Powrót                                               

 

 

Odkrycie Ameryki doprowadziło do niespotykanego zderzenia kultur. Przez długi czas mieszkańcy starego i Nowego Świata przyglądali się sobie z jednakowym zdziwieniem. Jedni i drudzy świadomi byli, że ich kultury dzieli przepaść. O ile w początkowym okresie mieszkańcy nowo odkrytych ziem nie byli pewni, czy przybysze ze wschodu nie są przypadkiem bogami, o tyle Europejczycy widzieli w tubylcach "najnędzniejsze obiekty stworzenia", bliższe zwierząt niż ludzi. Głusi na teorie idealistów żyjących w Europie, koloniści uznali te ludy za barbarzyńskie, posiadające wszelkie możliwe wady. Papież Juliusz II oświadczył wprawdzie bardzo szybko, iż wszyscy Indianie pochodzą od Adama i Ewy, co teoretycznie położyło kres wątpliwościom tych, dla których człowieczeństwo Indian było sprawą sporną, niemniej w XIX wieku Darwin i jego uczniowie powrócili do tej debaty oświadczając, że niektórzy Indianie są niewątpliwie elementem przechodnim między małpami i ludźmi. Jako dowód podawali fakt, iż, według nich, niektóre plemiona nie mają żadnej religii, mówią językiem szczątkowym i prowadzą życie podobne do życia zwierząt[1]. Inność immanentnie wiązała się z niższością: rasową, intelektualną i moralną.

Inność Indian, rozumiana jako niższość, implikowała konieczność chrystianizacji barbarzyńców i cywilizowania dzikich, a tym samym usprawiedliwiała politykę eksterminacji, grabież ziem i niewolnictwo. Inność nie mogła przetrwać. Jeśli nie można było jej przyjąć, należało ją zniszczyć. Z odkryciem i podbojem Ameryki wiążą się narodziny nowoczesnej Europy, która przetworzyła się w ekonomiczną i polityczną potęgę, narzucając swoją hegemonię Innemu. Zachodnia cywilizacja rozlała się na cały świat, afirmując swą tożsamość przez unicestwienie inności, co zaowocowało ową planetarną monokulturą, którą Levi-Strauss zestawił z monokulturą buraków.

Dzisiaj antropologia kultury z rezerwą odnosi się do pojęć takich jak ewolucja, rozwój i postęp w odniesieniu do kultur. Nad linearne następstwo form przyrodniczych przedkłada "wizję wielobarwnej polimorfii form kulturowych"[2]. Wszystkie kultury traktowane są jako równorzędne. Inność nie oznacza niższości, ani wyższości. Inność to równość, która nie jest tożsamością. Należy ją odkryć i przyjąć w całej jej pełni i oryginalności.

Okazuje się to jednak niełatwe. W dobie obecnej, gdy świat stał się globalną wioską i lokalne kultury zostały zniwelowane, o prawdziwą inność bardzo trudno. Napotykamy ją w historii, odkrywając przeszłość, odkopując resztki dawnych światów. Publikuje się dziś wiele ciekawych artykułów pokazujących najróżniejsze aspekty tradycyjnych kultur. Zdawać by się mogło, że owa inność została nareszcie zrozumiana i zaakceptowana. Otóż nie zawsze. Zupełnie niezależnie od publikowanych analiz historyków i etnologów, uwidacznia się tendencja do wyeliminowania inności i zacierania różnic. Pociągająca teoria o mistycznym zabarwieniu, iż "wszystko jest jednością" i "wszyscy jesteśmy spokrewnieni", znajduje echo w stwierdzeniach: "Indianie to tacy sami ludzie jak my", "W gruncie rzeczy ludzie niewiele się od siebie różnią", "Indianie to normalni ludzie". Te wszystkie stwierdzenia zakładające ponadkulturowe braterstwo i jedność naszej ludzkiej kondycji są bardzo piękne. Są też tak oczywiste, że podejrzenie budzi konieczność ich ciągłego formułowania. Jeśli mają natomiast podkreślić pokrewność kultur, to rodzi się pytanie, do jakich Indian się odnoszą? Czy chodzi o Indian współczesnych? W takim razie powstaje obawa, że podkreślając ich do nas podobieństwo, gratulujemy sobie naszej cywilizacyjnej działalności. A może chodzi o Indian tradycyjnych, z którymi potrafimy się utożsamić ponad kulturową odmiennością? Prowadzi to jednak do zacierania różnic i nie przygotowuje nas do przyjęcia inności. Przyjmujemy do wiadomości i podkreślamy jedynie te cechy Indian, które nie kolidują zbytnio z naszym systemem wartości. I tak, Indianie kochali wolność jak my. Cenili przyjaźń, hojność i odwagę jak my. Umieli docenić przyrodę jak my. Kochali Stwórcę jak my. Nie zdziwiłabym się, gdyby Winnetou, z którym każde dziecko może się utożsamić, okazał się chrześcijaninem.

Problem w tym, że negowanie inności sprawia, iż nie możemy sobie z nią poradzić, gdy raptem się na nią natkniemy. Indian praktykujących rytuały ofiarne zupełnie przestajemy rozumieć, a co za tym idzie akceptować. W najlepszym wypadku są dla nas "nieodgadnionym fenomenem", w gorszym stają się wyobrażeniem absolutnego zła. Świadomie, czy nie, popadamy w ton publikacji z ubiegłych stuleci. Kiedyś przyznawaliśmy, że Indianin był inny, gdyż widzieliśmy w nim dzikusa, dzisiaj zrywając z pojęciem dziki, próbujemy zakamuflować jego inność. W rezultacie, w dalszym ciągu odbieramy Indianom prawo do odrębności, do własnej tożsamości i kultury. Jeszcze dzisiaj mają oni przed sobą dwie możliwości: albo okażą się do nas podobni, albo odsądzimy ich od czci i wiary.

To złudne przekonanie o podobieństwie Indian, prowadzi do innego jeszcze nadużycia. Jeśli Indianie niewiele się od nas różnili, narzucenie im cywilizacji nie staje się niczym nagannym. Krytykować można, owszem, metody, ale nie zasadę. Czy nie w ten sposób rozumowali dziewiętnastowieczni moraliści, wrażliwi na los amerykańskich tubylców, dla których cywilizacja była usprawiedliwieniem ekspansji i kolonializmu? Podobnie jest dzisiaj. Analizując książkę Theodory Kroeber o Ishi, ostatnim wolnym Indianinie, którego w 1911 roku znaleziono na obrzeżach kalifornijskiego miasteczka, w stanie krańcowego wyczerpania, pewien felietonista nadmienia jako coś ewidentnego, nad czym nie warto się rozwodzić, że ów przybyły z innego świata człowiek bardzo szybko przystosował się do sposobu życia białych, gdyż jest "rzeczą oczywistą", iż "pozorny dzikus łatwo zaadaptuje się do cywilizacji, jeśli tylko w cywilizowany sposób stworzymy mu po temu warunki". Aż chciałoby się dorzucić: tym łatwiej, że dzikus nie ma własnej kultury, jest białą kartą, pustym naczyniem, które czeka tylko na to, aby je wypełnić. Nasuwa się też pytanie: a gdyby pozorny dzikus nie zaadaptował się do cywilizacji? Gdyby, pomimo cywilizowanych warunków, z uporem ją odrzucał? Kim okazałby się wtedy? Prawdziwym dzikusem? Barbarzyńcą? Renegatem? Nie przestaje mnie zadziwiać, do jakiego stopnia sam fakt, że zabieramy komuś jego kulturę, nie budzi w nas sprzeciwu, a tylko i wyłącznie sposób w jaki to następuje. Czy nie wychodzi tu, jak szydło z worka, przekonanie o naszej kulturowej wyższości?

W rzeczywistości, dla Ishi, jedynego ocalałego z pogromów, cywilizacja okazała się wybawieniem z bardzo szczególnych powodów. Biali osadnicy zgotowali mu najpierw dramatyczny "sezon w piekle", który przerósł jego fizyczną i psychiczną wytrzymałość. A później, za cywilizowanymi warunkami, jakie mu stworzono, stał cały sztab etnologów, którzy rozpięli parawan ochronny między nim i rzeczywistością. Naukowcy zadbali o ostatniego Yahi ze względów humanitarnych i badawczych. Może także przez odruch ekspiacji za grzechy zdobywców. Natomiast Ishi zaakceptował nowe warunki, gdyż nie miał wielkiego wyboru. Zrobił to z godnością i klasą, które świadczą o jego człowieczeństwie, ale i pewnej rezygnacji. Ishi był nie tylko religijny "po czubki palców", był też do szpiku kości filozofem. Do końca pozostał wierny własnej kulturze, nawet jeśli ta spłonęła na stosie razem z jego ludem. Jakże niezwykła musiała to być kultura, jeśli pozwoliła mu zachować w warunkach ekstremalnych, w obliczu śmiertelnego zagrożenia trwającego ponad trzydzieści lat, pomimo strachu, głodu i cierpień, nienaruszoną postawę moralną i niezwykłą godność. Ishi nie miał w sobie nienawiści, chociaż głęboko, aż po amnezję, ukrył zbyt bolesne wspomnienia i zataił przed nami swe prawdziwe imię. Wyczucie tej ukrytej strony człowieka, który nigdy się nie skarżył, nadaje książce Theodory Kroeber głęboki, ludzki wymiar. Autorka kładzie nacisk na przejmującą samotność Indianina wynikłą z kulturowej różnicy między dwoma światami. "Ishi czuł się tak różny, tak odmienny od wszystkich, że nie chciał przyjąć do wiadomości, że był jak inni i nie wydawało mu się stosowne, aby inni tak myśleli"[3]. Niezachwiane przekonanie Ishi, że jest sam, wzbudziło w jego otoczeniu odruch współczucia, które szybko ustąpiło miejsca szacunkowi. Bo inny nie znaczy gorszy. Ishi, przybysz z neolitu, przekazał nam głębokie przesłanie, że człowieka należy zaakceptować nie dlatego, że jest do nas podobny, ale dlatego, że jest człowiekiem. I że jego inność należy przyjąć i uszanować.

 

Ishi, ostatni Indianin Yahi

________________________________

[1] Serge Bramly, Terre sacrée, Albin Michel, Paris 1992.

[2] Andrzej Mencwel, Wyobraźnia antropologiczna, in Antropologia kultury. Zagadnienia i wybór tekstów, cz. I, pod red. A. Mencwela, G. Godlewskiego, M. Pęczaka i L. Kolankiewicza, Warszawa 2001.

[3] Theodora Kroeber, Ishi, człowiek dwóch światów, Kraków 1978.

________________________

©Zofia Kozimor

 
   Powrót

Do góry