Powrót                                           

 

 

Zofia Kozimor

Recenzja książki J.M.G. Le Clézio "Urania"

 

Barbarzyńcy w ogrodzie Uranii

 

Podejście ludzi Zachodu do innych kultur ma kilka odmian. Militarną – szablą, muszkietem bądź rakietami próbuje się je podporządkować w imię cywilizacyjnych racji; misyjną – przeróżni dobroczyńcy niosą zbłąkanym zbawienie i oświatę; turystyczną – udręczona codziennością klasa średnia rozlewa się w sezonie urlopowym na cały świat w poszukiwaniu egzotyki, o której wie tyle, ile jej powiedział naprędce kupiony przewodnik; seksualną – ściśle wyspecjalizowana odmiana turystycznej; naukową – wszelkiej maści antropolodzy wyposażeni w racjonalny aparat poznawczy pielgrzymują do ludów, do których nie dotarli jeszcze żołnierze, misjonarze i turyści, by badać to, co racjonalnemu poznaniu się wymyka. Wszystkie te odmiany mają jeden wspólny mianownik: żadna nie traktuje tych kultur w sposób partnerski.

 

Więc kiedy znajdzie się pisarz, poeta, etnolog, który pozna te ludy bliżej, zamieszka z nimi, nauczy się ich języka, zgłębi ich filozofię, w olśnieniu zrozumie, dlaczego jego własne społeczeństwo kuleje i zacznie o tych kulturach pisać, spotyka się z kompletnym niezrozumieniem. Przede wszystkim nie wiadomo, jak go zaszeregować. Między utopią, a ucieczką w egzotyzm? Między poprawnością polityczną, a naiwną fascynacją? Bo kto podobną fascynację weźmie na serio? Odległe kultury i obce ludy mogą być, owszem, cywilizowane, zbawiane, podglądane, badane, ale nie mogą być żadnym partnerem, jeszcze mniej przykładem, a jeśli stają się tematem książek to tylko powieści dla dzieci. No, ewentualnie humoresek dla dorosłych.

 

Jean-Marie Le Clézio był od lat najpoważniejszym francuskim kandydatem do literackiej Nagrody Nobla. W Polsce przetłumaczono, obok głośnego „Protokołu”, równie głośną „Pustynię” i „Onitszę”. Bardzo mało. Niemniej żaden z krytyków czyhających na werdykt Szwedzkiej Akademii nie sięgnął choćby po nie, aby zapoznać się z autorem mającym duże szanse na najwyższe literackie wyróżnienie. Więc kiedy werdykt zapadł, zaserwowano nam gromkie zdziwienie i oburzenie. Jak to! Nieznany nikomu Le Clézio! „W dodatku Francuz, ignorant!...”, by zacytować zdanie z „Uranii”. Mocno dostało się Akademii w Sztokholmie za to, że nie wzięła pod uwagę niewiedzy polskiej krytyki.

 

Frustracja, jaką zrodziły niespełnione oczekiwania związane z Nagrodą, pragnienie udowodnienia Akademii, że kolejny raz się pomyliła, znalazły ujście, gdy tydzień po ogłoszeniu werdyktu ukazała się nakładem PIW-u „Urania”. Milczeniem pominę jednak to wszystko, co po przekartkowaniu książki, napisała i powiedziała o niej większość krytyków. Zamiast tego, proponuję kilka słów refleksji nad „Uranią”, książką piękną, bogatą, ale, jak się okazuje, trudną.

 

***

 

Urania to wymyślona kraina gwiazd i sfer, do której podczas wojny ucieka w marzeniach mały Daniel. I pierwszy ton polifonicznej powieści Le Clézio. Ucieczka w sen, gdy codzienność staje się ponad siły. Pojawia się jednak pytanie: co jest snem, a co jawą? Co ucieczką, a co zbliżeniem do świata? Od pierwszej strony Le Clézio mówi, że złudne nie musi być to, co niezgodne ze zdrowym rozsądkiem, a widzialna i namacalna rzeczywistość może być zwykłą grą pozorów: „Nabrałem przekonania, że blisko świata można się znaleźć tylko w marzeniach”. Ton jest dany. Świat jako tajemnica, suma nieskończonych możliwości. Odgadnąć rzeczywistość w błysku intuicji dane jest dziecku, później zdolność ta zostaje w pewnej mierze zapomniana, w dużej zniszczona.

 

Gdy po wielu latach geograf Daniel Sillitoe pojedzie do Meksyku w celu zbadania urodzajnych gleb w dolinie Tepalcatepec, trafi na społeczność, która przypomni mu o Uranii. Pochylony nad ziemią, owym ciałem żywym, pięknym i płodnym, odkrywa jednocześnie niebo, „naszą prawdziwą ojczyznę”. To tam, między ziemią i niebem, między mityczną Matką i mitycznym Ojcem rozciąga się owa wyśniona kraina, Urania-Campos. Nie przypadkiem marzenie Daniela realizuje się w Meksyku, kraju nie do końca rzeczywistym, zamieszkanym jeszcze przez ludy magiczne, jakże bliskim początkom (Campos leży niedaleko najmłodszego wulkanu Paricutín). Opisując to miejsce, Le Clézio pozostaje wierny własnej tradycji. Jego kolejne książki przedstawiają uporczywe poszukiwanie krainy ze snu. Znajdował ją między tradycyjnymi społecznościami Afryki, na odizolowanej wyspie na morzu Indyjskim, wśród nomadów pustyni, teraz natrafił na nią w Campos.

 

To erudyta Don Thomas zestawia Campos z utopią. Porównanie wydaje mu się oczywiste. Meksyk – mówi – jest „miejscem podatnym na wszelkie utopie, gdyż istnieje poza czasem i poniekąd nigdzie”. Nie przypadkiem tu właśnie próbowano odtworzyć Utopię Tomasza Morusa. Dokonał tego pierwszy biskup Michoacanu, Don Vasco de Quiroga, a jego dzieło istnieje do dziś. Campos, zorganizowana wspólnota kierowana przez „jakiegoś nawiedzonego”, wydaje mu się wpisywać w tę tradycję. Dla mniej erudycyjnych mieszkańców Doliny Campos to społeczność hippisów, ewentualnie sekta, w której panują rozwiązłość i zepsucie, w użyciu są narkotyki, a ów nawiedzony to niebezpieczny guru, który opanował umysły i kasę podopiecznych.

 

Przedstawienie społeczności Jadiego jako sekty okazuje się polityczną manipulacją. Czy nie jest jednak pomyłką sprowadzenie jej do utopii? Czy Le Clézio nie zwodzi nas, podsuwając zbyt łatwe skojarzenia?

 

Utopia jest konstrukcją czysto rozumową. Wypływa z oświeceniowego przeświadczenia, że można zbudować idealne społeczeństwo w oparciu o reguły racjonalne. Jest wyrazem arogancji ludzi pragnących nagiąć świat do swych idei. Jako wytwór umysłu, który dał się ponieść pragnieniu sprawiedliwości i szczęścia, zapominając o braku środków do jego realizacji, utopia staje się tworem groźnym i nierealnym. Ucieleśniając się, może się tylko zniszczyć, gdyż przestaje być doskonałością. Gdy przyjrzymy się społeczności Campos i regułom, którymi się kieruje, dostrzeżemy, że nie mają one nic wspólnego z chimeryczną wizją. Społeczność ta stworzona została przez Indian, a ściślej wychowanych przez Indian Metysów, ludzi znających doskonale dwa światy i dwie tradycje: tubylczą i zachodnią. Ludzie ci świadomie próbują odtworzyć w nowych warunkach model społeczny, który wypracowany został przed wiekami i przez całe wieki doskonale się sprawdzał. Reguły Campos przytoczone na końcu książki, a także uwagi Rafaela, nawiązują do organizacji i tradycji społeczności indiańskich. W Campos nie ma rodziny w ścisłym znaczeniu tego słowa, mieszkańcy tworzą coś w rodzaju rodziny rozszerzonej, przy czym wychowywanie dzieci jest zadaniem wszystkich. Nauka nie odbywa się w szkole (dla Rafaela szkoła z internatem jest instrumentem zniewolenia), nie ma też nic wspólnego z bezmyślnym przyswajaniem rzeczy niepotrzebnych. Jest – mówi Rafael – dążeniem do prawdy. Claude Lévi-Strauss zauważył, że Europejczycy docierający do społeczeństw tradycyjnych nie byli w stanie docenić bogactwa ich języka i kultury, gdyż brakowało im solidnego wykształcenia w dziedzinie botaniki, astronomii, filozofii. Nawiasem mówiąc brak wykształcenia filozoficznego daje o sobie znać w pracach wielu antropologów także dzisiaj. W pracach krytyków literackich również. W Campos seksualność jest względnie swobodna, przede wszystkim jednak traktowana z radością, pozbawiona pojęcia grzechu, upadku oraz wszystkich kompleksów, które te ze sobą niosą. Nie istnieje pojęcie pracy zarobkowej, nie ma więc podziału na pracę i święto. Ludzie wykonują czynności nie narzucone, ale dobrowolnie wybrane i konieczne. To dzięki temu, pracując w polu, Rafael mógł po raz pierwszy w życiu poczuć się wolny.

 

Jedną z najważniejszych zasad regulujących życie w Campos jest nieobecność religii. Pojęcie to nie istniało w kosmogonii Indian. Obce było im również pojęcie Stwórcy. Jadi tłumaczy, że jedyną prawdą jest prawda materii, a ta tożsama jest z duchem. Człowiek ze swą świadomością jest drobną cząstką inteligencji wszechświata, nie lepszą ani gorszą od innych. Nie jest on ze świata wyodrębniony, nie stoi ponad nim, jest immanentnie powiązany z wszystkimi jego formami. Podczas święta „Patrzenie w niebo” dokonuje się duchowa unia człowieka z kosmosem. Mieszkańcy Campos doskonale znają niebo, gwiazdy, fazy planet, lunacje. Tak jak znali je dawni Majowie, Aztekowie, nomadzi Ameryki Północnej i Południowej. Tak jak znały je ludy Oceanii i Afryki. Niemniej ta wiedza traktowana jest z dystansem. Jakże często to, co bierzemy za wiedzę – tłumaczy Jadi – okazuje się nieprawdą. Ważniejsze od wiedzy jest intuicyjne poznanie, instynktowne odgadywanie świata. René Guénon powiedziałby, że jest w tym mądrość ludów tradycyjnych. Nie przypadkiem, mówiąc o gwiazdach, Jadi tak często odwołuje się do Arabów. Dlatego też, gdy wygnańcy z Campos znaleźli się na Jukatanie, Rafael pomyślał, że wieża, z której dawni Majowie obserwowali niebo, „przypomina Campos”. Trudno nie odnieść wrażenia, że u stóp świątyń Majów ludzie ci znaleźli się na swoim miejscu. Oni tej ziemi nie zwiedzają, oni ją zamieszkują. Między nimi i budowlami Majów istnieje jakby porozumienie, przybysze z Campos traktują je dokładnie tak, jak traktowali je ci, którzy je wznieśli. W zestawieniu z nimi tabuny turystów szturmujących piramidy wyglądają groteskowo. Przypominają barbarzyńców, którzy w zdobywanych świątyniach zdolni są dostrzec jedynie kamienie.

 

Le Clézio nie przypadkiem umieścił Campos w sąsiedztwie wulkanu Paricutín. Tak jak czterdzieści lat wcześniej ziemia się otwarła i na pola wypłynęła lawa, tworząc wulkan, tak w pęknięciu współczesności wykrystalizowała się społeczność, o której myślano, że znikła na zawsze. Jakby czas zatoczył koło i wrócił do początku, żeby się odnowić. Ta erupcja dawnej tradycji nastąpiła w Dolinie kierującej się zupełnie innymi prawami i zwyczajami. Daniel obserwuje ją z tą samą bezsilnością, z jaką niegdyś Bardamu obserwował międzywojenny Paryż.

 

Sąsiadująca z Campos Dolina tętni własnym życiem. Na polach truskawek i awokado pracują również w niedzielę kobiety i dzieci. I nie wiadomo, czy los dzieci, którym sok truskawek zżera paznokcie, a słońce wypala języki, jest lepszy od losu tych, które żebrzą bądź zbierają odpadki na dymiącej górze śmieci. Wzdłuż kanałów i torów kolejowych mieszkają w slumsach Spadochroniarze, których biedę wykorzystują skorumpowani adwokaci. Na obrzeżach miasta rozciąga się zakazana Strefa, gdzie miejscowi alfonsi sprzedają miejscowym notablom młode Indianki z okolicznych wiosek. Wzbogaceni na handlu ciecierzycą chłopi demonstrują swą potęgę jeżdżąc po mieście wielkimi SUV-ami, a potomkowie posiadaczy ziemskich budują domy w kształcie zamków i baseny w kształcie truskawek. Swoją potęgę demonstrują również antropolodzy, którzy sposób na dominację znaleźli w nauce, a wiedzę oddali na usługi władzy.

 

W tym świecie zysku i wyzysku, nieuczciwości i nadużyć nie ma miejsca dla słabych, wrażliwych i ułomnych. Marzyciele skazani są na porażkę. Tymczasem nie brak w Dolinie tych, którzy próbują ją naprawić. Od powstańców cristeros po groteskowego rewolucjonistę Hektora następują po sobie rewolty, zastępując jeden niesprawiedliwy porządek innym niesprawiedliwym porządkiem. Nie zrealizował swojego marzenia humanista Don Thomas. Stworzona przez niego placówka naukowa nie mogła przetrwać w świecie, w którym mózgi eksploatowane są na równi z ziemią, a prawdziwie wolna myśl stanowi zagrożenie. Nie przetrwała społeczność Campos. Nie dlatego, że załamała się od wewnątrz, lecz dlatego, że została z Doliny wyrzucona. Daniel często wyczuwał groźbę wiszącą nad Campos. Tymczasem Campos również postrzegane było jak groźba. Zanegowało bowiem zasady, których podważenie nie przyszłoby do głowy ani Hektorowi, ani Don Thomasowi. Społeczność ta nie tylko odrzuciła arogancką koncepcję człowieka stworzonego na wzór Boga, nie tylko zerwała z przebrzmiałą koncepcją Boga wyposażonego w cechy człowieka, ale przede wszystkim odrzuciła owego prawdziwego, jedynego Boga, którego społeczeństwo zachodnie nie przestaje adorować: pieniądze. Nic więc dziwnego, że w żyjących „beztrosko”, zadowalających się niezbędnym minimum mieszkańcach Campos ludzie z Doliny mogli dojrzeć jedynie niebieskie ptaki, do których od dawna zostały sprowadzone „ptaki niebieskie”. Nie miała do nich zaufania nawet Dalia.

 

Zestawiając Dolinę i Campos, Le Clézio burzy schematy, z jakimi nie przestajemy podchodzić do świata. „Utopijne” Campos przedstawione jest w sposób nadzwyczaj realistyczny, z całym bogactwem konkretów i szczegółów, Dolina natomiast nosi cechy obrazu onirycznego, wygląda nierealnie, jak senny koszmar, wizja szaleńca. Miasto warczy niczym ogromny zwierz, krążące samochody zaciskają się na nim jak stalowy wąż, fabryki mrożonek najeżone wieżami przypominają zamki z bajki, nawet Strefa jest odrealniona, jakby widziana w krzywym zwierciadle. W porównaniu z apokaliptyczną Doliną, (doliną Sądu Ostatecznego?), Campos to nie tylko powiew świeżego powietrza, ale nagłe zakotwiczenie w rzeczywistości, powrót do rzeczy podstawowych i podstawowych wartości.

 

Co więc jest prawdą, a co snem? Co grą pozorów, a co rzeczywistością? Do jakiej prawdy zbliża się społeczeństwo rozdarte między utopiami, rewolucjami, teoriami i systemami, społeczeństwo, które grzęźnie w niekonsekwencjach, kryzysach i sztuczności, oderwało się od świata i znalazło w sytuacji wewnętrznego zatrucia? Dlaczego utopią mają być społeczności, które, pojmując świat i człowieka inaczej, ochroniły się od materialnego i duchowego spustoszenia, uświadomiły sobie własne ograniczenia, nauczyły się żyć blisko ziemi i nieba, zadowalać niezbędnym minimum i nad pośpiech przedkładać kontemplację i refleksję? Przedstawiając Dolinę i Campos Le Clézio kpi z ustalonych pojęć, przywraca rzeczom ich właściwy wymiar, prawdziwą nazwę. Pokazuje nam też, jak łatwo wpadamy w sidła własnych przesądów. Społeczności indiańskie nie zostały wyssane z palca. A jeśli w większości przestały istnieć, to dlatego, że zostały zniszczone w imię tego, co w Dolinie wygląda jak senny koszmar, przez tych, którzy ten koszmar stworzyli. Najtragiczniejsze jest to, że tak jak kiedyś, tak i dziś nie znamy tych ludów, nie rozumiemy ich, nie zdajemy sobie sprawy, co naprawdę zostało zniszczone. Nazwanie Campos „pretensjonalną utopią”, „baśnią dla starszych dzieci” i „naiwną wizją” jest gorzkim paradoksem. To ten właśnie paradoks, a jednocześnie naszą ślepotę obnaża Le Clézio.  

 

„Urania” jest bez wątpienia jedną z najbardziej skończonych i przemyślanych książek pisarza. To przykład powiastki filozoficznej pisanej nie wszerz, lecz w głąb. Claude Lévi-Strauss powiedział kiedyś, że Zachód stworzył etnologię właśnie wtedy, gdy zapamiętale niszczył przedmiot badań etnologii. W „Uranii” Le Clézio uświadamia nam, że Zachód zaczął tworzyć utopie w momencie, gdy niszczył społeczności, które stały się podstawą utopii. Indiańskie ludy mogły przetrwać tylko jako przedmiot naszych badań bądź naszych marzeń.

 

Społeczność Campos została rozbita, a jednak w książce obecna jest nadzieja. Daje ją „pewność, że kraina Uranii istniała naprawdę”, że świat prowadzący do proliferacji Dolin nie jest jedynym możliwym. Mówiąc o amerykańskich tubylcach, Daniel określa ich słowem „niezniszczalni”. Lili jest nieśmiertelna, Juan Uacus wieczny, wygnańców z Campos nie można zniszczyć. Ludzie ci z determinacją, z wiarą w siebie potrafili przetrwać podboje, chrystianizację, kolonizację, zachowując własną filozofię i sposób myślenia, dostosowując jednocześnie swoje tradycje, a także język do nowych warunków. Kultury te przetrwały w podziemiu, czekając cierpliwie, aż któregoś dnia będą mogły wypłynąć na powierzchnię. To ta możliwość odwołania się do ich myśli, do ich przykładu napawa Le Clézio nadzieją.

 

Aldaberto Aranzas wygnał grupę Jadiego z Campos, gdyż dostrzegł, iż miejsce to posiada szczególną moc i chciał tą mocą zawładnąć. Nie udało mu się. Zamiast nad ogrodem Uranii zapanował nad kawałkiem nieurodzajnego gruntu pokrytego kamieniami jak pobojowisko. Don Aldaberto nie potrafił opanować magii tego miejsca, lecz zdolny był przynajmniej ją dostrzec. Spróbujmy dostrzec w ogrodzie „Uranii” coś więcej niż tylko kamienie!

 

Zofia Kozimor

 

J.M.G. Le Clézio, Urania, przekład Zofia Kozimor, PIW, 2008

________________________

©Zofia Kozimor

 
   Powrót

Do góry