Powrót                                           

 

 

 

Recenzja książki J.M.G. Le Clézio

RAGA. Ujrzałem niewidzialny kontynent

 

„Wydaje się, że jedynym celem podróżowania  powinna być chęć dokładnej oceny własnych niekompetencji”. To zdanie z przepięknej książki J.M.G. Le Clézio RAGA. Ujrzałem niewidzialny kontynent doskonale odzwierciedla sposób, w jaki pisarz podchodzi do odległych ziem, nacji i kultur. Nie chodzi mu o „odkrycia” i badania sprowadzające się do przedstawienia odmiennej rzeczywistości według własnych kryteriów i z własnego punktu widzenia, ale o wniknięcie w duszę ludów, dotarcie do rdzenia kultur i przyswojenie sobie płynącej stąd nauki.

Zgłębiwszy świat amerykańskich tubylców, nomadów pustyni, Le Clézio przedstawia nam z kolei ludy wody, Melanezyjczyków, a konkretnie mieszkańców wyspy Pentecôte (w języku apma Raga), zagubionej wśród konstelacji wysepek, archipelagów, atoli składających się na olbrzymi kontynent Oceanii. Kontynent ów, stworzony bardziej z morza niż lądu, z pyłu nieprzeliczonych wysp, był i pozostaje dla nas, Europejczyków, niewidzialny. Ograniczeni bowiem dyktatem ciasnej realności, dostrzegamy jedynie to, co widoczne gołym okiem: ziemie do wzięcia, tereny do eksploatacji. Bądź też ich brak. Pozostajemy natomiast ślepi na głębokie więzi łączące wyspy rozrzucone od zwrotnika Raka do bieguna południowego, od Madagaskaru po Haiti, więzi utkane z uczuć, mitów, wierzeń i tradycji, tego wszystkiego, co tworzy duszę niewidzialnego kontynentu.

„Raga” to relacja z podróży do Vanuatu. To jednocześnie pasjonująca próba odtworzenia „podróży bez powrotu”, owej najśmielszej wyprawy w dziejach ludzkości, kiedy to, żeglując po bezmiarze oceanu pirogami z wysięgnikiem, kierując się gwiazdami, pierwsi ludzie dotarli do tych wysp i prosili duchy przodków o prawo do ich zamieszkania. Przede wszystkim jednak jest to podróż inicjacyjna, podróż w głąb, dotarcie do serca tamtejszych ludów, do korzeni ich kultury, odkrycie ich dawnej i najnowszej historii. Przedstawiając bogactwo melanezyjskiego świata i mnogość jego problemów, Raga jest książką o wielu płaszczyznach, utrzymaną w wielu tonacjach. Mieszają się w niej dziennik podróży, beletrystyka, pamflet, medytacja, legendy, studium antropologiczne, z tym zastrzeżeniem, że Le Clézio sytuuje się zawsze na marginesie prac antropologów. Wszystko przekazane językiem niezwykle czystym, bez ornamentów, pełnym poezji, skłaniającym do medytacji.

Dzięki Radze poznajemy ludzi, dla których wyobraźnia i intuicja są w życiu codziennym równie ważne jak rozum. Ludzi, których inteligencję równoważy pokora, a pokorę wspomaga godność. Poznajemy brutalną historię kolonizacji wysp, niewolnictwo, uprowadzanie tubylców do pracy na plantacjach i w kopalniach, pełne okrucieństwa wydarzenia, które wykrwawiły i naznaczyły rdzenne społeczności. Odkrywamy witalność wyspiarzy, ich niewiarygodny opór stawiany najeźdźcy, chęć nauki i wolę, by narodzić się na nowo. Poznajemy w końcu samych siebie. Le Clézio rzuca świeże spojrzenie na prace antropologów, pisarzy, malarzy, reżyserów filmowych, polityków związanych z Melanezją, na uświęcone wartości, którym przyklaskujemy z przyzwyczajenia, bez najmniejszej wątpliwości, bez najmniejszego pytania. Podobnie jak inne książki Le Clézio, Raga pozwala nam dojrzeć, jak bardzo grzęźniemy w przesądach wypływających z niezachwianego przekonania o własnej racji, podczas gdy owe ludy, dzięki swej witalności, dzięki umiejętności przejęcia z narzuconej im kultury tego, co potrzebne, dostosowania własnych wartości do wymogów nowoczesnego świata, dzięki tolerancji, kulturowej i językowej metyzacji, wyprzedziły Zachód o sto lat.

Z obcowania z tymi ludźmi rodzi się nadzieja, obecna we wszystkich książkach pisarza. Nadzieja na odnalezienie zagubionej równowagi między rzeczywistością i mitami, rozumem i marzeniami, człowiekiem i jego środowiskiem.

Szesnastowieczni podróżnicy szukali wielkiego lądu południowego, który stanowiłby przeciwwagę dla rozległych kontynentów półkuli północnej. Nie znaleźli go; zrozumieli zresztą, że Ziemia nie potrzebuje podobnego przeciwciężaru. Le Clézio wykazuje z przekorą, że owej przeciwwagi, owszem, należało i należy szukać, ale w czym innym: ludy Oceanii, tak jak rdzenni mieszkańcy Ameryki i Afryki, dzięki wyobraźni, marzeniom, zwątpieniu, poczuciu wolności i względności wszystkiego, stanowią zbawienny przeciwciężar dla racjonalnego, pewnego siebie Zachodu.

 

Zofia Kozimor

 

***

 

Oto kilka krótkich fragmentów tej pięknej książki:

„Na Radze w każdej chwili przenika nas niejasne, niewytłumaczalne poczucie boskości. [...] Boski duch przenika te wyspy. Duch, nie zaś religia. Należałoby niewątpliwie powtórzyć to, co Vincent  Bulekone powiedział o kulturze w ogóle, a o muzeach w szczególności: dla mieszkańców Ragi cała wyspa jest muzeum, cała wyspa jest świątynią.

Na Radze blisko jesteśmy chwili stworzenia.

Pomimo tragizmu natury i niespokojnej historii czasów kolonialnych jest tu coś z radości początków, co każe myśleć o Nietzschem lub o Tagorem.

Coś pociesznego, zabawnego w samej historii stworzenia.

Czuje się, że upadek, grzech pierworodny w gruncie rzeczy nie obchodzą Melanezyjczyków. Mają oni więcej fantazji, a jednocześnie są bardziej realistyczni. To niewątpliwie dlatego, pomimo presji Kościołów i nadejścia ery światowych mediów, obecność legend jest tu tak silna. 

[...]

Dzisiaj Raga jest ogrodem. Podróżny, który przybył tutaj drogą morską lub powietrzną, może odnieść wrażenie, że przyjechał na dziką wyspę, do raju utraconego, nietkniętego nogą człowieka. Nie widać tu pól, jedynie pozostałe po kolonizacji plantacje palm kokosowych ciągnące się wzdłuż wybrzeża. W większości są zaniedbane, zarośnięte chwastami. Noszą jeszcze nazwiska wielkich posiadaczy ziemskich przybyłych na początku dwudziestego wieku z Europy i Australii. [...]

Uzyskanie niepodległości położyło kres tym wielkim domenom. Po odejściu kolonistów mieszkańcy Pentecôte wrócili do tradycji, według której ziemia nie jest własnością, ale odzwierciedla mistyczne porozumienie między żyjącymi na niej ludźmi i duchami ich przodków.

Wódz Willie opowiada mi, że niektórzy koloniści, zrozumiawszy, iż wyjazd ich jest kwestią dni, nakazali ludziom z Pangi zasiać na plantacjach chwasty i kolczaste rośliny, tym samym zamienić je w nieużytki.

To, co pozostało, rozrzucone, bezładne, przywodzi na myśl naturę w jej stanie pierwotnym. A jednak, gdy idzie się w głąb wyspy, wspina na zbocza bądź podąża wąwozami wzdłuż rwących potoków, napotyka się rośliny jadalne. Las poprzecinany jest ledwo widocznymi ścieżkami. Na końcu każdej z nich, na polanie bądź na tarasie uformowanym na górskim zboczu, znajduje się sekretny ogród. Ogrody te schowane są jak wioski, ukryte w załomach skalnych, niewidoczne z wybrzeża. Ogrody taro nawadniane dzięki technikom hydraulicznym: rezerwuarom, kanałom, przesmykom, stosowanym przez Melanezyjczyków od tysiącleci. Ogrody pochrzynu założone na połaciach czerwonej ziemi. Ogrody palm dostarczających oleju i sago. Ogrody manioku. Sady mangowców, gujaw, drzew pomarańczowych. Wszędzie, na każdym kroku, pod wysokimi drzewami lub w gęstych zaroślach odkrywa się skupiska kwiatów, aromatyczne zioła, rośliny lecznicze.

Nie są to ogrody francuskie ani angielskie. Kręte, pomieszane, założone według planu mającego u podstaw magię raczej niż logiczny porządek. Jakby ręce, które je sadziły, prowadzone były przez siły podziemne i duchowe prądy, jakby sadzący mieli na względzie przede wszystkim źródła, skupiska minerałów, miejsca urodzin, groby, sekrety istniejące jedynie w pamięci tutejszych mężczyzn i kobiet. 

[...]

Posągi stojące na brzegu, w oczekiwaniu.

Posągi. Mężczyźni, kobiety?

Bogowie.

Wyrzeźbione w czarnym korzeniu paproci drzewiastej stoją rzędem na brzegu albo w półkolu na polanach w sąsiedztwie wiosek.

Loa, duchy.

Figury wyobrażające zmarłych mieszkających w grotach na wschodzie wyspy lub w morzu. Wzniesiono je, by mogli któregoś dnia wrócić. Kto wie?

Istoty nierzeczywiste, pół ludzie, pół zwierzęta, wysokie na ponad dwa metry, z oczami łodzika, o ostrym profilu, prostym nosie z rozwartymi nozdrzami. W kącikach ust noszą spirale świńskich zębów. Ich wyrzeźbione w drewnie głowy, ozdobione grzebieniem jaszczurek, przewiązane są przepaskami, które uwypuklają rysy twarzy.

Ich ciała są rozcięte od góry do dołu. Długa rana obnaża czerwone wnętrze pnia, skąd wydobywa się ich głos.

Slit gongs.

Ciężkie, głuche uderzenia, które przez wieki rozbrzmiewały na każdej z wysp przy akompaniamencie miękkiego odgłosu bosych stóp uderzających w ziemię.

Głosy wydobywające się z lasu, z głębi ziemi. Podziemne bębny, głosy zmarłych, głosy mędrców, które niegdyś obiegały wyspy.

Ambae, Ambrym, Epi, Efate, Ragę, Tannę, Tongoa, Anatom.

Głosy scalające rozdarty czas, łączące wyspy z odległymi lądami, Australią, Sulawesi, Molukami, Malezją, Madagaskarem, Andamanami, Tajwanem, Amami Oshimą.

Głuche uderzenia tkające baldachim nocnego nieba, rozsuwające fale i wyznaczające drogi na rdzawym tle morza.

Przez całe wieki istoty te tańczyły, wołały.

Teraz milczą.

Na wygnaniu w muzeach, quai Branly w Paryżu, British Museum w Londynie, Muzeum Leopolda II w Brukseli, w salach wystawowych w Rzymie, Madrycie, Berlinie, Waszyngtonie, na wszystkich krańcach świata.

Już więcej nie przemówią.

Czarne drzewo o wnętrzu barwy ognia powoli niszczeje w zakurzonych ogrodach Port Vila, obok dalekomorskiej pirogi i rytualnych masek z włókien.

Olbrzymy z Ambrymu i Ragi przypominają te z Rapa Nui*, jakby od Wyspy Zielonoświątkowej po Wyspę Wielkanocną rozchodził się ten sam melancholijny śpiew.

Stoją jeszcze, aż skruszeją, aż się zamienią w pył. Imię każdego przodka wykrzyczane w burzy, jak wówczas gdy ludzie stanęli na czarnych brzegach, żeby rozpocząć nowe życie.

[...]

Zaznawszy w tak krótkim okresie skrajnej przemocy epoki kolonialnej, ludy kreolskie — zniewolone na plantacjach bądź osiadłe na wyspach do wzięcia — stały się najbardziej rewolucyjnymi ludami w historii.

Wszystko w ich twórczości i religii: sztuka, muzyka, zaklęcia, aż po nowe języki, wyraża wolę oporu i chęć nauki. Wszystko w ich sposobie bycia i rozumienia świata ujawnia zdolność do przetrwania, umiejętność przemiany, chęć narodzenia się na nowo.

Społeczeństwa żyjące na wielkich lądach, pomimo swych „objawionych” religii i rzekomo uniwersalnego charakteru demokracji, nie stanęły na wysokości zadania i zanegowały zasady stanowiące ich fundament. Niewolnictwo, podbój, kolonizacja i wojny na skalę światową obnażyły to fiasko. Odkryły warstwy tektoniczne, których przesunięcia wywołują dzisiejsze trzęsienia ziemi, a jednocześnie służą teoretykom i fałszywym prorokom od „szoków cywilizacji” za pretekst do usprawiedliwienia kolejnych wojen prowadzonych w celu dominacji. Klęska tych wielkich społeczeństw jest niewątpliwie największym zagrożeniem dla dzisiejszego świata.

Rewolucyjne ludy wysp dysponują jedynie mocą przykładu, pięknem, marzeniami zrodzonymi w cierpieniu i zapomnieniu. Poddane przemocy znalazły lekarstwo w mądrości, zwątpieniu i humorze. Ich sceptycyzm nie jest udawany, nie ma nic wspólnego z cynizmem nowoczesności. O ich dalekie brzegi rozbiły się fale wszystkich burz, które przetoczyły się nad kontynentami.  Niewinność tych ludów nie jest nieświadomością”.


* Rdzenna nazwa Wyspy Wielkanocnej.

***

 

J.M.G. Le Clézio, RAGA. Ujrzałem niewidzialny kontynent, przekład Zofia Kozimor, PIW, Warszawa 2009

________________________

©Zofia Kozimor

 
   Powrót

Do góry