Powrót                                               

 

 

 

Indianie jak malowani

 

John Trudell, poeta i działacz Dakota, z właściwym sobie cierpkim humorem powiedział: „Gdy biali do nas przybyli, zapytali nas, kim jesteśmy. Odpowiedzieliśmy, że jesteśmy Ludźmi. Ale oni nie znali pojęcia « ludzie » i nazwali nas Indianami”.

John Trudell niezwykle trafnie ujął problem. Dostrzegł, że w przeświadczeniu białych „Indianie” i „ludzie” to pojęcia, które do siebie nie przystają. Słowo „Indianie” stało się workiem, do którego można wrzucać przeróżne określenia istot zamieszkujących kontynent amerykański. Tak było od pierwszego spotkania Indian z Europejczykami, tak jest do dziś.

Najnędzniejsze stworzenia, dzikie bestie, brakujące ogniwo między małpą i człowiekiem – to jeden ze sposobów postrzegania Indian. Zapoczątkowany przez konkwistadorów, utwierdzony przez teorie Darwina. Jako podludzi, tubylców można było tępić, zniewalać, udomawiać, traktować jak gatunek do odstrzału bądź podgatunek na usługach zdobywców.

Wraz z pojawieniem się w Europie konceptu „dobrego dzikusa” sposób postrzegania Indian zaczął się zmieniać. Do worka zaczęto wrzucać wszelkie możliwe fantazje białych, wszelkie kompleksy i tęsknoty będące rezultatem braku. Indian skojarzono z ogrodem Edenu, z utraconą niewinnością, z mitycznym Złotym Wiekiem. Obserwując tubylców, biali odkrywali siebie. Indianie stali się katalizatorem ich kompleksów. Zrzucono na nich tony wymysłów, urojeń i utopii. Zmitologizowano ich tak, że zachodzi obawa, iż spod mitów już się nie wydobędą. Równolegle do pokutującego przeświadczenia o ich kulturowej i rasowej niższości, wykrystalizowało się przeświadczenie o ich doskonałości, szczególnie silne w dobie obecnej. Wojownicy bez skazy i zmazy, mędrcy, którzy posiedli tajemną wiedzę o świecie, nosiciele dumy, wolności i wszystkich zalet, od których biali odeszli w imię wygodnej cywilizacji.

W zgodzie z naturą

Indianin stał się ideałem. A to niesie ze sobą groźbę. Wiadomo, złoconych pomników lepiej nie dotykać, pozłota zostaje na rękach. Jeśli wizerunek tubylcy do ideału nie przystaje, tym gorzej dla tubylcy. Zostanie ścięty, zgilotynowany, unicestwiony milczeniem. Co w dobie obecnej znaczy, że nie zostanie „polubiony”! W pogoni za „lajkami” obrazkowi Indianie prześcigają się w doskonałości. Ukazani w najpiękniejszych ziemskich krajobrazach, bajecznie kolorowi, są ucieleśnieniem fizycznego i duchowego piękna. I jako tacy, modelowi, mają szansę na zdobycie uznania.

W duchowej unii ze światem

A jaką szansę na uznanie ma Indianka?

Tu sprawa się komplikuje. Od samego początku Indianka była podwójnie grzeszna czyli podwójnie przegrana, jako przedstawicielka ludu tubylczego i jako kobieta. O losach indiańskich kobiet i przesądach na ich temat ciekawie pisze Waldemar Kuligowski w artykule „Księżniczki, dziwki, lalki”. Opisuje rycinę z 1589 roku przedstawiającą odkrycie Ameryki przez Vespucciego. „Kontynent amerykański – pisze – przedstawiony jest na niej pod postacią indiańskiej kobiety. Spoczywa ona na hamaku, jest naga, bardzo bujna i lubieżna. Chętnie odpowiada na gest powitalny swego białego odkrywcy. Za plecami Vespucciego widać strzeliste żagle wspaniałych okrętów, za bezimienną autochtonką czają się dzikie zwierzęta. Oto świat cywilizowany przybywa do świata barbarzyńskiego, oto mężczyzna przybywa do kobiety – w każdym z tych przypadków po to, by je objąć we władanie”[1].

Vespucci i Ameryka, rycina wykonana przez Teodora Galle'a na podstawie rysunku Jan van der Straeta, 1589 r.

Indianka była jak nowoodkryta ziemia do wzięcia. Ale nawet jeśli przyrzekała nieznane rozkosze bezkompleksowej seksualności, pozostawała gatunkiem do odstrzału. Squaw stanowiła może zabawkę, ale nikt jej nie brał poważnie, squaw nie zasługiwała nawet na miano kobiety. Dlatego słynną Cynthię Ann Parker, białą kobietę porwaną za młodu przez Komanczów, która nigdy nie chciała wrócić do swojej rodziny, przedstawiono na zdjęciu karmiącą córeczkę z odkrytą piersią. Podobnego zdjęcia nie odważono by się zrobić kobiecie cywilizowanej. Cynthia Parker, przedkładając indiańskiego męża nad białą rodzinę, stoczyła się do roli samicy. Tak to rozumiano w XIX wieku.

Cynthia Ann Parker, matka Quanaha Parkera, z córeczką.

Dzisiaj, gdy otoczeni aurą doskonałości Indianie stali się modelem do naśladowania, tubylcze kobiety uzyskały nowy wygląd, ich rola jednak się nie zmieniła. Indianka nadal bywa mrocznym przedmiotem pożądania. I jako taka musi być piękna. Jeśli chce być zaakceptowana, musi zadowolić oko białego mężczyzny.

Co znaczy w przypadku Indianki być piękną? Indianka jest piękna wtedy, gdy jej figura i twarz przystają do kanonów kultury zachodniej. Mało tego, musi mieć wygląd lalki Barbie i kształty super modelki. Żeby zyskać uznanie, musi być pociągająca czyli erotycznie wyeksponowana. Pocahontas w mini spódniczce, z fantazyjnym dekoltem, kuszące Indianki w skąpych kostiumach kąpielowych. Myśl, że tak przedstawiona Indianka to wyraz podwójnej dominacji: kulturowej i płciowej, innymi słowy efekt przesądów zarówno rasistowskich, jak i seksistowskich, niekoniecznie przychodzi nam do głowy.

Wygląd lalki Barbie, kształty super modelki, Pocahontas, o jakiej Indianom się nie śniło.

Malunki i biżuteria jako element przebrania czy gry erotycznej? Do gry należy z całą pewnością rozdarty kostium i błoto, którym umazana jest modelka.

Przykładem fantazmatów białych była przez wieki Pocahonas. Dzisiaj fantazmat ten wyraziście zilustrowała filmowa fabryka Disney’a. Ładniutka Pocahontas o „silikonowych” ustach i grymasie „duck face” wylansowanym niegdyś przez Brigitte Bardot, a mającym wzięcie u amerykańskich starletek i nie tylko. „Bliska natury”, instynktowna, porusza się jak puma, jak kot. Współcześnie piękna i współcześnie pociągająca wpisuje się, jak za czasów Vespucciego, w relację kultura-natura, dominujący-zdominowana. Z jednej strony cywilizacja i strzeliste żagle, z drugiej Indianka w otoczeniu zwierząt, ufna, otwarta, do wzięcia. Najgorsze jest to, że niekiedy nawet kobiety nie widzą nic zdrożnego w podobnym, seksistowskim przedstawieniu Indianki. Jakby w społeczeństwach zdominowanych przez mężczyzn kobieta uczyniła własnym ich spojrzenie, jakby mu się poddała i uznała za bezdyskusyjne, że musi je zadowolić.

Zwierzęca, instynktowna Pocahonas Disney'a

Zarówno wczoraj, jak i dziś Indianie nie mają prawa być po prostu ludźmi, z właściwymi ludziom zaletami i wadami, pięknem i ułomnością, siłą i słabością. „Nieestetyczny”, nieodpowiadający naszym wyobrażeniom wizerunek Indian nie przyciągnie naszej uwagi. Reportażowe fotografie nie zawsze odpowiadają naszym oczekiwaniom, przedstawieni na nich autochtoni nie są dość malowniczy. Tematykę indiańską zalała więc prawdziwa fala kiczowatych rysunków. Mnożą się w internecie cukierkowe obrazki Indianek w otoczeniu orłów i wilków, newage’owe pocztówki natchnionych Indian rozmawiających z Wielkim Duchem, odpowiednikiem chrześcijańskiego Boga Ojca.

Vortex i mistyka za trzy grosze

Great Spirit is watching you

Na owych pocztówkach Indianka zdetronizowała Indianina, w mistycznej scenerii nieskażonej natury okazała się bardziej malownicza. „Na głowie ma kraśny wianek, w ręku zielony badylek, przed nią bieży baranek, nad nią leci motylek”. Niech mi duch Mickiewicza wybaczy, że posługuję się jego wierszem, żeby tę falę kiczu zilustrować. U Mickiewicza pasterski sztafaż służył ilustracji grzechów dziewczyny, która odrzuciła rzeczywistość, „nigdy nie dotknęła a ziemi”. Na pocztówkach „indiańskich” sztafaż ten wzięty jest dosłownie. Wystarczy zamienić wianek na pióro, motylka na orła, baranka na wilka, badylek może zostać ten sam. Witajcie w krainie kiczu!

Chris Eyre, arapaho-czejeński reżyser i producent, powiedział kiedyś, komentując sposób, w jaki biali wyobrażają sobie i przedstawiają Indian: „Rdzennych ludów nie trzeba pokazywać w sposób wyidealizowany. Nie o to nam chodzi. Nie zależy nam na tym, aby wyglądać na szlachetnych i dobrych. Chcemy po prostu być ludźmi”. I tak koło się zamknęło. Chris Eyre mówi dokładnie to, co powtarzali białym przybyszom tubylcy przed wiekami: „Jesteśmy ludźmi. Czy znacie to pojęcie?”

Od pierwszego spotkania z białymi Indianie pragnęli, aby dostrzeżono w nich ludzi, nie zwierzęta, nie bestie, nie idealne twory, nie nieomylnych mędrców, lecz po prostu ludzi. Jeśli jeszcze dzisiaj tubylcy muszą tę prośbę ponawiać, to znaczy, że biali nie przestają patrzeć na nich przez pryzmat własnych przesądów, marzeń, pragnień i kompleksów. Wygląda na to, że biali są problemem nie tylko Indian, biali są problemem dla siebie samych.

_____________

[1] Waldemar Kuligowski, Księżniczki, dziwki, lalki. Losy seksualne dzikich (cz. 5), Tawacin nr 73, wiosna 2006.

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry