozumieją po hiszpańsku".

Doskonale uzbrojeni Amerykanie zrobili na Apaczach duże wrażenie, które w owym okresie okazało się dla nich zbawienne. Indianie szybko zrozumieli, że nie mogą sobie pozwolić na prowadzenie wojny z dwiema armiami i nastawili się do przybyszów pokojowo. Meksykanie panicznie obawiali się sojuszu swoich przeciwników. Ale były to obawy na wyrost. Do porozumienia między nimi nie mogło dojść, zarówno ze względu na nieufność Apaczów do białych, jak i ze względu na pogardę, z jaką Amerykanie odnosili się do "dzikich". Wycofując się z Tucson, aby kontynuować marsz na Kalifornię, kapitan Philip Cooke zostawił gubernatorowi Sonory list, w którym sugerował, żeby dwa kraje połączyły swe siły w walce z Apaczami. Biały białemu oka nie wykole. To o czerwonoskórego było za dużo na kontynencie, który "Europejczykom dała Opatrzność". Wojna ze Stanami Zjednoczonymi trwała do 1848 roku i zakończyła się utratą przez Meksyk ogromnych obszarów na północy, które utworzyły Kalifornię, Newadę, Utah, Nowy Meksyk, Teksas, część Arizony, Kolorado i Wyomingu. W wyniku przesunięcia granic, ziemie Apaczów Mescalero, Chihennów i po części Nedni: dolina Rio Grande, Santa Rita, góry Mogollon, tereny ciepłych źródeł, znalazły się pod administracją amerykańską. W okresie, gdy Stany Zjednoczone zabrały Meksykowi prawie połowę ziem i zaczęły kolonizować ziemie Chihennów, Apacze Chokoneni próbowali zapanować nad własnymi, które teoretycznie należały jeszcze do Sonory.

Wielkim wodzem Chokonenów był w owym czasie Miguel Narbona. Niezwykła historia Miguela Narbony jest jedną z tych, które zdarzyć się mogły tylko na pograniczu. W wieku ośmiu lat Indianin został porwany przez grupę Meksykanów prowadzonych przez ojca Antonia Narbony, tego samego, który wiele lat później został komendantem Sonory. Rodzina Narbonów zaadoptowała chłopca. Ochrzczono go imieniem Miguel i zapewniono chrześcijańskie wychowanie. Miguel nauczył się czytać i pisać, poznał zwyczaje białych, doskonale opanował hiszpański. W jaki sposób odbywało się to wychowanie, nie wiemy. W każdym razie odniosło skutek całkowicie przeciwny do oczekiwanego. Po dziesięciu latach osiemnastoletni Miguel uciekł od przybranej rodziny i dołączył do swojego plemienia. Z czasem został wodzem Chokonenów, dzieląc władzę z Esquinalinem. Jak wielu tzw. renegatów nienawidził białych bardziej niż inni Indianie. Stał się najbardziej nieprzejednanym, upartym i agresywnym wodzem Apaczów. Był jedynym, który po zbrodni w Galeanie nigdy nie zbliżył się do białych i nigdy nie zgodził się na żadne z nimi negocjacje. Przewrotna historia pogranicza kazała mu nie raz zetrzeć się z przybranym bratem. Ząb za ząb, walczyli ze sobą Antonio Narbona i Miguel Narbona, nieprzejednany komendant fortów Sonory i równie nieprzejednany wódz Apaczów. Miguel Narbona zmarł w 1856 roku. Władzę po nim objął Cochise[1].

Stan Chihuahua nie współpracował z Sonorą, niemniej też podjął energiczne środki zaradcze. W maju 1849 roku uchwalono tzw. "piątą ustawę", która oznaczała wypowiedzenie wojny "wrogim" Indianom i zachętę do masakr. Każdy osobnik był uprawniony do polowania na Apaczów. Ustanowiono nowe ceny za usługi: za skalp mężczyzny płacono teraz 200 pesos, za schwytanego wojownika 250, a za kobietę i chłopca od 14 roku życia 150 pesos. Z dnia na dzień do Chihuahuy napłynęli płatni złoczyńcy. Indianie odpowiedzieli najazdami. Jednak Meksykanie ufali, że indiańskie wojny osiągnęły apogeum i że Apacze zaczną myśleć o negocjacjach. Nadzieje te wiązali z faktem, że w ich więzieniach przebywało wielu zakładników, na których uwolnieniu Apaczom zależało. Przewidywania te okazały się słuszne. W lutym 1850 roku posłańcy Yrigollena zaproponowali w Bacoachi wymianę jeńców. Doszło do niej miesiąc później. Elias Gonzalez powstrzymywał się jednak od przedwczesnej satysfakcji. Apaczom - napisał - "potrzeba będzie czasu, aby przezwyciężyć obawę przed oszustwem i zdradą z naszej strony, jak to miało miejsce w Galeanie i nie tylko". Okazał tym dużą przenikliwość. Sytuację komplikował fakt, że sami Indianie byli bardzo podzieleni. Umiarkowani wodzowie Chokonenów, Posito Moraga i Yrigollen podpisali w końcu traktat z Sonorą. Podobny traktat podpisany został w stanie Chihuahua z wodzami Nedni: Coleto Amarillo, Lacerisem i Arvizu, oraz z wodzami Chihennów: Delgadito i Itanem. Niezależnie od nich, Mangas Coloradas, Miguel Narbona i Cochise kontynuowali walkę.


[1] Imię Miguela Narbony jest dziś zapomniane. Edwin Sweeney tłumaczy to kilkoma przyczynami. Po pierwsze Narbona zmarł, zanim Chokoneni nawiązali kontakt z Amerykanami i jego imię nie pojawia się w amerykańskich archiwach. Cochise, gdy już nie prowadził wojny, ograniczył kontakty z białymi do niezbędnego minimum. Czas etnografów zbierających informacje o historii Chiricahuów nadszedł dużo później, zbyt późno, aby ożywić pamięć o dawno zmarłym wodzu, którego imię stanowiło dla Indian tabu. Archiwa meksykańskie też rzadko mówią o Miguelu, gdyż ten nigdy z białymi nie pertraktował; wzgląd na Antonia Narbonę mógł tę powściągliwość Meksykanów zwiększać. Historię Miguela Narbony Sweeney zrekonstruował na podstawie wspomnień Merejildo Grijalvy, Meksykanina porwanego i wychowanego przez Chokonenów, który służył później jako zwiadowca w amerykańskiej armii.

Bibliografia:

1. Edwin R. Sweeney, Cochise, Chiricahua Apache Chief, University of Oklahoma Press, 1991

2. Donald E. Worcester, Apacze, Orły Południowego Zachodu, Wyd. Tipi, Wielichowo, 2002  

________________________

©Zofia Kozimor 

 

   Powrót

Do góry