Powrót                                           

 

 

 

Le Clézio zlustrowany

 

Mariusz Cieślik, publicysta z „Newsweeka pl.”, znany jest z tego, że dokonał pośmiertnej lustracji Ryszarda Kapuścińskiego. Lustracyjny artykuł zwrócił na siebie uwagę nie celnością pióra lecz niemiłym zapachem. Jego autor — jak to zgrabnie ujął Jerzy Pilch — „wszystko, co zdatne do czytania ma wciąż do napisania”. Kilka lat minęło od owego stwierdzenia, a dziennikarz z „Newsweeka pl.” ciągle czeka na natchnienie, kontynuując dzieło lustracji i czerniąc papier w trosce o prawdziwą literaturę. 

W artykule Nobel dla Ibisza[1] napisanym wespół z niejakim Maxem Fuzowskim Cieślik przenicowuje kryteria przydzielania literackiej Nagrody Nobla. Rzuca światło na ciemną stronę owej nagrody i demaskuje niepokojące zjawisko, jakim jest promowanie przez Akademię nie walorów artystycznych dzieła lecz ideologicznych przekonań autorów, a konkretnie „przekonań lewicowych, antyglobalistycznych, feministycznych”. Jaskrawym przykładem tej tendencyjnej polityki Sztokholmu ma być Nobel przyznany w 2008 roku J.M.G. Le Clézio.

Wzorem Ibisza publicyści z „Newsweeka pl.” należą do tych, którym „wystarczy wymienić gatunek”, by nie mieli wątpliwości. „Le Clézio — notują z wyczuciem — jest ponoć odkrywcą ludzkości poza dominującą cywilizacją, co oznacza, że chętnie pisze o skrzywdzonych przez białych kolonizatorów Indianach Ameryki Południowej”. Jesteśmy w domu. Pisarstwo Le Clézio pachnie na kilometr propagandą rodem z PRL-u, naiwną tezą o ucisku kolonialnym, kogo zresztą obchodzi jakaś ludzkość poza naszą cywilizacją. Bez czytania wiadomo, o co w tych książkach chodzi. I rzeczywiście, dziennikarze z „Newsweeka pl.” uczciwą lekturą tekstów Noblisty z pewnością się nie splamili. Stąd fantazyjne oskarżenie, że w książce Diego i Frida Le Clézio „wychwala Stalina”! Różne rzeczy znajdowano w powieściach pisarza, nikt jednak nie wykazał lustracyjnej przenikliwości Cieślika i Fuzowskiego. Pomyśleć, że ludzie, którzy nie potrafią odczytać kilku prostych zdań, wydają na książki i ich autorów skazujące wyroki! Ów proceder ma oczywiście swoją logikę: opinię bohatera książki z opinią jej autora łatwo pomylą ci, którzy wiedzą, że podstawą lustracji jest manipulacja.[2]

Artykuł demaskujący Szwedzką Akademię mógłby się na tej rewelacji skończyć. Ale nie. Dziennikarze grzebią się dalej w wymysłach i donosach. Dowiadujemy się więc, że Le Clézio to nie tylko przeciętniak, lecz również grafoman. Niezbitym dowodem na to jest fakt, że Hollywood nie przeniosło na ekran jego książki Diego i Frida lecz Fridę amerykańskiej historyk sztuki! Zdaje się, że nobliści to w ogóle rzesza grafomanów, skoro bardzo niewiele wyróżnionych książek zekranizowano w Hollywood. 

Lustratorzy z „Newsweeka pl.” wyszukali nazwiska pierwszych laureatów literackiego Nobla, o których świat dawno zapomniał, a których wyróżniono, jak zapewniają, z pobudek politycznych. (Zarzut ten jest bardzo logiczny ze strony dziennikarzy, którzy z całej twórczości Le Clézio przytoczyli tylko frazę o Stalinie). Do tych zapomnianych laureatów mają teraz dołączyć Dario Fo, Gao Xingjian, Elfriede Jelinek, Doris Lessing i Le Clézio. O ich małej wartości świadczy fakt, że albo już odeszli do literackiego lamusa, gdyż w Polsce przestano ich wydawać, albo niebawem odejdą. Argument jest dość śliski. We Francji o Reymoncie, Sienkiewiczu, Miłoszu i Szymborskiej słyszała jedynie garstka specjalistów. Wymiatając „nieczytanych” pisarzy na literacki śmietnik Cieślik i Fuzowski mogą z czystym sumieniem dorzucić polskich autorów. Tym bardziej, że wszyscy bez wyjątku są poza zasięgiem brytyjskiego Bookera, jedynej — jak podkreślają — nagrody wyróżniającej książki wybitne. Nad Wisłą książek Dario Fo się nie wydaje, a jego sztuk nie wystawia. Aż dziw, że publicystom z „Newsweeka pl.” nie przychodzi do głowy dlaczego. We Francji Dario Fo grany jest aktualnie w prestiżowej Comédie Française, wystawiającej wyłącznie klasykę, co jest szczególnym wyróżnieniem dla włoskiego dramaturga. Le Clézio nagradzany jest nie tylko we Paryżu i w Sztokholmie, lecz również w Ameryce Łacińskiej, Afryce, Chinach, Meksyku i na Dalekim Wschodzie. Trzeba mieć arogancję prowincjonalnego lustratora, żeby decydować, kogo odstawić do lamusa. 

Według Cieślika i Fuzowskiego kanon współczesnej literatury światowej powstaje na Zachodzie. Robią więc wszystko, żeby zagłuszyć tych, którzy do owego kanonu nie przystają. Promowanie dzieł odrzucających punkt widzenia Zachodu i problemy z jego podwórka może być tylko poprawnością polityczną. „Gdy centrum przesuwa się ku peryferiom — notuje Kongijczyk Alain Mabanckou — gdy do drzwi literatury puka świat, oddziały mobilizują się do ataku”. Cieślik i Fuzowski też się zmobilizowali i wyciągnęli bata, jakim niegdyś chłostano niewolników. „Szwedzcy jurorzy — piszą — próbują sprawiedliwie obdzielać nagrodami twórców wszystkich kontynentów, prowadząc coś w rodzaju globalnej akcji afirmatywnej (dla przypomnienia: polegała ona na promowaniu w dostępie do edukacji i rynku pracy w USA mniejszości oraz grup dyskryminowanych, przede wszystkim kolorowych). To dlatego w ostatniej dekadzie Nobla dostali J.M. Coetzee Z RPA, Turek Orhan Pamuk, pochodzący z Trynidadu V.S. Naipul, Chińczyk Gao Xingjian czy opisujący Indian Le Clézio (z paszportem z Mauritiusa). Tak egzotycznego składu nigdy w historii Nobla nie było”. Kto jak kto, ale lustratorzy z Warszawy powinni wiedzieć, dlaczego „tak egzotycznego składu” w historii Nobla nie było. Dziś jeszcze egzotyczne kontynenty kojarzą się niektórym ze zjadaniem chrześcijańskich misjonarzy! Sto a nawet pięćdziesiąt lat temu przekonanie to żywiono nie tylko nad Wisłą. Do lat 30. XX wieku przywożono do europejskich stolic na wystawy kolonialne przeróżnych Negrów, żeby pokazać białym obywatelom „najniższy stan ludzkości”. Przyznanie jakiegokolwiek szczebela w kategorii ludzkości było jedynym ustępstwem na rzecz Negrów, którym odmówiono poza tym wszystkiego, od uczuć miłosnych po inteligencję i talent. Mocno naznaczyło to europejskie głowy. Prawdopodobnie dlatego ów „egzotyczny skład” noblistów wydaje się publicystom z „Newsweeka pl.” czymś nie do przyjęcia. Wykopanie przesądów z głów niektórych dziennikarzy jest równie naglące jak wykopanie rasizmu ze stadionów. Nawiasem mówiąc, rasizmu ze stadionów nie wykopie się dopóty, dopóki nie wykopie się go z kuluarów Sejmu i z prasy pl.[3]

W Polsce problem z Le Clézio jest taki, że nie mogą się w nim odnaleźć dziennikarze ani z prawa, ani z lewa. Ci z prawa dlatego, że jego książki, zamiast skupić się na fascynujących problemach Zachodu i jego rozkosznej dekadencji, przeciwstawiają mu jakieś trzecie kultury i czwarte światy, trują nam głowę nomadami pustyni, prymitywnymi ludami spoza chrześcijańskiej cywilizacji, które przez całe wieki miały czelność się jej opierać i dowodzić, że ludzie Zachodu się pomylili. Ci z lewa mają z nim na pieńku, gdyż wobec dominacji Kościoła i powszechnego zaniku myślenia książki Le Clézio, zamiast nawiązywać do racjonalnej tradycji Europy, oświeceniowym utopiom przeciwstawiają ludy intuicyjne i magiczne. Ani z tej, ani z tamtej strony nie można do niego podejść. Żadnych partykularnych racji jego literaturą podeprzeć nie sposób. Le Clézio przemawia do nas z innej planety, z jakiegoś ledwo widocznego lądu, do którego nie mamy ochoty się zbliżać w obawie, że rozpadną się w pył nasze prawdy oczywiste. Zamiast wesprzeć nasze słuszne przekonania, pisarz zatruwa nas sceptycyzmem i zmusza do wysiłku myślenia! Zdaje się, że lat jeszcze trzeba, aby publicyści rozmiaru Cieślika i Fuzowskiego otworzyli się na prozę Le Clézio, dostrzegli jej mądrość i piękno.

Prawdopodobnie zresztą nie otworzą się na nią nigdy. Będą czekać w uśpieniu na literackiego Nobla, który utwierdzi ich w słuszności żywionych przesądów i w anachronizmie. Osobiście mam gorącą nadzieję, że Nobla w najbliższym czasie dostanie Chinua Achebe, Nigeryjczyk, którego dziadek, podobnie jak kenijski dziadek Obamy, wyrósł z kultury przesyconej mądrością i artyzmem. To prawdziwe szczęście, że Akademia w Sztokholmie, choć bardzo późno, dostrzegła, że poza Europą i Ameryką istnieją inne kontynenty. 

Dzieło Le Clézio ma do kogo przemawiać. Powstałe z „nieprzepartej konieczności wysłuchania innych głosów” jest jednym z najoryginalniejszych, najbogatszych, najsilniej skłaniających do refleksji. Nie znajdując odpowiedzi w swoim świecie, wiedziony chęcią „dokładnej oceny własnych niekompetencji”, pisarz otworzył się na nieprzebrane bogactwo tłamszonych kultur. Jego książki są zawsze powiastkami filozoficznymi podważającymi naszą koncepcję świata i człowieka. Jego podróże są niezmiennie podróżami inicjacyjnymi i nie mają nic wspólnego z egzotyzmem. Jego twórczość pozwala przemówić tym, których nie przestajemy pozbawiać głosu. Jego głos, daleki od naiwności i politycznej poprawności, jest głosem gwałtownej rewolty, czasami rozpaczy, często medytacji. „Pisarz nie jest z tymi, którzy tworzą historię, lecz z tymi, którzy jej doświadczają” — powiedział Albert Camus podczas wykładu noblowskiego. Prawdziwie wielkim momentem w historii Nobla był hołd, jaki podczas gali w Sztokholmie Le Clézio złożył literaturze ustnej Indian, niezwykle cenionej przez Lévi-Straussa, z którą Zachód nigdy się nie liczył. Dzięki za to Sztokholmowi.

 


[1] Mariusz Cieślik, Max Fuzowski, Nobel dla Ibisza, „Newsweek pl.”, 27. 09. 2009

http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/newsweek_kultura/

nobel-dla-ibisza,46455,1

[2] Oto fragment, w którym Cieślik i Fuzowski dostrzegli hołd złożony przez Le Clézio Stalinowi: „Latem 1927 roku Diego [Rivera], który stał się jednym z filarów młodej Partii Komunistycznej Meksyku, jedzie do Moskwy na zaproszenie rządu radzieckiego. [...] W Moskwie przyjęty jest z entuzjazmem jako ambasador pierwszego rewolucyjnego kraju na świecie i maluje portret Józefa Stalina. W sekretarzu generalnym partii dostrzega człowieka o nieskazitelnie logicznym języku i żelaznej woli, którego zestawia z Benito Juarezem. [...] W ślad za Leninem Stalin jest jeszcze prawdziwym zwolennikiem Kominternu. Lecz nawet później, pomimo oskarżeń Trockiego o nadużycie władzy i zdradę ideałów komunistycznych przez genseka, Diego pozostanie wierny owemu popularnemu wyobrażeniu Stalina, który podobnie jak Juarez potrafił całkowicie uosobić Rewolucję”.

[3] Niechęć, z jaką polscy dziennikarze przyjęli nagrodę Nobla dla Francuza zdaje się mieć przyczyny głębsze niż te, którymi szermowali oficjalnie. Zaraz po ogłoszeniu werdyktu podniósł się lament, że Nobel 2008 jest zbyt europocentryczny (Polityka). Adam Krzemiński, najwyraźniej nieznający twórczości Le Clézio, posunął się w Polityce do tego, że zarzucił szwedzkiej Akademii, iż jest obciążona balastem oświeceniowych przesądów i nie umie się otworzyć na coś innego niż europejskość. Gdy po opublikowaniu kilku książek Noblisty wyszło na jaw, do jakiego stopnia pisarz odrzucił europejskość i Zachód w ogóle, podniósł się lament (czego wyrazem artykuł w Newsweeku), że Nobel 2008 jest zbyt egzotyczny. Być Francuzem jest źle, być obywatelem Mauritiusa jeszcze gorzej. Jedynym, co w oczach polskich dziennikarzy, mogłoby Le Clézio uratować to paszport amerykański i opisywanie amerykańskich problemów, od zamachu na WTC, przez huragan Katrina, po problemiki nowojorskich hipsterów.

________________________

©Zofia Kozimor

 
   Powrót

Do góry