Powrót                                           

 

 

   Andrzej J.R. Wala

Le Clézio i inne spojrzenie na „hekatomby ludzkich ofiar” religii azteckiej

Meksykański sen albo przerwana myśl indiańskiej Ameryki, to siedem rozdziałów opisujących raz jeszcze fascynujące kultury XVI-wiecznego Meksyku, ich zderzenie z hiszpańskim najeźdźcą i następującą po tym tragedię Indian meksykańskich. Le Clézio, jak nikt inny, uświadamia nam dramat spotkania dwóch całkowicie odmiennych ludzkich mentalności, z których pierwsza, tubylcza, jest całkowicie podporządkowana mistycznemu i magicznemu pojmowaniu świata, gdy druga, hiszpańska - w jakimś sensie racjonalna, materialistyczna i bezwzględnie ekspansywna – swój religijny, jednak bardziej „teoretyczny” i oderwany od codziennego życia, mistycyzm podporządkowuje fizycznym, doczesnym pragnieniom bogactwa i siły. Podczas gdy dla Indian meksykańskich „bogowie są wszystkim, świat rzeczywisty nie liczy się wcale” (s.40), dla konkwistadorów ważnym jest przede wszystkim sen o złocie.

W tym braku równowagi - pisze Le Clézio - zawiera się cała tragedia spotkania. Jest nią zgładzenie starego snu przez szaleństwo nowego, zniszczenie mitów przez pragnienie potęgi. Złoto, nowoczesna broń i racjonalna myśl przeciwko bogom i magii: rezultat nie mógł być inny. (s.6)

Oczywiście, jest to powtórzenie jednej z wielu teorii przyczyn upadku cywilizacji Mejica-Azteków, wszakże Le Clézio w swojej książce zwraca głównie uwagę na skutki konfrontacji w kontekście jaskrawych różnic światopoglądowych. Daje mi to asumpt do zatrzymania się nad tymi różnicami i na próbie, bodaj skrótowego, prześledzenia mechanizmów kulturowych, prowadzących do powstania tak diametralnie różnych postaw ludzkich.

Już na wstępie pragnę zaznaczyć, że w swoich rozważaniach przyjmuję punkt widzenia, wg którego wszystkie religie/mitologie świata są produktem kulturowym e.i. efektem ludzkiej inwencji, i że stanowią wyraz potrzeby „duchowego przeżycia”. Tym samym potraktuję je jednakowo, bez względu na ich stadium rozwojowe, prosty lub skomplikowany rytuał, czy ich pozycję w świecie współczesnym.

Ponieważ poniżej będzie mowa o konfrontacji hiszpańskiego „monoteizmu” i azteckiego politeizmu, wypada na wstępie przypomnieć genezę chrześcijaństwa i te aspekty jego filozofii, które w XVI. wieku zadecydowały o niemożności porozumienia się ze światem indiańskim Meksyku.

Jak wiadomo chrześcijaństwo wyodrębniło się z judaizmu, religii, którą w czasach rzymskiej okupacji Palestyny, można już ocenić jako monoteistyczną. Poprzednio Izraelici, w mitycznym okresie swojej państwowości (od ok.1000 p.n.e. do reformy monoteistycznej króla Jozjasza w 621 p.n.e.), uprawiali postplemienny politeizm, z którym kapłani Jahwe prowadzili uporczywą walkę. Ówczesny Jahwe – zanim przybrał postać „Pana Wszechświata” - był bogiem plemiennym, skonstruowanym wyłącznie dla ochrony interesów plemion izraelskich, następnie państwa, i ich własnej formuły przeżycia religijnego, a więc spraw należących do pewnej zamkniętej społeczności.

Chrześcijaństwo, wychodząc z judaizmu i porzucając jego partykularyzm, stało się religią ponadnarodową. W tym przypadku interes grupy etnicznej został zastąpiony interesem wszystkich adherentów nowego systemu wierzeń i nie służył już fizycznej ochronie, czyli „zbawianiu” całości grupy społecznej, lecz pośmiertnemu, mitycznemu zbawieniu indywidualnych członków Kościoła. Chrystusowa maksyma: „kto uwierzy i ochrzci się zbawion będzie” wyraźnie zaznaczała osobistą odpowiedzialność jednostki za swój los, akcentując tym samym jej indywidualność. (Wszak na apokaliptycznym „sądzie ostatecznym” nie grupy i nie narody miałyby być sądzone, lecz poszczególne jednostki!).

W adoptowanym z judaizmu zwodzie praw, znanym jako „dziesięć przykazań”, zakaz „nie zabijaj” znalazł w chrześcijaństwie nowe znaczenie, w którym interpretowano człowieka jako „koronę bożego stworzenia” i o którego życiu lub śmierci może decydować jedynie sam stwórca. To on zresztą zesłał swego syna, by ten swym „bezgrzesznym życiem” i - w tym sensie - niewinną śmiercią wykupił człowieka z mistycznie pojmowanego „zatracenia wiecznego”. Dla wierzących chrześcijan była to w wymiarze doczesnym propozycja tym atrakcyjniejsza, iż nie kłóciła się z naturalnym instynktem samozachowawczym i zmierzała ku formule, wynoszącej życie ludzkie do poziomu wartości najwyższej, a po śmierci fizycznej obiecywała „życie wieczne” w Królestwie Chrystusowym. Takie przynajmniej były oficjalne, teoretyczne pryncypia.

Choć przez wieki rozpowszechniania się chrześcijaństwa różnie bywało z praktyką egzekwowania przykazania „nie zabijaj”, lecz w sumieniach jego wyznawców tkwiła bodaj teoria, wg której każdy pojedynczy człowiek uważany był za „wartość najwyższą” i „pana stworzenia”. Toteż - wtrącając dygresyjnie - cały pozostały świat zwierzęcy znajdował się poza puklerzem chroniącym życie i traktowany był wg starotestamentowej zasady nieograniczonej eksploatacji i podporządkowania, a doktryny judaizmu i chrześcijaństwa nie odnosiły się do zadawania mąk czy śmierci zwierzętom. W wiekach nowożytnych wartość życia ludzkiego podniesiona została jeszcze wyżej, gdy orzeczeniem religijnym zaatakowano prawo kobiety do sztucznego poronienia i zakazano eutanazji wobec ludzi cierpiących i nieuleczalnie chorych.

Tak więc filozofia chrześcijańska, począwszy od judaistycznego mitu o „pierwszym człowieku, Adamie”, poprzez formułę osobistej odpowiedzialności jednostki przed Bogiem wytworzyła silne poczucie ludzkiego indywidualizmu. I choć przyjmuje ona za cel „zbawienie ludzkości”, czyli znów pewnej zbiorowości, to zbiorowość ta na „sądzie ostatecznym” składać się będzie z jednostek „zbawionych” lub „potępionych”. W ten sposób koncepcja „najwyższej wartości” życia ludzkiego i swoisty indywidualistyczny antropocentryzm przeniknęły w umysły wszystkich Europejczyków i stały się niepodważalnym aksjomatem również i dla zlaicyzowanych społeczeństw Zachodniej Cywilizacji.

Dla postplemiennych społeczeństw indiańskich Meksyku, łączących się w organizmy państwowe zaledwie na kilka wieków przed najazdem hiszpańskim, naturalnym priorytetem było przetrwanie, czyli „zbawienie” całego społeczeństwa – echo naturalnych trosk rodzinnych czy plemiennych. Toteż ich mentalność konstytuowała się odnośnie. Życie jednostki było tu jedynie składnikiem grupy społecznej i miało służyć jej dobru. W odróżnieniu np. od budujących ustrój patriarchalny żydowskich kapłanów Jahwe, zmierzających do utrwalenia zasady „jeden męski bóg, jeden męski władca, jeden mężczyzna-ojciec rodziny”, Indianie meksykańscy wytworzyli bardziej wyrównany układ między płciami, którego mistycznym odbiciem stawała się plejada bogiń i bogów, a odpowiadające temu, niesłychanie skomplikowane i rozbudowane: rytuał, mitologia i magia wypełniały bez reszty codzienne życie społeczne.

Niezwykła złożoność tych rytuałów – pisze Le Clézio - wyzwalała magię. Gesty powtarzane rok w rok od wieków stają się wyrazem prawdziwej przemiany; niewolnicy i kapłani, dygnitarze i jeńcy, oczarowani tym świętym teatrem, utożsamiali się całkowicie z siłami, które przedstawiali. (s.147)

Dlatego w Meksykańskim śnie... autor nazywa ich kultury cywilizacją magiczną, wyraźnie dając czytelnikowi do zrozumienia, że będąc projektantami tych niezwykłych rytuałów i religijnych praktyk Indianie meksykańscy jednocześnie zatracali poczucie bycia nimi i wtapiali się w stworzony przez siebie świat mistyczny, jako rzekomo dany „transcendentnie”.

Stwierdzenie to jest niezwykle dla nas ważne, bowiem mamy tu do czynienia z przykładem unaoczniającym nam genezę i sposób rozwoju wszystkich – bez wyjątku - światowych systemów wierzeń. Posługując się przypadkiem indiańskim i spoglądając analogicznie na bliższe nam religie, jesteśmy w stanie zrozumieć w jaki sposób formowały się one w naszym obszarze kulturowym i jak np. ludzie tworząc mit boga przypisywali mu następnie np. moc stwórczą, sami podlegając po czasie szczególnemu sprzężeniu zwrotnemu. „Mity bowiem – powiada Le Clézio – nie są przejawem niejasnych przesądów (...) Stanowią prawdziwe świadectwo ludzkiej myśli.” (s.75)

Innym cennym wywodem autora jest analiza przyczyn „opętania krwią i śmiercią” Mejica-Azteków, pozwalająca nam, wyrosłym w absolutnym przekonaniu o najwyższej wartości i „świętości życia ludzkiego”, nie tylko złagodzić zgrozę z jaką wartościowaliśmy krwawe obrządki azteckie, ale też pojąć, iż – jak stwierdza Le Clézio:

Okrucieństwo Indian nie było bezcelowe. Stanowiło dzikość świętą, mistyczną, całkowicie poddaną woli i upodobaniu bogów” (s.50) – a dalej – Indianin pozostawał w łączności z siłami nadprzyrodzonymi, z całym stworzeniem. Był jednocześnie wyobrażeniem i pożywieniem bogów. Śmierć nie oznaczała dla niego końca ani początku innego życia, lecz ostateczne połączenie ze światem boskim. (s.148) 

Autor Meksykańskiego snu... przytacza również przykład z Relacji o Michoacanie, gdy po „spotkaniu” z boginią-matką Cuerauaperi wszyscy, „w których wstąpiła bogini, wpadali w trans i sami szli do świątyni, by oddać się pod nóż ofiarnika.” (ss.149-150) Warto w tym miejscu, wspomnieć o bezsensownym przekazie słynnego filmu Mela Gibsona, Apocalypto, w którym pojmani na ofiary Majowie przeżywają traumę krwawej ofiary, tak jakby ich mentalność została ukształtowana w Europie...

Tymczasem życie ludzkie w kulturach Indian Mezoameryki posiadało inny wymiar. Wspomniałem wyżej, iż należało do wspólnoty społecznej, ale poza tym ówczesny Indianin utożsamiał się ze swym bogiem, pozostawał z nim w związku krwi, pragnąc służyć mu „zawsze i bez ograniczeń.” (s.144) Była to: „Wiara w jedność tego, co ludzkie i boskie, a przede wszystkim wiara w rzeczywistość świata nadprzyrodzonego...” (s.145). W starym Meksyku nie mordowało się opornych, rozpaczliwie walczących o swoje życie. Jeśli ofiara sama, dobrowolnie nie oddawała swego serca bogom, to pojmana w tym celu uważała to za szczególny zaszczyt. Powtórzę tu za Le Clézio, iż w istocie „śmierć nie oznaczała (...) końca ani początku innego życia, lecz ostateczne połączenie ze światem boskim.” (s.148)

Jest oczywiste, że ukształtowany przez wieki nasz punkt widzenia powoduje, iż jesteśmy wstrząśnięci obrazem „postponowania” życia ludzkiego. Że mimo prób zrozumienia obyczajów azteckich i sensu ich życia nadal doznajemy dreszczy na myśl o wyrywanych sercach i zdzieranych skórach ludzkich ofiar. Nasz antropocentryzm i indywidualizm są bowiem tak głęboko w nas zakorzenione, że wszystko, co jest ich negacją, wydaje się monstrualne, a poświęcanie się na ołtarzu wyimaginowanych bóstw uważamy za aberrację umysłową. Ale, poza nikłymi wśród nas wyjątkami, nie przeżywamy tego przerażenia w stosunku do krów, świń czy owiec zabijanych milionami, patroszonych i obdzieranych ze skór, a dla wegetarian lub zdeterminowanych obrońców zwierząt rezerwujemy znaczący gest puknięcia palcem w czoło. Nasze kulturowe standardy – i to nie tylko wśród wierzących żydów, chrześcijan i muzułmanów, ale też niewierzących humanistów – zostały zbudowane na przekonaniu, iż do takich zachowań jesteśmy uprawnieni z racji bycia „panami stworzenia” z księgi Genesis, albo z racji swej najwyższej pozycji na drabinie ewolucji.

Mimo sceptycyzmu niektórych antropologów i historyków zakładam, że tubylcy amerykańscy czuli się znacznie bardziej częścią natury niż biali najeźdźcy. Fakt ten podkreślają w naszych czasach indiańscy działacze i naukowcy, a np. Vine Deloria jr twierdził stanowczo, że ukochanie natury było cząstką „religijnego” przeżycia czyli indiańskiego „sposobu na życie”. Nie oznacza to oczywiście, by Indianie nie zabijali zwierząt, ale wynikało to definitywnie z potrzeby przeżycia, nie zaś z praw „pana wszelkiego stworzenia” i było pochodną wszechobecnej w naturze walki o byt. Dla niniejszych rozważań dygresja ta służyć może jako teza o poczuciu szczególnej wspólnoty Indian - również meksykańskich - z naturą, z której to wspólnoty wynikać może całkowicie odmienny stosunek do życia i śmierci. Z całą zaś pewnością Indianie nie uważali się za „koronę stworzenia”.

Od czasów mitycznej - a w micie tym niedokończonej - krwawej ofiary z Izaaka przeszliśmy długą drogę. Nasi europejscy pradziadowie z XVI. wieku uprawiali ludobójstwo dla złota, potęgi i „wiary prawdziwej”, i nie było w nich krzty zrozumienia dla krwawych ofiar dedykowanych „pogańskim bałwanom”. Mieczami, arkebuzami i czarną ospą zrujnowali populację Meksyku i zniszczyli niepowtarzalnie piękną kulturę, gdy rdzenni Meksykanie „hekatombami ludzkich ofiar” nigdy nie doprowadzili do jego depopulacji, a światu zewnętrznemu nie zagrażali zupełnie. My, europejscy potomkowie zdobywców, w XX. i XXI. wieku myślimy już na szczęście w sposób nieco zmodyfikowany. Próbujemy mianowicie uznać kultury Mezoameryki za fascynujący etap rozwoju ludzkości, ale dalej wzdragamy się na myśl o ofiarach ludzkich. „Ach, jakież to było straszne. To jacyś zwyrodnialcy i szaleńcy – mówimy do siebie po obejrzeniu filmu Gibsona – to chyba jednak dobrze, że ci Hiszpanie to ukrócili”. Nie, to nie dobrze.

Sądzę, idąc za Le Clézio, że cywilizacje Meksyku pozostawione sobie, lub potraktowane partnersko ewoluowałyby własną drogą i zmieniały się na swój sposób. Być może Mejica-Aztecy mieliby okazję strącić kiedyś krzyż z ołtarza lub figurkę Marii Panny, by przekonać się o ich podobnej niemocy, jak wcześniej swych własnych bogów. Być może wypracowaliby swój własny humanizm i sceptycyzm. Być może doszliby o własnych siłach do wniosku, że krwawe ofiary są bezcelowe? Niestety, to nie było im dane, a „indiańska myśl” Ameryki została przerwana. I to jest bardziej tragiczne niż ich kult żądnych krwi bogów.

Andrzej J.R. Wala

Powyższy artykuł znajduje się na stronie Polsko-Amerykańskiego Towarzystwa Antropologicznego im. Bronisława Malinowskiego.

________________________

©Zofia Kozimor

 
   Powrót

Do góry