Powrót                                           

 

 

Zofia Kozimor

 

Polska przygoda J.M.G. Le Clézio

 

(o przyjęciu twórczości Noblisty przez polską krytykę)

Twórczość Le Clézio jest – jak to obrazowo określił sam autor – próbą zbliżenia się do świata, który Europejczycy przemierzyli, zdobyli i zniszczyli, nie dostrzegając go. Świata różnorodnego, bogatego, tak jednak odmiennego, że starto go z pola widzenia, koncentrując się na widoku dziewiczych ziem do wzięcia. W swoich książkach pisarz ukazuje nam ów „niewidzialny” świat w całym jego splendorze, próbuje wyostrzyć nasz wzrok, dostroić naszą wrażliwość do odbioru jego myśli, wartości i piękna. Nagroda Nobla uhonorowała talent pisarza i zupełnie wyjątkową twórczość o niezwykłej wewnętrznej spójności.

W Polsce Le Clézio był praktycznie nieznany. Pewne zainteresowanie wzbudziła przed laty eksperymentalna pod względem formalnym, zakotwiczona jeszcze w naszej rzeczywistości, debiutancka powieść Protokół. Późniejsze jego tłumaczenia (Pustynia osadzona w Maroku i Onitsza w Afryce) przeszły bez echa. Nagroda Nobla wprawiła krytyków i media w popłoch. Cóż bowiem można powiedzieć o autorze, którego się nigdy nie czytało i na jotę nie zna? Pisano więc o rozczarowaniu decyzją Akademii[1], nie szczędzono kłopotliwemu laureatowi złośliwych komentarzy[2], zniechęcając na wstępie do jego książek. Korespondentka „Polityki” z Paryża zamieściła kilka trafnych uwag o twórczości Noblisty (wpływ prasy francuskiej?), po czym dopeniła artykuł okolicznościowymi wypowiedziami prezydenta, premiera, ministra spraw zagranicznych Francji, nie mówiąc o ministrze kultury[3]. Jakby prezydent kraju uhonorowanego Noblem mógł wyrazić coś innego niż stosowny zachwyt. We Francji opinią Nicolasa Sarkozy’ego nikt sobie głowy nie zaprzątał. I słusznie, Sarkozy z pewnością nie przeczytał w życiu ani jednej strony Le Clézio, ze swym rolexem, Fouquetem i jachtami plasuje się na antypodach świata pisarza, głośno wyraża fascynację podbojem „dziewiczych ziem” Ameryki, Murzynom zaś radzi, żeby w końcu weszli do historii (Indianom doradzić tego nie może, Indianie nigdy nie istnieli). O tym, co Le Clézio myśli o podobnej postawie, mówią jego książki. Tymczasem, sądząc po sposobie, w jaki się w Polsce o tych książkach pisze, krytykom w większości dużo bliżej do Sarkozy’ego niż do Le Clézio. I w tym cały problem.

Wyróżnienie Noblem autora „Pustyni” stało się dla Adama Krzemińskiego z „Polityki”, i nie tylko dla niego, okazją do wyrażenia żalu, że zignorowano pisarzy amerykańskich[4]. Adam Krzemiński nie zna twórczości Le Clézio, nie przeszkadza mu to jednak pisarza lekceważyć („To tylko taki Chatwin”, powtarza za prasą angielską). Cytując z kolei prasę szwajcarską, przekonuje nas o absolutnej wyższości literatury amerykańskiej nad europejską. Literatura amerykańska – pisze – zaopatrzona jest w niezwykle „czułe anteny rejestrujące aktualną rzeczywistość”. Jaką rzeczywistość? Oczywiście amerykańską. A jakie są te ponadczasowe i ogólnoludzkie tematy zasługujące, według Krzemińskiego, na najwyższe wyróżnienie? Rozdarcie Ameryki po wyborach w 2000 r., indolencja Busha po huraganie Katrina, strach mieszkańców przed terroryzmem. Nie odbierając amerykańskim pisarzom geniuszu, trudno przypuścić, żeby te tematy mogły poruszyć ludzi żyjących na peryferiach globu czyli poza granicami Stanów, ewentualnie Europy. Wątpliwe jest, żeby wstrząsnął nimi „obraz amerykańskiej rodziny zasiadającej do śniadania”, którym zachwyca się redaktor Krzemiński. Przewodniczący Akademii w Sztokholmie zarzucił literaturze amerykańskiej przede wszystkim to, że zapatrzyła się we własny pępek i żyje w izolacji, co przytoczone przez Adama Krzemińskiego przykłady zdają się w stu procentach potwierdzać. Dziennikarz tego nie zauważył. Dlaczego? Dlatego, że według niego godna opisywania rzeczywistość kończy się na Ameryce. Reszta świata nie tylko do Nobla pretendować nie może, reszta się po prostu nie liczy. Polemizując z wystąpieniem Engdahla, Adam Krzemiński wyciąga ciężką artylerię i zarzuca Akademii, że „nie dokonała krytycznej oceny europejskiego oświecenia”. Redaktor nie dostrzega zupełnie, że powtarzając bez zastanowienia argumenty szwajcarskiego dziennikarza, strzela kulą w płot. Szwedzka Akademia, przyznając nagrodę Nobla Le Clézio, dała właśnie dowód, że docenia gwałtowne oskarżenie idei odrodzeniowych i oświeceniowych, nieodrodnych cór chrześcijaństwa, które pisarz wyraża w każdej swojej książce! Le Clézio nie przestaje przeciwstawiać racjonalnemu, ograniczonemu dyktatem rozumu Zachodowi kultury oparte na wyobraźni, intuicji i marzeniach. Widzi w nich więcej niż inspirację, widzi w nich ratunek dla Zachodu. Zdaje się, że tego właśnie nie możemy w tej twórczości przełknąć. Opisując systematycznie społeczności tradycyjne, Le Clézio przeciwstawia się myśli europejskiej, która z rozumu stworzyła przedmiot kultu, przekonała Europejczyka, że jest panem i władcą stworzenia, czyniąc go całkowicie niezdolnym do pojęcia kultur opartych na wyobraźni. To natomiast  zaowocowało najgorszymi ludobójczymi wojnami i zniszczeniem planety. Izolowane społeczności przedstawione przez Noblistę wyrosły z tradycji, która nigdy do oświeceniowych aberracji nie dopuściła. We wszystkich swoich książkach pisarz podejmuje dyskusję z podstawowymi ideami Zachodu, nawiązując do myśli ludów stłamszonych przez europejską ekspansję. Krytycy i dziennikarze dyskusji tej nie dostrzegli. Doceniła ją jednak Akademia w Sztokholmie, czym wykazała dużą klasę.

Dyskutując z tradycją zachodnią, Le Clézio pozwolił przemówić ludom „spoza” naszego świata, które zepchnęliśmy „poniżej” naszego świata i skazaliśmy na milczenie, udziela głosu tym wszystkim żyjącym na marginesie globu, do których myśli, filozofii i geniuszu nie dotarł nawet Ryszard Kapuściński. Nie przeszkodziło to Justynie Sobolewskiej zatytułować notatki o Noblu dla Francuza „Nobel europocentryczny”[5]. Dlaczego europocentryczny? Dlatego, że nie amerykański. A skąd ten tytuł równie celny jak uwagi redaktora Krzemińskiego ? Stąd, że podobnie jak Adam Krzemiński Justyna Sobolewska książek Noblisty nie czytała. Czy lektura podobnych osądów, które są zwykłymi przesądami, nie może doprowadzić do rozpaczy?

Okazuje się jednak, że przeczytać, nie znaczy zrozumieć. Bomba z bezmyślnością i złą wolą wybuchła na dobre po wydaniu Uranii. „Mieszanka usypiająca”, „pretensjonalna utopia”, „baśń dla starszych dzieci”, a także „kicz”, „bujda” oto, co wielu polskich krytyków (na szczęście nie wszyscy) miało do powiedzenia na temat powieści Noblisty.

Cudowna, poetycka Urania, świat z naszych snów, do którego nie byliśmy, nie jesteśmy i nigdy nie będziemy zdolni, wcielony w życie przez Innych (co paradoksalnie, a może logicznie, skazało ich na naszą wieczną niechęć i pogardę), Urania obnażyła intelektualną bezradność krytyków. Kliniczny przykład myślowej zapaści i głuchoty na poezję i filozofię Uranii stanowi recenzja Krzysztofa Cieślika opublikowana w „Dzienniku”[6]. Krzysztof Cieślik świetnie ilustruje ową „pustkę wypełnioną po brzegi erudycją”, o której mówił Lec. Jego analiza książek polega na wyławianiu literackich filiacji i opowiadaniu treści. W Uranii wychwycił natychmiast aluzje do Prousta i Céline’a, sensu tych aluzji nie pojął, kto jednak wymaga zrozumienia sensu od erudyty? I rzeczywiście, erudyta z Uranii nie zrozumiał nic.

Jak większość krytyków dostrzegł to, co widać gołym okiem, problemy sytuujące się na płaszczyźnie społecznej, natomiast filozoficzny wymiar książki umknął mu zupełnie. Omawiając meksykański świat przedstawiony w Uranii, Cieślik sięga po terminologię marksistowską (kapitalistyczny wyzysk, klasa robotnicza), próbując zdyskredytować pisarza. Nie dostrzega, że dla Le Clézio marksistowska retoryka nie jest żadnym lekarstwem na wyzysk. Pisarz umieścił groteskowego rewolucjonistę i potężnego przedsiębiorę na jednej szali. Daje nam do zrozumienia, że miotanie się między teoriami i systemami jest bezsensowne, jeśli nie podważy się kilku zasad, na których oparte jest społeczeństwo. O tym, jakie to zasady, mówi cała książka. Le Clézio ucieka rzecz jasna od łopatologii. Znalezienie klucza jest sprawą czytelnika. Mieszkańcom meksykańskiej doliny, wyjaskrawiającej ułomności społeczeństwa zachodniego, przeciwstawia wspólnotę, która stworzyła inne priorytety i wartości, a tym samym uniknęła problemów, z którymi nie mogą sobie dać rady zachodni reformatorzy i rewolucjoniści. Kluczem do zrozumienia Uranii jest oczywiście Campos. Problem w tym, że zapatrzeni w obraz amerykańskiej rodziny zasiadającej do śniadania, przekonani, że nasz świat jest jedyny i nieprzekraczalny, filozofii ludzi z Campos nie jesteśmy w stanie ani pojąć, ani dojrzeć. Społeczność Campos wyrosła z metyzacji indiańskich kultur przystosowanych do nowych warunków. Łącząc żywe jeszcze zwyczaje Indian Purhepecha z Michoacanu, wspomnienie o azteckich calmecac, duchowość dawnych nomadów, ludzie z Campos tworzą panindiańską społeczność, scementowaną wspólnym dla tych kultur rozumieniem świata i człowieka. Oczywiście, w żadnej recenzji nie pojawia się słowo Indianin. Trzeba było poczekać na świetny artykuł „Spadkobiercy Chateaubrianda” Adama Komorowskiego[7], żeby przeczytać o Indianach. Dlaczego? Można w tym dojrzeć wpływ kultury masowej, która zawłaszczywszy tę tematykę, zredukowała ją do książek dla dzieci. Można w tym dostrzec stare przekonanie oświeconych Europejczyków, że Amerykę zamieszkiwały ludy, którym daleko do miana rozumnych. Ludy te odznaczały się może „barwną egzotyką”, ale nie mają nam nic do przekazania, a już w żadnym wypadku nie mogą być przedmiotem intelektualnych rozważań krytyków. Tym niewątpliwie należy tłumaczyć uwagę niektórych recenzentów, że Le Clézio wraca do mitu „dobrego dzikusa”[8]. Dla Le Clézio tradycyjne ludy nigdy nie były ani dzikie, ani dobre, pisarz traktuje je w sposób daleki od kolonialnego i postkolonialnego paternalizmu, uświadamia nam piękno i mądrość ich myśli. Cóż z tego. Gdy nad refleksją biorą górę refleksy, automatycznie wyskakuje „dobry dzikus”. Wygląda na to, że oświeceniowe przesądy trzymają się mocno głów szacownych krytyków. Tak jakby wśród ich lektur nigdy nie zagościł Lévi-Strauss. Pan Cieślik imputuje, że mistrzem Le Clézio jest „odrzucający kulturę” Jan Jakub Rousseau. Nie myślę, aby Rousseau był mistrzem autora Pustyni, jest natomiast niewątpliwie mistrzem Lévi-Straussa. „Rousseau nasz nauczyciel, nasz brat, — pisze etnolog w Smutku tropików  wobec którego byliśmy tak niewdzięczni, lecz któremu mogłaby zostać dedykowana każda stronica tej książki, gdyby taki hołd nie był niegodny jego wielkiej pamięci”. Lévi-Strauss rozprawia się z tymi wszystkimi, którzy uważają, że Rousseau sławił stan natury: „Nigdy Rousseau nie popełnił błędu Diderota idealizacji człowieka naturalnego. Nie ryzykował pomieszania stanu natury ze stanem społecznym, wiedząc, że ten ostatni jest nierozłączny z człowiekiem, choć pociąga za sobą cierpienie. Podstawowym zagadnieniem jest to, czy te cierpienia są nierozłączne ze stanem społecznym”[9]. Rousseau, a za nim Lévi-Strauss uważają, że model społeczny wypracowany między innymi przez amerykańskich Indian zbliżony jest najbardziej do teoretycznego, idealnego modelu, generuje bowiem najmniej cierpień. Właśnie o tym mówi Le Clézio, przedstawiając społeczność Campos. Nie chodzi mu o pokazanie „utopijnego stanu natury ani społeczeństwa doskonałego w sercu puszczy”, ale o zrozumienie istoty tamtych kultur zarówno dla ich piękna, jak po to, „żeby dobrze ocenić nasz stan obecny”[10].

Cóż jeszcze Krzysztof Cieślik, a obok niego Igor Kościelniak[11], a także Krzysztof Masłoń[12] dostrzegli w Uranii? Mieszaninę rozproszonych elementów, których nie potrafili powiązać. „Świat-chaos”, z którym nie umieli sobie dać rady. „Niewidzialny kontynent”, dostrzeżony i opisany przez Le Clézio, pozostaje ciągle poza zasięgiem ich intelektualnej percepcji, ograniczonej przez wykształcenie, które nad myślenie przedkłada przesądy. 

Innym przypadkiem dramatycznego braku myślenia jest recenzja książki Le Clézio Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent, pióra Cezarego Polaka z „Dziennika”[13]. Tekst ten jest wyrazem ślepoty i głuchoty absolutnej na wszystko, co nie jest europejskim rozumieniem świata. Jest jednocześnie prawdziwym wyznaniem wiary recenzenta. Żadna refleksja, najmniejsza wątpliwość nie mącą jego niezachwianych przekonań. Recenzja nosi tytuł: „Półprawdy o pieniądzach ze świńskich zębów”. Jakie są te prawdy niedopowiedziane przez Le Clézio, autor artykułu nie zdradza. Bo nie o nie tu chodzi. Chodzi o to, żeby raz na zawsze odrzucić czytelnika od Noblisty. Argumenty? Nie ma żadnych. Jest za to zapamiętałe młócenie: „Kolejna porażka Noblisty... Przeciętny pisarz... Szwedzcy akademicy popełnili pomyłkę... Nie zasłużył na Nobla... Twórczość Le Clézio jest porażką nie do zrekompensowania”. Podobna zaciętość może być tylko oznaką trwogi. Wygląda na to, że Le Clézio niezwykle mocno uderzył w przekonania dziennikarza.

Cezary Polak donosi, że Raga „grzeszy w większym jeszcze stopniu niż Onitsza”. Czym? „Próbą opisania doświadczenia białego człowieka w zderzeniu z cywilizacją i kulturą plemienną”. Zastanawiam się, co jest większym grzechem: zderzenie z kulturą plemienną czy próba jego opisania. Zastanawiam się też, czy redaktor Polak naprawdę czytał Ragę. Nigdzie w książce nie znalazłam opisu doświadczeń białego człowieka w zderzeniu z kulturą Melanezji. Na kartach Ragi Le Clézio skupił się na doświadczeniach Melanezyjczyków w zderzeniu z cywilizacją ludzi, którym nie zdarza się wątpić. Pokazał też sposób, w jaki ludzie ci doświadczali innych, narzucając im własne porządki, prawa, instytucje i prawdy oczywiste. Zdaje się, że to właśnie stanowi ów niewybaczalny grzech renegata Le Clézio.

Artykuł Cezarego Polaka jest jak najdalszy od przesądów oświeceniowych pięknoduchów marzących o „dobrym dzikusie”. Serwuje nam za to prawdziwą pogardę konkwistadora i kolonisty do „kultur plemiennych”. Ironia, z jaką recenzent pisze o malowniczym przywiązaniu autochtonów do (barbarzyńskiej ma się rozumieć) tradycji, nie odbiega zasadniczo od pogardy, jaką przekonani o swej doskonałości Europejczycy żywili przez całe wieki do dzikich, prymitywnych istot zapomnianych przez Boga i ludzi: plemienna tradycja autochtonów – przedpaństwowa, przedurbanizacyjna, przedbankowa, daleka od europejskiego indywidualizmu – jest siłą rzeczy barbarzyńska. Jeśli w tradycji tej znajdzie się jakiś mniej barbarzyński element, jak owo „przenikające wszystko poczucie boskości”, może wywołać – pisze Cezary Polak – „uśmiech, który zamienia się w zażenowanie”. Zażenowanie wynika z faktu, że tę „pseudoprawdę” o boskości Le Clézio zanotował w wieku 65 lat. Racjonalnemu Europejczykowi, który zinstytucjonalizował swoją religię, zawsze trudno było znaleźć w duchowości pogan coś więcej niż dziecinną naiwność; pogańska religijność przypominała i, jak widać, ciągle przypomina „zabawę godną dzieci i osób bezmyślnych raczej niż ludzi rozumnych”, jak to wyraził katolicki misjonarz pięć wieków temu[14]. Czym to zaowocowało mówią dobitnie książki Le Clézio demaskujące nienawiść, rasizm, przesądy, nietolerancję i głupotę. Zdaje się, że twórczość Noblisty jest prawdziwym zamachem na światopoląd Cezarego Polaka; niewątpliwie dlatego została przez niego uznana za „porażkę nie do zrekompensowania”.

Alain Mabanckou w pięknym artykule o Noblu dla Le Clézio, opublikowanym na łamach „Le Monde’u”, zauważył: „Dramatem naszej literatury jest sposób, w jaki postrzega ją część krytyki. Ta nie tylko nie widzi mnogości źródeł dzisiejszej francuskiej twórczości, ale ustanowiwszy raz na zawsze wzorce literackie, robi wszystko, żeby stłumić głosy, które do owych wzorców nie przystają. Gdy więc centrum przesuwa się ku peryferiom, gdy do drzwi literatury puka świat — czego przykładem jest dzieło Le Clézio — oddziały mobilizują się do ataku”[15].

Oryginalność, poezja, filozofia Le Clézio, jego niezwykła zdolność do rozszyfrowywania marginalnego świata nie docierają do wielu polskich krytyków. Tak jakby tony tej twórczości wydawały się niektórym zbyt groźne, by je tolerować. A może nazbyt godne pogardy, by brać je na serio. Jest rzeczą naglącą, aby krytycy zrozumieli, że świat i sposób jego pojmowania nie zatrzymują się na granicy Europy i Stanów Zjednoczonych, że literatura nie musi przystawać do europejskich wzorców, że „kontynent”, którego nie mają ochoty oglądać, nigdy nie przestał istnieć. Z tego jednak, jak w Polsce J.M.G. Le Clézio został przyjęty, wynika jasno, że długą drogę mamy jeszcze do zrobienia.

 


[1] Justyna Sobolewska, Le Clézio, czyli Nobel europocentryczny, Polityka nr 41, 11. 10. 2008.

[2] Tadeusz Nyczek, Le Clézio, buntownik przyswojony, Przekrój, 42/2008.

[3] Joanna Orzechowska, Nobel dla wędrowca, Polityka nr 42, 18. 10. 2008.

[4] Adam Krzemiński, Prowincja Europa, Polityka nr 43, 25. 10. 2008.

[5] Justyna Sobolewska, Le Clézio, czyli Nobel europocentryczny, Polityka nr 41, 11. 10. 2008.

[6] Krzysztof  Cieślik, Powieść czasów globalizacji, Dziennik, 17. 10. 2008.

[7] Adam Komorowski, Spadkobiercy Chateaubrianda, Nowe Książki, 1. 01. 2009.

[8] Justyna Chmielewska, Wyspa świata zaczarowanego, Nowe książki, 1. 08. 2009.

[9] Claude Lévi-Strauss, Smutek tropików, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2008, str. 411.

[10] Tamże, str. 413.

[11] Igor Kościelniak, Mieszanka usypiająca, Polityka nr 43, 25. 10. 2008.

[12] Krzysztof Masłoń, Utopista Le Clézio, 21. 12. 2008.

[13] Cezary Polak, Półprawdy o pieniądzach ze świńskich zębów, Dziennik.

[14] Bernardino de Sahagún, Rzecz z dziejów Nowej Hiszpanii, Wydawnictwo Marek Derewiecki, 2006.

[15] Alain Mabanckou, Le Clézio, Nobel mérité, Le Monde, 25. 10. 2008.

________________________

©Zofia Kozimor

 
   Powrót

Do góry