Powrót                                                                                     

 

 

Zofia Kozimor

Artykuł ukazał się w Tawacinie nr 74, lato 2006.

Geronimo, masakra pod Janos i historycy

czyli

Jak rodzi się legenda

Geronimo pojawił się na scenie historii w 1877 roku w Ojo Caliente, kiedy to został zatrzymany przez Johna P. Cluma. Do tego czasu raporty z Sonory, Chihuahuy, a potem Arizony i Nowego Meksyku milczały o jego poczynaniach, nikt więc nie może powiedzieć, że wydarzyły się tak, jak to później przedstawił. Biografowie Geronima, odtwarzając zdarzenia tamtych lat, wykazali się dużą sumiennością przy studiowaniu archiwów amerykańskich, pomijali natomiast systematycznie dokumenty meksykańskie. Przeglądając największą biografię Geronima, napisaną ze swadą przez Angie Debo[1], nie można nie dostrzec, że materiały źródłowe, którymi autorka się posługuje, zatrzymują się na granicy z Meksykiem, a najstarsze z nich sięgają 1851 roku, kiedy John Bartlett i John Cremony weszli na tereny Apaczów, wytyczając nową granicę między Meksykiem i Stanami Zjednoczonymi. Okres meksykański w historii Apaczów ogranicza się u Angie Debo, i nie tylko u niej, do zdrady Johnsona w 1837 roku, do wydarzeń związanych z opuszczeniem kopalni w Santa Rita, oraz do masakry pod Janos w 1851 roku, gdyż Bartlett i Cremony o tym nadmienili. Nad resztą zalega głucha cisza faworyzująca tezę, że do roku 1851 zaszyty w górach Geronimo prowadził spokojny żywot, a na ścieżkę wojenną wkroczył dopiero, gdy Meksykanie bez żadnego powodu wymordowali jego rodzinę. Z czasem ciszę tę przerywają wiadomości o kontaktach z Mangasem Coloradas, którego tereny od 1848 roku znalazły się pod administracją amerykańską, a prawdziwą burzę wydarzeń przyniósł rok 1861, kiedy to Bascom starł się z Cochise’em i zgotował Amerykanom wojnę, jakiej ci się nie spodziewali. Jeśli wcześniej źródła amerykańskie o Cochisie nie wspominają, to nie dlatego że żył w przykładnej zgodzie z białymi, co niektórzy sugerują, ale dlatego że Arizona była jeszcze Sonorą i walki Cochise’a toczyły się w Meksyku. Czytając większość prac o Apaczach, odnosi się wrażenie, że historia tego ludu zaczęła się w latach pięćdziesiątych XIX wieku. Trudno też nie pomyśleć, że zdarzenia w nich przedstawione składają się bardziej na historię Amerykanów, w którą wplotły się walki z Apaczami, niż na historię samych Apaczów.

Nieznajomość archiwów meksykańskich z jednej strony, brak dokumentów o działaniach Geronima przed 1877 rokiem z drugiej, sprawiają, że jedynym źródłem informacji o jego życiu jest podyktowany przez niego samego pamiętnik[2]. Gdy w 1905 roku Geronimo dyktował swoje wspomnienia Stephenowi M. Barrettowi, miał ponad osiemdziesiąt lat i ciągle traktowany był przez amerykańskie władze jako więzień wojenny. Stary wojownik relacjonował swoje wspomnienia w języku Apaczów, a Asa Daklugie, syn Juha, tłumaczył je na angielski. Ostatecznej redakcji wspomnień dokonał sam Barrett. Pamiętnik ten ma niewątpliwie duże znaczenie, zawiera wiele cennych informacji o życiu codziennym Apaczów, stanowi przykład narracji charakterystycznej dla kultury opartej na przekazie ustnym, w przejmujący sposób oddaje, pomimo powściągliwości mówiącego, rozpacz ludzi stłamszonych i zagubionych, którzy dobrze rozumieli, że nigdy już nie będą wolni i nigdy już nie będą szczęśliwi. Jednak, jako źródło historyczne, pamiętnik ten ma wartość co najmniej wątpliwą. Jest w nim mnóstwo błędów, niedomówień i zmyśleń. Wiele faktów Geronimo zataił, czego nie zataił, to pomylił, a czego nie pomylił, to zaaranżował tak, by uwypuklić własne znaczenie w przytaczanych zdarzeniach. Jakby tego było mało, Barrett ukwiecił tę relację własnymi wymysłami. Ciekawych informacji na temat nastawienia Geronima w czasie rozmów z Berrettem dostarczył Eve Ball Asa Daklugie: "Geronimo chciał koniecznie tej książki, nie bardzo wiem dlaczego. Nie ufał Barrettowi, który, według niego, mógł być szpiegiem wysłanym po to, aby, pod pretekstem pisania książki o jego życiu, zachęcić go do mówienia. W rezultacie okazał wielką ostrożność i przemilczał wiele faktów, które wymyślił potem sam Barrett, czy to aby skompletować notatki robione pod moje dyktando – a mówiłem szybko – czy też dlatego że źle zrozumiał, lub też myślał, iż Geronimo nie bardzo wie, co mówi. Jest więc dużo błędów w tej książce. Geronimo był zbyt sprytny, aby powiedzieć wszystko, co wiedział. W końcu byliśmy jeszcze jeńcami wojennymi i wszelka zmiana wojskowego dowództwa mogła oznaczać dla nas śmierć. Ja sam również byłem bardzo ostrożny, gdy tłumaczyłem"[3].  

Geronimo

Na tej jednak książce oparli się biografowie Geronima, odtwarzając jego życie przed 1877 rokiem. Najważniejszym wydarzeniem w młodości, które miało uwarunkować nastawienie Geronima do Meksykanów, był mord na jego matce, żonie i dzieciach dokonany przez meksykańskie wojsko. Doszło do niego w 1851 roku pod Janos. A oto, jak Geronimo, a za nim Angie Debo, przedstawiają tę historię.

Grupa Geronima żyła w pokoju z Meksykanami. Podążając za swym wodzem, Mangasem Coloradas, na handel do Casas Grandes, rozłożyli się obozem nieopodal miasta Keskiyeh (Janos). Co dzień mężczyźni chodzili do miasta handlować, zostawiając swe rodziny pod ochroną nielicznej straży. Któregoś dnia, wracając z miasta, spotkali kilka wystraszonych kobiet, które powiedziały im, że żołnierze z innego miasta zaatakowali ich obóz. "Zabili wszystkich strażników, uprowadzili wszystkie konie, zabrali całą broń, zniszczyli zapasy i wyrżnęli większość kobiet i dzieci" (ss. 87-88). Indianie zebrali się w umówionej kryjówce nad rzeką i czekali, aż dołączą do nich ci, którzy przeżyli. Kiedy policzono wszystkich – mówi Geronimo – "okazało się, że wśród zamordowanych była moja stara matka, moja młoda żona i trójka dzieci" (s. 88). Bez zbędnych uniesień, w słowach oszczędnych, co czyni jego relację tym bardziej przejmującą, Geronimo opisuje swoją rozpacz. Porażony bólem, nie mogąc modlić się, mówić, ani jeść, nie mogąc wrócić po ciała zabitych, "bo zostało to zabronione" (88), wojownik podążył za plemieniem w góry. Gdy przybył do swojej wioski, spalił wszystkie rzeczy należące do zmarłych, ubrania, zabawki dzieci, dekoracje Alope, a także szałas matki i swój własny. Od tego czasu żył chęcią zemsty na Meksykanach, zemsty, która nigdy nie została zaspokojona.

Spośród wielu wypraw odwetowych, w których wziął udział, pierwsza była dlań szczególnie ważna. Oto co o niej mówi. Mangas Coloradas zwołał naradę wojowników, aby ustalić formę zemsty na Meksykanach. Geronimo miał za zadanie udać się do innych grup Apaczów, by zwerbować ich do walki. Wybrał się najpierw do wodza Chokonenów, Cochise’a, potem do wodza Nedni, Juha, którzy zgodzili się uczestniczyć w wyprawie. Nastąpiła ona, według Geronima, latem następnego roku. Bitwa miała miejsce niedaleko miasta Arizpe. Młodemu wojownikowi uczyniono wielki honor, powierzając mu nad nią dowództwo, gdyż to on najbardziej ucierpiał z powodu masakry pod Keskiyeh. Bitwa była zacięta, podczas walk Geronimo myślał o zamordowanej matce, żonie i dzieciach, wykazał się też niezwykłą brawurą. Gdy wszystko było skończone, "okryty świeżą krwią wrogów, trzymając w dłoni śmiercionośną broń, rozgrzany jeszcze uniesieniem bitwy, tryumfu i zemsty, otoczony [został] przez wojowników i obwołany wodzem wszystkich Apaczów" (s. 93).

Tyle Geronimo. Relacja ta została podjęta nie tylko przez Angie Debo, ale przez wielu innych autorów opisujących życie Geronima, odbiła się echem w licznych publikacjach i encyklopediach, uświęcona dziesiątkami wydań i tłumaczeń. Trzeba było poczekać na prace Edwina Sweeneya, by zacząć wątpić w tę logiczną konstrukcję zaserwowaną przez Geronima. Sweeney zbierał przez kilkanaście lat materiały do biografii Cochise’a. W przeciwieństwie do wielu historyków, nie zadowolił się istniejącymi już pracami na temat meksykańskiej przeszłości Apaczów, ale sam dokładnie zbadał meksykańskie archiwa. Pozwoliło mu to zrekonstruować z drobiazgową dokładnością burzliwą historię pogranicza. Uściślił dziesiątki szczegółów związanych z masakrą pod Janos, znalazł ślad owej bitwy, o której opowiada Geronimo, zrekonstruował też związki przyczynowo-skutkowe wiążące te zdarzenia. Swoje uwagi opublikował w artykule "Geronimo i masakra Carrasco w 1851 roku"[4], oraz w biografii Cochise’a.

Masakra, która pochłonęła rodzinę Geronima, była dziełem José Maríi Carrasco i stanowiła jedną z wielu, jakie miały miejsce w Meksyku. Była powieleniem masakry pod Janos dokonanej w 1844 roku przez Elíasa Gonzaleza, w której zginęło 80 osób, w większości kobiety i dzieci. José María Carrasco mianowany został w grudniu 1850 roku głównodowodzącym wojsk Sonory, na miejsce Gonzaleza, który nie dawał sobie rady z mnożącymi się napadami Apaczów. Carrasco, człowiek energiczny, ale mocno w sobie zadufany, objął urząd w okresie, gdy stosunki z Apaczami były bardzo chaotyczne. Po długiej i wyczerpującej wojnie wiele grup Chihennów i Nedni zawarło pokój w stanie Chihuahua. Indianie rozbili obozy w promieniu kilku mil wokół Janos i raz w tygodniu pobierali racje żywnościowe. W Sonorze podobne rozmowy nie doszły do skutku. Bojowo nastawieni Apacze dowodzeni przez Mangasa Coloradas i Miguela Narbonę kontynuowali najazdy i grabieże, podczas których wielu Sonorańczyków straciło życie. To w odpowiedzi na te najazdy, w marcu 1851 roku, Carrasco przekroczył granicę stanu i wziął odwet na Apaczach pod Janos, którzy, według niego, nie tylko upłynniali u okolicznych handlarzy zdobyte w Sonorze łupy, ale sami brali aktywny udział w najazdach. Według meksykańskich raportów, podczas najazdu Carrasco na ranczerie Indian zginęło dwadzieścia jeden osób, szesnastu mężczyzn i pięć kobiet, w tym wódz Chokonenów Yrigollen, oraz wódz Nedni Arvizu, który, bezbronny, zastrzelony został na ulicy w Janos. Sześćdziesiąt dwie osoby trafiły do niewoli. Edwin Sweeney przypuszcza, że liczba zabitych kobiet i dzieci została w raportach mocno zaniżona. Geronimo nie widział ciał swoich bliskich, nie mamy więc pewności, że Alope z dziećmi została zabita. Jeśli jednak przeżyła, to tylko po to, by zostać wywieziona do niewolniczej pracy w głąb Meksyku.

Edwin Sweeney odnalazł również ślad owej bitwy niedaleko Arizpe, która, według relacji Geronima, miała być zemstą za zabitych pod Janos. Była to w rzeczywistości wielka wyprawa prowadzona przez Mangasa Coloradas, do którego dołączyli Yrigollen i Posito Moraga na czele Chokonenów. Razem grupy te liczyły około czterystu wojowników i pustoszyły stan. W wyniku kolejnych napadów Apacze zdobyli ponad tysiąc sztuk koni i bydła. Podążali ze swym łupem na północ, gdy kapitan Ignacio Pesquiera, przewidując ich marszrutę, zebrał stu ochotników z Arizpe i Bacoachi i ruszył w kierunku Pozo Hediondo, dwadzieścia mil na wschód od Arizpe, by przeciąć im drogę. Tam doszło do bitwy, podczas której Mangas Coloradas wciągnął Meksykanów w zasadzkę, uderzył na nich ze swymi wojownikami i odniósł walne zwycięstwo. W bitwie tej, która stanowiła jedno z największych zwycięstw Apaczów w XIX wieku, Meksykanie stracili dwadzieścia sześć osób, a czterdzieści sześć zostało rannych. Indianie mogli spokojnie kontynuować swój marsz na północ, gdyż nikt więcej nie miał ochoty podążać ich śladem. Według Sweeneya, wszystko wskazuje na to, że bitwa pod Pozo Hediondo jest bitwą opisaną przez Geronima. Miała miejsce na wschód od Arizpe, wzięli w niej udział Indianie trzech połączonych grup, dowodził nią Mangas Coloradas, który wciągnął żołnierzy w zasadzkę, zakończyła się zwycięstwem Apaczów. Poza tym rozmiarami i znaczeniem nie dorównywała jej żadna inna bitwa lat pięćdziesiątych. Najważniejsze jej szczegóły zgadzają się z relacją Geronima. Wszystkie oprócz jednego: daty. Bitwa ta bowiem miała miejsce sześć tygodni przed masakrą pod Janos.

Nie jest to detal bez znaczenia, gdyż rozbija w pył splot przyczynowo-skutkowy przedstawiony przez Geronima. Pod znakiem zapytania stawia też wyjątkową rolę, jaką miał w niej odegrać.

Według meksykańskich archiwów, to właśnie po przegranej batalii pod Pozo Hediondo Carrasco ogłosił "wojnę na śmierć przeciw wszystkim plemionom zwanym Apaczami". Władze stanu Chihuahua zapewniały, że Apacze osiadli pod Janos nie brali w napadach udziału. Carrasco wiedział swoje. 5 marca 1851 roku, na czele formacji ochotniczej, przekroczył granicę stanu i uderzył na ranczerie Apaczów, oraz urządził obławę na Indian przebywających w mieście. Oczywiście, wydarzenie to wywołało ogromne oburzenie i protest władz Chihuahuy, które widziały w nim zbrodnię poważnie zagrażającą pokojowi w stanie. Dla Apaczów nie mających nic wspólnego z najazdami w Sonorze była to zdrada domagająca się pomsty, która z całą pewnością nastąpiła.

Problem w tym, iż, pomimo zapewnień o pokojowych stosunkach z Meksykanami, Geronimo w owych najazdach brał udział. Nawet jeśli przyjąć, że Alope z dziećmi przebywała pod Janos na mocy traktatu zawartego przez Coleto Amarillo, Geronimo w tym samym czasie walczył w Sonorze. Możliwe, że grupa Geronima przybyła do Janos po wygranej bitwie, ale wtedy też nie można twierdzić, że żyła z Meksykanami w pokoju. Książka Angie Debo sugeruje, a wiele publikacji to powtarza, że Geronimo nastawiony był pokojowo do Meksykanów aż do owej masakry. Zważywszy, że od 1837 roku, z niewielką przerwą na nieszczęsny rozejm w Galeanie, Apacze byli w stanie otwartej wojny z Meksykiem, trudno dać temu wiarę. Tym bardziej, że grupą Geronima dowodził Mangas Coloradas, który konsekwentnie odrzucał wszelkie propozycje traktatów. W 1851 roku Geronimo miał dwadzieścia osiem lat, a wojownikiem został w wieku lat siedemnastu. Trudno przypuszczać, żeby przez ponad dziesięciolecie prowadził spokojny żywot z Alope, podczas gdy jego pobratymcy, osada po osadzie, zdobywali pogranicze dla siebie.

Będąc więźniem wojennym w momencie, gdy dyktował wspomnienia, osiemdziesięcioletni Geronimo zręcznie filtrował fakty i mówił tylko to, co wydawało mu się możliwe do wyznania białemu. Historycy, którzy dzisiaj bezkrytycznie powtarzają te zwierzenia, podobnego usprawiedliwienia nie mają. Nie mają zresztą żadnego usprawiedliwienia. Nie chodzi bowiem o to, aby utrwalać negatywne schematy i uprzedzenia dotyczące Apaczów i Geronima, nie walczy się jednak ze złą legendą, budując na jej miejsce dobrą. I odwrotnie. Oba podejścia są siebie warte. Nie można potępiać Geronima za udział w bitwie pod Pozo Hediondo, ale też nierzetelnością jest przedstawianie go jako pokojowo nastawionego człowieka, którego zdrada Meksykanów zmieniła w postrach Południowego Zachodu. Chodzi o to, by próbować rozeznać się w zawikłanej historii ziem, o które walczyło kilka nacji i starać się dotrzeć do ludzi z krwi i kości, którzy tę historię tworzyli. Śmierć Alope i dzieci stanowiła tragedię bez względu na to, czy Geronimo z Meksykanami walczył, czy nie. Ich śmierć wpisała się w kontekst nasilających się wojen, masakr i gwałtów, których teatrem ziemie Apaczów były od dawna.

Kolejną nieścisłością w relacji Geronima jest podkreślenie roli, jaką w owej „odwetowej” bitwie odegrał. Nie trzeba być specjalistą od spraw Apaczów, żeby uznać za mało prawdopodobne, by w 1851 roku, werbując do odwetu bratnie grupy, Geronimo udał się do Cochise’a i Juha. Chokoneni, a szczególnie Nedni, mieli w tym czasie większych wodzów. Wśród Chokonenów prym wodził Miguel Narbona z Esquinaline'em i Yrigollenem. Cochise kierował tylko swoją grupą lokalną. Gorzej było z Juhem, który w omawianym okresie miał trochę ponad dwadzieścia lat i daleko mu było do dowodzenia Apaczami Nedni. Oczywiście tę pomyłkę Geronima można złożyć na karb jego podeszłego wieku i zawodnej pamięci. Ale można w niej widzieć pewną parafrazę. W 1905 roku imiona Miguela Narbony czy Coleto Amarillo nic Amerykanom nie mówiły. Co innego Cochise i Juh, postacie emblematyczne i legendarne. Geronimo mógł użyć ich imion jako haseł, symbolicznego wyobrażenia największych wodzów tamtych czasów, a nie konkretnych osób. Stary wojownik mógł sobie na tę nieścisłość pozwolić. Od historyków i biografów można jednak oczekiwać pewnej wnikliwości i precyzji.

Jeśli bitwa pod Pozo Hediondo odbyła się przed masakrą pod Janos, nie istniał żaden powód, aby dowództwo nad nią powierzać 28 letniemu Goyahkli. Archiwalne dokumenty stwierdzają, że Apaczów prowadził Mangas Coloradas, do którego dołączyli Posito Moraga i Yrigollen. Geronimo brał w niej niewątpliwie udział i na pewno odznaczył się wielkim męstwem, podobnie jak większość Apaczów. Pewne jest, że wziął w niej udział Cochise, gdyż wspomina o tym Merejildo Grijalva. Odwaga, jaką się wykazał, scementowała jego pozycję wśród Chokonenów. Warto przypomnieć, że były to ostatnie lata, kiedy Chokoneni uznawali autorytet trzech wodzów: Miguela Narbony, Yrigollena i Esquinaline’a. Kilka lat później Cochise pociągnie za sobą wszystkie grupy tego plemienia i do końca swych dni będzie ich jedynym przywódcą.

Opowiadając o dowodzeniu ową bitwą, Geronimo przypisał sobie wielki sukces Mangasa Coloradas. To, iż po zakończeniu walki wojownicy okrzyknęli go "wodzem wszystkich Apaczów", było wymysłem Barretta, któremu w opowiadanej historii brakowało kropki nad i. Informację tę gładko przełknął  komentujący książkę Frederick W. Turner, nie uwierzyła w nią jednak Angie Debo, może pod wpływem Eve Ball, która opisała, w jaki sposób Asa Daklugie zareagował, gdy przeczytała mu to zdanie z książki: "Wybuchnął śmiechem i potwierdził, że ani Geronimo, ani on sam nie powiedzieli Barrettowi, iż Geronimo był wodzem, i że Barrett z własnej inicjatywy przydzielił ten tytuł jego wujowi". Angie Debo przyznaje, że wszyscy Apacze, razem z Daklugie, podkreślali, że Geronimo nigdy takiego tytułu nie nosił. Geronimo nie był wodzem? W takim razie legenda bezczelnie zagrała historii na nosie i w dalszym ciągu z nas drwi, jeśli, od książek Zimmermana po najpoważniejsze encyklopedie, Geronimo przedstawiany jest jako jedyny wódz Apaczów godny uwagi.

Zasadne staje się w końcu pytanie, dlaczego Geronimo zaaranżował wydarzenia w ten właśnie sposób. Przy odrobinie złej woli można go posądzić o wykalkulowane kłamstwo i uzurpację. Wykazując sporo dobrej woli, niektórzy sugerują, że ból po ukochanych osobach i podeszły wiek kazały mu ułożyć zdarzenia z młodości w sposób jak najbardziej dla niego logiczny[5]. Ale jest jeszcze inne wytłumaczenie. Dyktując swoje wspomnienia, Geronimo był w pełni władz umysłowych, był też człowiekiem bystrym i doskonale rozumiał niechęć, a jednocześnie fascynację, jaką wzbudzał. Pomimo statusu więźnia wojennego, uczestniczył w paradach i wystawach, sprzedawał po kilkadziesiąt centów swoje autografy, strzały, łuki, a nawet guziki od marynarki, i wzbudzał sensację wszędzie, gdzie się pojawił. Znienawidzony wojownik z Sierra Madre stał się fascynującym tłumy dziwowiskiem. Wzbudzał dreszcz emocji, mniej więcej taki, jak zamknięty w klatce tygrys. Im groźniejszy zwierz, tym większa chwała pogromcy. Wystawiany na pokaz Geronimo, podobnie jak Indianie Równin objeżdżający kraj ze spektaklami o Dzikim Zachodzie, uświadamiali młodej amerykańskiej nacji jej wielkość, byli też żywym dowodem powodzenia cywilizacyjnej misji i namacalnym jej usprawiedliwieniem. Jednocześnie odchodząca w przeszłość epopeja podboju, romantyzm czasu burzy i naporu domagały się pieśni o czynach i bohaterach. Nie był to czas historyków żmudnie studiujących archiwa. Był to czas trubadurów. A także ludzi interesu. Jednym z nich był niewątpliwie Barrett. Natomiast idealnym materiałem na bohatera — Geronimo. Nie szkodzi, że oprócz brawury nie posiadał żadnej cechy prawdziwego wodza. Wszystko można było dośpiewać. Młody kraj potrzebował mitologii. Czy Geronimo rozumiał tę potrzebę? Możliwe. A na pewno widział niekonsekwencje pogromców. Mowy nie było o tym, aby Apaczów Chiricahua, pędzących beznadziejne dni w Oklahomie, odesłać z powrotem do Arizony, o co usilnie prosili. Nikt w Arizonie ich nie żałował i nikt, broń Boże, nie chciał, aby wracali. Potrzebą chwili było stworzenie mitu, który odesłałby zdobywcom ich wielkość. Ponieważ chcieli legendy, więc ją dostali. Geronimo był doskonałym promotorem własnej osoby. Tego zresztą od niego oczekiwano. Cegiełka po cegiełce, na fali żywej jeszcze pamięci o jego kolejnych ucieczkach, dzięki zręcznie ułożonym historiom, z walną pomocą Barretta, który wsłuchiwał się w to, co chciał usłyszeć, w wyniku kolejnych publikacji i interpretacji, powstał mit wielkiego wodza Apaczów, szlachetnego obrońcy wolności. Mit, który funkcjonuje równolegle do mitu Geronima dzikiej bestii i krwawego okrutnika. Jeden i drugi wyczytywane są między wierszami tej samej książki. Wszystko zależy od tego, kto czego szuka w opowieściach o Indianach.

Rozdmuchany mit Geronima okazał się jednak kolejnym podstępem kojota[6]. Uderzył w samych Apaczów. Przez ironię historii, człowiek kontrowersyjny, egoistyczny i mściwy, pozbawiony wielu cnót Chiricahuów, stał się archetypem Apacza, kwintesencją ducha tego ludu. Co więcej, usunął w cień innych apackich przywódców, tych, którzy posiedli nie tylko jego brawurę, ale zalety właściwe wielkim wodzom: mądrość, prawość, szlachetność; przywódców, którzy w swych działaniach kierowali się nie osobistą zemstą, lecz dobrem swojego ludu. Amerykańska legenda Geronima jest może udanym rewanżem indiańskiego Dawida wobec amerykańskiego Goliata, ale nie przestaje drwić z pamięci prawdziwych wodzów Apaczów: Mangasa Coloradas, Cochise’a, Victoria i wielu innych. I będzie z nich drwić dopóty, dopóki badacze, których czas już nadszedł, nie dotrą, pod warstwami mitów, do ludzi z krwi i kości i nie przywrócą historii należnego jej miejsca.

Bibliografia  

[1]. Angie Debo, Geronimo, the Man, his Time, his Place, University of Oklahoma Press, 1989.

[2]. Geronimo, His Own Story, E. P. Dutton and Co, New York, 1970 (Geronima żywot własny, S. M. Barrett, Warszawa 1975).

[3]. Eve Ball, Indeh, An Apache Odyssey, University of Oklahoma Press, 1988.

[4]. Edwin Sweeney, "'Straciłem wszystko': Geronimo i masakra Carrasco z 1851 roku", tłum. A. Sudak, Tawacin nr 36, zima 1996. ("I Had Lost All: Geronimo and the Carrasco Massacre of 1851", The Journal of Arizona Story nr 27, wiosna 1986.

[5]. David Roberts, Once They Moved Like The Wind, First Touchstone Edition, 1994.

[6]. Na temat innych kłamstw i błędów w książkach i filmach o Apaczach pisze Bogdan Danowski w artykule "Apacze i kojoty", Tawacin nr 72, zima 2005.

A propos mitu Geronima:

7. Edwin Sweeney, "W cieniu Geronima, Chihuahua, zapomniany wódz Apaczów Chiricahua", tłum. A. Sudak, Tawacin nr 72, zima 2005.

8. Jean-Louis Rieupeyrout, Histoire des Apaches, Albin Michel, Paryż, 1987.

________________________

©Zofia Kozimor

 
   Powrót

Do góry