Powrót                                               

 

 

 

Indianki od Maxima

 

Kilka lat temu jeden z potomków Crazy Horse’a zwrócił się do paryskiego kabaretu „Crazy Horse Saloon”, słynącego z najgustowniej rozebranego baletu świata, z prośbą, by zmienił swoją nazwę, gdyż ta uwłacza pamięci wielkiego wodza. Rok temu — recydywa: Indianom nie spodobał się wielki pióropusz przywdziany przez rozebraną modelkę Victoria’s Secret. Rdzenni Amerykanie zaczęli poważnie denerwować amatorów roznegliżowanych sylfid i nie tylko. Oburzenie Indian rozumieli i podzielali jedynie ich miłośnicy. Ale i tu sprawa się skomplikowała. Wielkie pisma żyjące z eksponowania rozebranych dziewczyn, w poszukiwaniu świeżych ciał, zwróciły się do egzotycznych krain: po Mulatkach i Murzynkach przyszła kolej na porcelanowe Słowianki, a ostatnio na młode Native Amerykanki. Spragnionym egzotyzmu podglądaczom kobiecego piękna proponuje się rozebrane Indianki z wojennymi barwami na twarzy i piórami wetkniętymi jak trzeba.

Trudno mieć pretensje do dziewczyn. Zawód modelki czy piłkarza to w naszym świecie jeden z nielicznych sposobów na szybkie przejście od niedostatku do wielkich pieniędzy. Dlaczego szansy, którą wykorzystują piękne Europejki, nie miałyby wykorzystać piękne Indianki? Nie byłoby problemu, gdyby całą sprawę potraktować, jak na to zasługuje, jak element biznesu, którego instrumentem są ładne dziewczyny.

Problem w tym, że sporo miłośników Indian miłuje Indian przyrządzonych w euro-amerykańskim sosie, również seksistowskim, i nie dostrzega, że wyeksponowane erotycznie Indianki to niekoniecznie element kultury z czasów Tecumseha. Dlatego sądzę, że kabaret „Crazy Horse Saloon” powinien zrobić jedno: dokooptować do zespołu tancerek kilka Native Americans. Ideałem byłoby znalezienie jakiejś pra-pra-prawnuczki wielkiego wodza. To posunięcie zamknęłoby usta tym, którzy popierali protesty tradycyjnych wodzów. Ust tradycyjnym wodzom zamknąć się niestety nie da, im bowiem chodzi nie tylko o pióra i nazwę, lecz również o „wykorzystywanie kobiet, poniżanie ich i wystawianie na pokaz” (z listu Siuksów do kabaretu). No, ale tutaj dotykamy odwiecznego sporu starych z młodymi. Wiadomo, tradycyjni wodzowie to zrzędy mącące ludziom w głowach, żałosna ariergarda stojąca na straży przebrzmiałych wartości. Raz przegrali, przegrają raz jeszcze. A my, zwycięzcy, możemy z satysfakcją stwierdzić, że zabijając w Indianach Indian, ocaliliśmy w nich nie tylko ludzi, ale i całkiem ładne laseczki.

Chelsea Tail Feather, kanadyjska modelka z plemienia Czarnych Stóp, sfotografowana w sugestywnej pozie dla miesięcznika przeznaczonego dla mężczyzn.

Tancerki z Crazy Horse Saloon

(Tekst napisany po tym, jak protestując przeciwko seksistowskiemu obrazowi Indianek w Internecie oraz filmie [patrz artykuł: "Indianie jak malowani"], oskarżona zostałam przez pewną amatorkę cukierkowych Indianek o brak wyobraźni i artystyczny analfabetyzm. A także o ślepotę, gdyż w modelce sfotografowanej w stylu sado-maso nie dostrzegłam córki wodza).

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry