Powrót                                         

 

 

Łapacze cieni

 

Łapacze cieni. Tak Indianie nazywali fotografów. Stosunki fotografów z tubylcami nie były łatwe. Indianie nie pozwalali się fotografować, a przynajmniej nie od razu. Łapacze cieni byli w pewnym sensie złodziejami ducha i jeszcze w XX wieku Edward Curtis, chcąc nakłonić Indian do ustawienia się przed aparatem, musiał uciekać się do wypróbowanej strategii. Nigdy nie nalegał, udawał wręcz, że zapominał w jakim celu przyjechał i zamieszkał wśród nich. Doprowadzał do tego, że z natury ciekawi sami go pytali, czy zechce ich sfotografować, lecz nawet wtedy długo się zastanawiał. Po kilku dniach Indianie byli psychicznie przygotowani i fotograf mógł nareszcie zabrać się do pracy. Curtis sponsorowany był w swoich podróżach przez kręgi naukowe i rząd. Przed nim do tubylców docierali fotografowie niezależni. Ci chwytali rzeczywistość na gorąco, nie troszcząc się o walory estetyczne fotografii. Robili zarówno dobre, jak i złe zdjęcia. Z czasem coraz lepsza technika pozwalała fotografom na grę z obrazem i zrodziła w nich chęć stworzenia z fotografii sztuki konkurującej z malarstwem. W rezultacie chropawa rzeczywistość została zastąpiona przez artystyczne stylizacje.

 

Słynne zdjęcie Edwarda S. Curtisa „Przed burzą”, 1906 r.

Edward S. Curtis, jeden z najzdolniejszych fotografów początku wieku, pragnął nadać swoim zdjęciom wartość etnograficzną i wymiar artystyczny. Należał do tzw. piktorialistów. Pracował nad naświetleniem scen, ich kompozycją, efektami wizualnymi, retuszował negatywy, usuwał psujące całość elementy. Czy to znaczy, że jego zdjęcia nie mają wartości? Z całą pewnością nie. Curtis poświęcił fotografowaniu Indian 30 lat, dotarł do 80 plemion. Jest autorem doskonałych portretów wodzów i ich rodzin, przedstawił Indian w codziennej pracy i podczas ceremonii. Jednocześnie, widząc rzeczywistość rezerwatów, pragnął uwiecznić to, co już nie istniało, a co ludzie jeszcze pamiętali. Wydobywał malowniczość sytuacji, co nie znaczy, że mijał się z prawdą. Fotografując Indian, pozwalał im się wypowiedzieć. Powtarzał, że robi zdjęcia nie o nich, lecz z nimi. To podejście widoczne jest na zdjęciu „Przed burzą”. Pozycja mężczyzny, spojrzenie kobiety, ich lekkość, niezwykły wdzięk na koniach nie są trikiem fotografa, są mową ciała tych ludzi, którą fotograf potrafił uchwycić i dzięki której uzyskał nieskazitelną kompozycję. Pustynny pejzaż Arizony, nadciągająca burza też nie są trikiem. Zdjęcie to nie pokazuje rzeczywistości w sposób automatyczny, reportażowy, a jednak nie kłamie.

 

Edward S. Curtis, Apacz Eskadi, 1903 r.

Oglądając stare fotografie Indian, należy pamiętać o jednej rzeczy. Wszystkie zdjęcia są „pozowane” w tym sensie, że Indianie musieli się do nich ustawić. Na inne nie pozwalały ówczesne aparaty. Nie było zdjęć migawkowych. Choć w latach 90 XIX w. zaczęto produkcję aparatów Kodak do których wkładano kliszę, zawodowi fotografowie woleli zdjęcia dużego formatu na szklanych płytkach. Czas naświetlania był względnie długi i fotografowani musieli na chwilę zastygnąć (stąd zamazane niekiedy sylwetki koni czy dzieci). Po drugie, zdjęcia pokazują Indian pokonanych, najczęściej żyjących w rezerwatach, w najlepszym wypadku podczas negocjacji pokojowych. Wolnych Indian niełatwo było fotografować. Traperzy i handlarze, którzy niegdyś byli z nimi w kontakcie, nie mieli aparatów. Później, gdy fotografia zaczęła się rozpowszechniać, jedynymi wolnymi Indianami byli ci, którzy prowadzili wojnę. Dlatego, stety czy niestety, nie mamy zdjęć wodzów takich jak Cochise, Mangas Coloradas, Szalony Koń, Victorio, Juh. Ludzie ci albo nie otarli się o rezerwaty, a jeśli się otarli, to wysyłali całą cywilizację białych do wszystkich diabłów łącznie z fotografami. Pozostawienie własnej podobizny potomkom białych było ich najmniejszym zmartwieniem.

Edward S. Curtis, "Kanion De Chelly", 1903 r.

Jedno z najsłynniejszych piktorialnych zdjęć Edwarda Curtisa przedstawia Indian Nawaho w kanionie De Chelly. Sfotografowani są z daleka, pod światło, widać tylko ich czarne sylwetki na tle gór rozświetlonych zachodzącym słońcem. Podobna estetyka może nam się podobać albo nie, ale czy to zdjęcie kłamie? Nawaho żyli i po dziś dzień żyją w sąsiedztwie kanionu De Chelly. Zdarzało im się jeździć konno o zachodzie słońca i widziani z daleka tak właśnie musieli wyglądać. Fotograf genialnie uchwycił naturalne piękno kanionu, na które Nawahowie byli prawdopodobnie bardziej wrażliwi niż my. Majestatyczne piękno natury złożyło się w dużym stopniu na ich duchowość. Turystyczna eksploatacja kanionu może w przyszłości zmienić jego wygląd, ale dla Nawahów przez setki lat ten kanion wyglądał tak jak na zdjęciu.

 

Joseph Kossuth Dixon, "Zmierzch gasnącej rasy", 1913 r.

Fotografia Josepha Kossutha Dixona „Zmierzch gasnącej rasy” jest nieco innej natury niż fotografie Curtisa. Jej celem jest nie tyle pokazanie Indiana w jego naturalnym pejzażu, ile przekazanie za jego pośrednictwem idei. Fotografia wyraża silne przesłanie i staje się ideologicznym plakatem. Przesłanie zawarte jest zarówno w samej estetyce zdjęcia, jak i w tytule. Indianin odjeżdża o zmierzchu w nieznane, w złowrogim, burzliwym pejzażu. Zgaśnie za chwilę wraz z ostatnim promieniem słońca. Razem z nim cała rasa Indian wyprowadzona zostanie w zaświaty. Przesłanie jest niezwykle wyraziste, a tytuł czyni je nachalnym. Faktem jest, że w owym okresie liczebność Indian spadła w sposób zatrważający i można było żywić obawy o ich przetrwanie. Epitafium Dixona okazało się jednak przedwczesne. Indianie przetrwali, są coraz liczniejsi, a ich twórczość promieniuje na cały świat. Dixon, podobnie jak Curtis, był fotografem piktorialistą, niekiedy jednak malownicza estetyka jego zdjęć odbiera fotografowanym naturalność. Niemniej fotograf ma na swoim koncie wiele świetnych portretów Indian.

 

Roland Reed, "Narada", 1915 r.

Innym fotografem pragnącym pokazać życie, które było już tylko wspomnieniem, a jednocześnie wskrzesić w tubylcach dumę z dawnych tradycji, był Roland Reed. Utalentowany fotograf poświęcił się całkowicie fotografowaniu Indian. Zrobił doskonałe ich portrety, próbował również odtworzyć na zdjęciach ich dawne życie. I te zdjęcia nie zawsze są dobre. W 1915 r., pracując nad ilustracjami do książki „Legendy Czarnych Stóp z Narodowego Parku Lodowców”, wywiózł grupę Indian w tradycyjnych strojach, z folklorystycznymi akcesoriami, do parku Glacier. W romantycznej scenerii parku Indianie zrekonstruowali historie opowiedziane przez starszych. Reed musiał uważać, żeby w polu widzenia obiektywu nie zaplątał się jakiś turysta. Efekt tych starań nie zawsze jest udany, czego przykładem zdjęcie „Narada” (1915 r.). Jedynie majestatyczna natura zachwyca autentyzmem, cała reszta jest niezwykle teatralna, sztuczna, łącznie z kobietami przy tipi. Błędem Reeda było to, że nie pozwolił Indianom przybrać naturalnych póz, lecz poustawiał ich według własnego scenariusza.

Nie znaczy to, że wszystkie zdjęcia w plenerze są mało warte, nie znaczy też, że Reed, Dixon czy Curtis nie zrobili doskonałych zdjęć. Chodzi o to, żeby nie sądzić, że sceny „w naturalnych warunkach” przedstawiają automatycznie życie wolnych Indian. Trzeba zwracać uwagę na daty fotografii.

Warto w końcu zauważyć, że obraz, w malarstwie czy fotografii, jest zawsze aranżowaniem rzeczywistości. Nawet zdjęcia reportażowe przedstawiają jedynie prawdę miejsca i chwili, i nawet one podlegają dziś photoshopowej obróbce. Jeśli powiemy sobie, że przekaz pisemny podlega z kolei obróbce ideologicznej, można się zastanowić, czy ludy bez pisma i bez fotografii nie wykazały się zbawienną intuicją.

Sądzę, że najlepsze fotografie Indian to portrety. Bez względu na to, czy wykonane są w studiu, czy w plenerze. Na tym chyba polega talent fotografa: wydobyć z portretowanego jego nastrój. Pozwolić przemówić jego twarzy, oczom, ustom, rękom i całemu ciału. Wydobyć jego pewność siebie bądź niepewność, jego nieśmiałość, złość, obawę, niepokój, pogodę ducha, czasem strach. To właśnie ukazują najlepsze fotografie Indian, tym bardziej, że Indianie patrzą przeważne prosto w obiektyw, nie przybierają malowniczych póz, nie odgrywają żadnych ról, wyglądają, jakby im jedynie udało się uciec przed gębą. (Równie oszczędne, naturalne portrety ludzi, ukazujące ich prawdę psychologiczną, a także role, jakie przyszło im grać w życiu, robił w Niemczech lat 20. genialny fotograf August Sander).

Na koniec załączam kilka portretów Indian. Nigdy dość patrzenia na ich piękne, inteligentne twarze.

 

Jedno z najpiękniejszych zdjęć Indianina. Sitting Bull, wódz Lakota Hunkpapa. Edward S. Curtis, 1885 r.

Wódz Joseph, Nez Perse. Orlando S. Goff , 1877 r.

Connetza, kobiea Chiricahua, jeniec wojenny. Fort Bowie, 1886.

Geronimo, wojownik Chiricahua. Charles H. Carpenter, 1904 r.

Si Wa Wata Wa, patriarcha Zuni. Edward S. Curtis, 1908 r.

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry