Powrót                                               

 

 

Claude Lévi-Strauss

 

Koniec kulturowej supremacji Zachodu

 

(Fragmenty wykładu wygłoszonego w 1986 roku w Tokyo).

Uczyć się od innych

«Przed mniej więcej dwoma wiekami cywilizacja zachodnia zdefiniowała siebie jako cywilizację postępu. Inne cywilizacje, zaprzężone do tego ideału, poczuły się w obowiązku wziąć ją za przykład. Wszystkie podzieliły przekonanie, że nauka i technika będą się nieustannie rozwijać, pomnażając siły i szczęście ludzkości; że instytucje polityczne i formy organizacji społecznej powstałe pod koniec XVIII wieku we Francji i w Stanach Zjednoczonych oraz filozofia, która legła u ich podstaw, zapewnią wszystkim członkom każdego społeczeństwa więcej wolności w życiu osobistym i więcej odpowiedzialności w zarządzaniu sprawami ogółu; że moralność i wrażliwość estetyczna, jednym słowem umiłowanie prawdy, dobra i piękna rozleją się jak nieodparta fala na wszystkie zamieszkane ziemie.

 

Wypadki, których teatrem stał się świat w XX wieku, zadały kłam tym optymistycznym przewidywaniom. Ideologie totalitarne zalały Europę i w wielu regionach świata nie przestają się rozprzestrzeniać. Ludzie dopuścili się potwornych ludobójstw, eksterminując dziesiątki milionów swych bliźnich. Po wojnie przestało być oczywiste, że nauka i technika przynoszą jedynie korzyści, a zasady filozoficzne, instytucje polityczne i formy życia społecznego powstałe w XVIII wieku stanowią ostateczną odpowiedź na wielkie problemy ludzkości.

 

Nauka i technika w cudowny sposób wzbogaciły naszą wiedzę w dziedzinie fizyki i biologii. Pozwoliły nam zapanować nad przyrodą w stopniu, którego nikt nie przewidywał jeszcze wiek temu. Zaczynamy niemniej poznawać cenę, którą przychodzi za to zapłacić. Coraz bardziej nagląca staje się odpowiedź na pytanie, czy te zdobycze nie mają zgubnych skutków. Wyposażyły one człowieka w środki masowej zagłady, które nawet nieużyte, przez samą swą obecność, zagrażają istnieniu naszego gatunku. W sposób bardziej podstępny, choć równie realny, nasz gatunek zagrożony jest przez kurczenie się bądź zanieczyszczenie najpotrzebniejszych dóbr: wolnej przestrzeni, powietrza, wody, zasobów naturalnych.

 

Dzięki między innymi postępowi w medycynie liczba ludności nie przestaje rosnąć tak szybko, że w wielu częściach świata nie można już zaspokoić podstawowych potrzeb głodujących populacji. W innych częściach świata, zdolnych wyżywić mieszkańców, obserwujemy załamanie wszelkich proporcji. Aby zapewnić pracę coraz większej ilości ludzi, konieczne stało się ciągłe zwiększanie produkcji. Większa produkcja wymaga większej konsumpcji, a ta pociąga za sobą konieczność dalszej produkcji. Ludzie, pośrednio bądź bezpośrednio, wciągnięci są masowo w wir industrii. Skupiają się w ogromnych aglomeracjach miejskich, żyjąc w sztucznych, zdehumanizowanych warunkach. Działalność instytucji demokratycznych, konieczność socjalnej pomocy potrzebującym pociągają za sobą rozrastanie się biurokracji, która pasożytuje na tkance spłecznej, prowadząc do jej paraliżu. Zaczynamy zadawać sobie pytanie, czy zarządzanie nowoczesnym społeczeństwem opartym na z tym modelu będzie jeszcze możliwe.

 

Owa pewność, którą przez długi czas dawała wiara w nieustający postęp materialny i moralny, przeżywa głęboki kryzys. Cywilizacja typu zachodniego zwątpiła w model, który sobie wybrała, i nie śmie narzucać go innym. Czyż nie należałoby więc spojrzeć w inną stronę, wyjść poza tradycyjne ramy, które ograniczyły naszą refleksję o człowieku. Czy nie powinniśmy wzbogacić jej o inne doświadczenia społeczne, odmienne od tych, do których przywykliśmy zacieśniać naszą uwagę. Czy w sytuacji, gdy cywilizacji typu zachodniego brak sił, aby się odnowić i rozwijać, stary świat nie mógłby dowiedzieć się czegoś o człowieku w ogóle i o sobie w szczególności od tych małych i przez długi czas pogardzanych społeczeństw, którym do niedawna jeszcze udało się ochronić przed jego wpływem? Oto pytania, które od kilku dziesięcioleci stawiają sobie myśliciele, uczeni i ludzie czynu, skłaniając się coraz częściej – jako że inne nauki społeczne, ograniczone do świata współczesnego, nie potrafią udzielić im odpowiedzi – do zasięgnięcia zdania antropologa. […]

 

Cechy odrębne i wspólne

 

W obcych społeczeństwach uderza nas głównie to, co jest nam wspólne. Historycy, archeolodzy, filozofowie, moraliści i pisarze doszukiwali się u nowo odkrytych ludów przede wszystkim potwierdzenia własnych przekonań na temat przeszłości człowieka. Dlatego podczas wielkich odkryć w okresie renesansu opowiadania podróżników nie wywołały wielkiego zaskoczenia: sądzono nie tyle, że odkryto nowe światy, ile, że odnaleziono przeszłość własnego. Sposób życia dzikich ludów potwierdzał, że ani Biblia, ani autorzy greccy i rzymscy nie mylili się, opisując ogród Edenu, Złoty Wiek, zdrój młodości, Atlantydę i wyspy skarbów... Odsuwano wszystko to, co odrębne, nie chciano dojrzeć różnic, które są elementem najważniejszym, gdy chodzi o studia nad człowiekiem. Gdyż, jak to powie później Jean-Jacques Rousseau, „żeby odkryć właściwości, trzeba najpierw dostrzec różnice”. […]

 

Czym więc charakteryzują się owe społeczności badane z upodobaniem przez antropologów, a które pod wpływem długiej tradycji przywykliśmy nazywać „prymitywnymi”, terminem dziś dość powszechnie odrzucanym, wymagającym w każdym razie nowej precyzyjnej definicji?

 

Chodzi najogólniej o społeczeństwa różniące się od naszego przede wszystkim brakiem pisma oraz środków mechanicznych, wyróżniające się niemniej kilkoma podstawowymi cechami, o których należy pamiętać: społeczności te stanowią jedyny model pozwalający zrozumieć sposób, w jaki żyła ludzkość epoki historycznej przez 99% czasu swego istnienia, a nie tak dawno jeszcze na trzech czwartych zamieszkanej powierzchni ziemi.

 

Nauki płynące od tych społeczeństw cenne są nie dlatego, że ilustrują etapy naszej odległej przeszłości, lecz dlatego, że przedstawiają sytuację ogólną, cechę wspólną całej ludzkości. Widziane z tej perspektywy, to raczej wielkie cywilizacje Zachodu i Wschodu stanowią wyjątek.

 

I rzeczywiście, najnowsze badania etnologiczne przekonują nas coraz bardziej, że społeczności uważane za zacofane, za „zapomniane” przez ewolucję, zepchnięte do marginalnych zakątków planety i skazane na wymarcie, stanowią oryginalne formy życia społecznego, doskonale funkcjonujące, dopóki nie są zagrożone z zewnątrz.

 

Spróbujmy lepiej zarysować ich kontury.

Społeczności te stanowią małe grupy liczące od kilkudziesięciu do kilkuset osób, oddalone od siebie o kilka dni drogi pieszo, o gęstości geograficznej wynoszącej 0,1 mieszkańca na kilometr kwadratowy. Ich przyrost naturalny jest bardzo słaby, wynosi dużo poniżej 1%, co sprawia, że liczba urodzin w łonie grup kompensuje w przybliżeniu liczbę zgonów. Innymi słowy liczebność tych społeczności nie ulega zmianie. Ta stała demograficzna jest świadomie bądź nieświadomie utrzymywana przez wszelkiego rodzaju tabu regulujące życie seksualne ludzi, długi okres karmienia opóźniający powrót normalnego rytmu fizjologicznego kobiet. Jest rzeczą ciekawą, że we wszystkich zaobserwowanych przypadkach wzrost populacji nie prowadzi do zreorganizowania społeczności na innych zasadach. Grupa, która staje się zbyt liczna, rozpada się na dwie mniejsze, żyjące tak samo jak poprzednia.

 

Te małe grupy wykazują naturalną zdolność do eliminowania chorób zakaźnych. Epidemiolodzy wyjaśnili nam przyczynę tego zjawiska: u pojedynczej osoby wirusy mogą przeżyć nie więcej niż kilka dni i żeby utrzymać się przy życiu w obrębie populacji, muszą przenosić się z jednego osobnika na drugiego. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy roczny przyrost naturalny jest wystarczająco duży, jak to ma miejsce w społeczeństwach, których liczebność przekracza setki tysięcy osób.

 

Warto dorzucić, że ludy, których wierzenia i praktyki – nazywane przez nas jakże niesłusznie przesądami – mają na celu ochronę zasobów naturalnych, żyją w środowiskach ekologicznych o wielkiej różnorodności gatunków zwierzęcych i roślinnych. W klimatach tropikalnych jednak każdy z tych gatunków liczy niewielką ilość sztuk na jednostkę powierzchni. Podobnie jest z wirusami i pasożytami: powodują one liczne infekcje o niewielkim stopniu zagrożenia. AIDS jest dobrym tego przykładem. Ta zakaźna choroba występująca w kilku regionach Afryki tropikalnej, z którą rdzenni mieszkańcy żyli w pewnej równowadze prawdopodobnie od wieków, stała się niezwykle groźna, gdy losy historii przeniosły ją do wielkich społeczeństw.

 

Choroby niezakaźne natomiast są najczęściej nieobecne w tych małych społecznościach. Przyczyną tego zjawiska jest duża aktywność fizyczna ludzi, dieta o wiele bardziej zróżnicowana niż dieta ludów rolniczych, składająca się z setki gatunków roślinnych i zwierzęcych, uboga w tłuszcze, bogata w błonnik i sole mineralne, zapewniająca wystarczającą ilość białka i kalorii, chroniąca tym samym skutecznie przed otyłością, nadciśnieniem i zaburzeniami krążenia.

 

Nic dziwnego, że pewien francuski podróżnik, który przebywał w XV wieku wśród Indian brazylijskich, mógł napisać z podziwem, że lud ten – cytuję – „złożony z osobników podobnych do nas, nigdy nie cierpi na trąd, paraliż, śpiączkę, choroby rakowate, wrzody, ani inne dolegliwości ciała, które widoczne są na zewnątrz”. [...]

 

Optymalna różnorodność

 

Dziewiętnastowieczny francuski filozof Auguste Comte opracował teorię, według której ludzkość przechodzi przez trzy etapy ewolucji: dwa pierwsze etapy, religijny oraz metafizyczny, człowiek ma już za sobą i znalazł się w przededniu etapu trzeciego, pozytywistycznego, naukowego.

 

Antropologia dostrzegła być może ewolucję podobnego typu, tyle że zawartość i znaczenie każdego etapu różnią się od tych, które ustalił Comte.

 

Wiemy dzisiaj, że ludy zwane „prymitywnymi”, nieznające rolnictwa i hodowli, bądź uprawiające ziemię w elementarny sposób, żyjące głównie z łowiectwa i zbieractwa, czasami bez znajomości garncarstwa i tkactwa, nie drżą na myśl o śmierci głodowej, nie znają też obawy, że nie przeżyją we wrogim środowisku.

 

Ich niewielka liczebność, ich wspaniała znajomość zasobów naturalnych pozwalają im żyć i przeżyć, choć ich warunków niewątpliwie nie nazwalibyśmy obfitością. Niemniej jednak – co potwierdziły drobiazgowe badania w Australii, Ameryce Południowej, Melanezji i Afryce – dwie do czterech godzin pracy dziennie starczają całkowicie aktywnym członkom grupy, aby zapewnić utrzymanie wszystkich rodzin, łącznie z dziećmi i starcami, którzy nie uczestniczą w zdobywaniu i przetwarzaniu pożywienia. Jakaż różnica w porównaniu z czasem, który spędzamy w fabrykach i biurach!

 

Byłoby więc błędem mniemanie, że ludy te są niewolnikami środowiska. Wręcz przeciwnie, są dużo mniej uzależnione od kaprysów natury niż rolnicy i hodowcy. Mają o wiele więcej czasu wolnego, który pozwala im na wyzwolenie wyobraźni, na umieszczenie między nimi i światem zewnętrznym czegoś w rodzaju amortyzujących poduszek: wierzeń, marzeń, rytuałów, jednym słowem tych wszystkich form działalności ludzkiej, które nazywamy religijnymi bądź artystycznymi.

 

Zgodzimy się, że ludzkość żyła w podobnym stanie przez setki tysiącleci. Powinniśmy więc uznać, że wraz z pojawieniem się rolnictwa, hodowli i przemysłu ludzie coraz bardziej „sprzęgli” się, że użyję tego słowa, z rzeczywistością. Niemniej jednak, począwszy od XIX wieku do naszych czasów, owo sprzężenie odbywało się pośrednio, za pośrednictwem konceptów filozoficznych i ideologicznych.

 

Świat, do którego wchodzimy dzisiaj jest zupełnie inny: jest to świat, w którym ludzkość skonfrontowana jest nagle z dużo bardziej twardymi determinizmami. Determinizmy owe są skutkiem ogromnej i ciągle rosnącej liczby ludności oraz coraz mniejszej ilości wolnej przestrzeni, czystego powietrza, nieskażonej wody, które są niezbędne, żeby zaspokoić potrzeby biologiczne i fizyczne wszystkich.

 

Dlatego można się zastanowić, czy eksplozja ideologii, która nastąpiła przed wiekiem, a która wcale nie wygasa – komunizmu, marksizmu, totalitaryzmu, ciągle obecnych w krajach trzeciego świata, a ostatnio islamskiego integryzmu – nie są wyrazem rewolty wobec warunków życia, które brutalnie zrywają z przeszłością.

 

Powstał rozziew, pogłębia się przepaść między wrażliwością na rzeczywistość (wrażliwością, która nie ma już dla nas znaczenia, chyba że dostarcza nam danych o stanie naszego organizmu), a abstrakcyjną refleksją dążącą do poznania i zrozumienia świata. Nic bardziej nie oddala nas od ludów badanych przez antropologów, dla których każdy kolor, materiał, zapach i smak mają sens.

 

Czy ten rozziew jest ostateczny? Nasz świat zmierza być może do demograficznego kataklizmu czy też wojny atomowej, która zniszczy trzy czwarte mieszkańców ziemi. Jeśli tak się stanie, pozostała ćwiartka odnajdzie warunki życia zbliżone do warunków ginących społeczeństw.

 

Ale nawet jeśli odsuniemy te przerażające hipotezy, można zadać sobie pytanie, czy wielkie społeczeństwa, coraz liczniejsze i coraz bardziej do siebie podobne, nie odtworzą we własnym łonie różnic, które usytuują się na innych płaszczyznach. Istnieje może pewna optymalna różnorodność, która zawsze i wszędzie narzuca się ludzkości, aby ta mogła funkcjonować. Problem różnorodności dotyczy nie tylko kultur pozostających ze sobą w relacji. Dotyczy również każdej społeczności, która składa się z wielu grup i podgrup: kast, klas, środowisk zawodowych czy wyznaniowych... Grupy te wypracowują różnice, do których każdy przywiązuje dużą wagę. Możliwe, że to wewnętrzne zróżnicowanie potęguje się tym bardziej, im bardziej społeczeństwa się rozrastają i ujednolicają pod innymi względami.

 

Ludzie stworzyli różne kultury w wyniku oddalenia geograficznego, cech szczególnych własnego środowiska, braku wiedzy o innych społecznościach. Ale obok różnic spowodowanych odosobnieniem, istnieją różnice, równie ważne, wynikające z bliskości: chęci przeciwstawienia się, wyróżnienia, bycia sobą. Wiele zwyczajów powstało nie tyle przez wewnętrzną konieczność czy szczęśliwy przypadek, ile z samej woli nie pozostawania w tyle za sąsiednią grupą, która ujęła w normy pewną domenę myśli czy działalności, podczas gdy nam nie przyszło to do głowy.

 

Uwaga i respekt, z jakimi antropolog podchodzi do różnic między kulturami oraz do różnic w łonie każdej kultury, stanowi podstawę jego działania. Antropolog nie sporządza listy recept, do której mogłyby się odwołać społeczeństwa za każdym razem, gdy dostrzegą we własnym łonie niedoskonałość czy brak. Formuł właściwych danej społeczności nie można na chybił trafił przenosić do innych.

 

Antropolog zachęca każde społeczeństwo do odrzucenia myśli, że jego instytucje, zwyczaje i wierzenia są jedynymi możliwymi. Przestrzega, abyśmy nie wyobrażali sobie, że z samego faktu, iż nasze zwyczaje, instytucje i wierzenia wydają nam się dobre, wynika, że są one wpisane w porządek świata i że można je bezkarnie narzucać innym społecznościom, których system wartości jest nie do pogodzenia z naszym

Claude Lévi-Strauss, L’Anthropologie face aux problèmes du monde moderne. Trois conférences inédites, Seuil, Paris 2011.     

Przekład Z. Kozimor

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry