Powrót                                               

 

 

Claude Lévi-Strauss

 

Coraz większa trudność życia razem

 

"Urodziłem się na początku XX wieku i do końca stulecia byłem jego świadkiem, często więc prosi się mnie o zdanie na jego temat. Nie mogę osądzać tragicznych wydarzeń, które ów wiek naznaczyły. Zrobić to muszą ci, którzy okrucieństw doświadczyli osobiście, mnie bowiem nieustannie chroniło szczęście i jedynie moja kariera potoczyła się inaczej.

Etnologia, co do której można się zastanawiać, czy jest nauką, czy też sztuką (a może jednym i drugim jednocześnie) sięga korzeniami zarówno dawnych epok, jak i epoki współczesnej. Ludzie końca średniowiecza oraz renesansu, którzy odkrywali grecko-rzymską starożytność, jezuici, którzy z greki i łaciny uczynili instrument nauczania, oddawali się prawdopodobnie pierwszej formie etnologii. Zdawali już sobie sprawę, że żadna cywilizacja nie może rozwinąć refleksji nad sobą, jeśli nie zestawi się z innymi.

Odrodzenie znalazło w literaturze starożytnej konieczną perspektywę, z której można było spojrzeć na własną kulturę i porównać koncepcje współczesne z koncepcjami powstałymi w innym miejscu i innym czasie. Różnica między kulturą klasyczną i etnograficzną sprowadza się jedynie do rozmiaru świata znanego w danym okresie. Na początku renesansu świat ograniczony był do basenu Morza Śródziemnego. Istnienie całej reszty jedynie podejrzewano. W XVIII i XIX wieku humanizm rozszerzał się w miarę odkryć geograficznych. Chiny i Indie wzbogaciły znany obraz. Terminologia uniwersytecka określająca studia nad tymi krajami mianem filologii nieklasycznej, przez samą niezdolność do stworzenia oryginalnej nazwy, podkreślała właśnie, iż chodzi o ten sam nurt humanistyczny rozciągający się na nowe terytoria. Zwracając się ku cywilizacjom dotąd pogardzanym, ku tzw. społeczeństwom prymitywnym, etnologia rozpoczęła trzeci etap tego nurtu. Plasując się powyżej i poniżej tradycyjnego humanizmu, etnologia wykracza poza jego granice. Jej domeną jest całość ziem zamieszkanych, a jej metoda badawcza odwołuje się do wszystkich form wiedzy: od nauk humanistycznych po przyrodnicze.

Niemniej narodziny etnologii wiążą się również z refleksją późniejszą i innego rodzaju. To w XVIII wieku Zachód nabył pewności, że stopniowe rozprzestrzenianie się cywilizacji europejskiej jest nieuniknione i że zagraża ono istnieniu tysięcy społeczeństw biedniejszych i słabszych, których język, wierzenia, sztuka i instytucje stanowią cenne świadectwo nieprzebranego bogactwa ludzkiej twórczości. Aby nabyć pełnej wiedzy o człowieku, koniecznością stało się zbieranie póki czas wiadomości na temat wszystkich kultur, które rozwijały się z dala od wpływu i presji Zachodu. Zadanie to było tym bardziej naglące, że owe społeczności nieposiadające pisma nie zostawiły po sobie żadnych tekstów ani, w większości, konstrukcji figuratywnych.

Tymczasem, choć owa praca nie posunęła się daleko, ludy te stopniowo zanikają, a w najlepszym przypadku ulegają głębokim przeobrażeniom. Dziś nad ludami tubylczymi czuwa Organizacja Narodów Zjednoczonych. Zapraszane na międzynarodowe spotkania poznają siebie nawzajem. Amerykańscy Indianie, Maorysi z Nowej Zelandii, australijscy Aborygeni odkrywają, że ich losy potoczyły się podobnie, że posiadają wspólne interesy. Z dala od partykularyzmu, który każdej kulturze nadawał jej specyficzność, powstaje świadomość zbiorowa. Jednocześnie kultury te przejmują metody, technikę i wartości Zachodu. Ta uniformizacja nie będzie prawdopodobnie całkowita. Inne różnice zaczną się stopniowo wydobywać, tworząc nowe pole dla poszukiwań etnologicznych. Niemniej różnice te przybiorą inną naturę: powstaną nie na zewnątrz cywilizacji zachodniej, lecz jako jej zmetyzowane formy.

Gdy przyszedłem na świat, ludzkość liczyła 1,5 miliarda mieszkańców. Gdy rozpoczynałem pracę zawodową ok. 1930 roku, liczba ta wzrosła do 2 miliardów. Dziś wynosi 6 miliardów i osiągnie 9 miliardów za kilka dziesięcioleci, jeśli wierzyć przewidywaniom demografów. Ci pocieszają nas, że ta ostatnia liczba stanowi szczyt i że następnie liczebność mieszkańców Ziemi zacznie spadać tak szybko, iż w przeciągu kilku wieków — dowodzą niektórzy — przetrwanie naszego gatunku będzie poważnie zagrożone. Tymczasem gatunek ów zdążył zniszczyć różnorodność nie tylko kulturową, ale i biologiczną, czyniąc spustoszenie w świecie roślin i zwierząt.

Człowiek jest bez wątpienia autorem tych zniszczeń, a ich skutki obracają się przeciwko niemu. Nie istnieje bodaj żaden wielki dramat współczesności, który nie znalazłby bezpośredniej bądź pośredniej przyczyny w coraz większej trudności życia razem, którą ludzkość poddana demograficznej eksplozji wyczuwa podświadomie. Ludzie — podobnie jak owe robaki, które żyją w mące i zatruwają się na odległość, choć nie brakuje im jeszcze żywności — zaczynają siebie nienawidzić, gdyż przeczucie ostrzega ich, iż stają się zbyt liczni, aby każdy z nich mógł swobodnie cieszyć się podstawowymi dobrami, jakimi są wolna przestrzeń, czysta woda i nieskażone powietrze.

Dlatego jedyna nasza szansa polega na uznaniu, że ludzkość, stając się ofiarą samej siebie, znajduje się w tej samej sytuacji, co wszystkie inne formy życia, których nie przestawała i nie przestaje niszczyć. Jeśli bowiem człowiek posiada pewne prawa jako istota żyjąca, prawa te przyznane mu jako gatunkowi, ograniczone są w sposób naturalny prawami innych gatunków. Prawa ludzkości przestają istnieć w chwili, gdy zagrażają istnieniu innych form żywych. Prawo do życia i swobodnego rozwoju gatunków istniejących jeszcze na ziemi jest prawem niepodważalnym z tego prostego powodu, że zniknięcie któregokolwiek z nich powoduje pustkę nie do odrobienia w całym systemie stworzenia.

Jedynie takie pojmowanie człowieka może uzyskać pełne poparcie wszystkich cywilizacji. W pierwszym rzędzie naszej, gdyż przedstawiona przeze mnie koncepcja była niegdyś koncepcją rzymskich prawników powstałą pod wpływem filozofii stoickiej, która określała prawo naturalne jako ogół powiązań ustalonych przez naturę między wszystkimi istotami żywymi w celu ich wzajemnego przetrwania; następnie wielkich cywilizacji wschodnich związanych z hinduizmem i buddyzmem, w końcu ludów, które nazywamy prymitywnymi, w tym ludów najsłabszych, nieznających pisma, tych właśnie, które badają etnologowie.

Dzięki mądrym zwyczajom, które nie mają nic wspólnego z przesądami, społeczności te zabraniają człowiekowi nadmiernej konsumpcji innych gatunków i zobowiązują go do moralnego ich poszanowania, narzucając mu ściśle określone reguły gwarantujące ich przetrwanie. Choć owe społeczności różnią się bardzo między sobą, zgodne są co do jednego, do tego mianowicie, że człowiek jest częścią składową natury, a nie panem i władcą stworzenia.

Tę właśnie naukę odkrywa etnolog przebywający wśród tych ludów i życzy sobie, aby dołączając do ogólnego koncertu nacji, społeczności te zachowały ją nietkniętą, tak aby swoim przykładem mogła inspirować nas wszystkich".

Claude Lévi-Strauss, Lekcje etnologa, Le Nouvel Observateur, 9 maja 2005

(Artykuł napisany przez C. Lévi-Straussa w 2005 roku z okazji wręczenia mu Międzynarodowej Nagrody Katalonii przyznawanej naukowcom, pisarzom, artystom za prace o wysokich walorach etycznych i humanistycznych).

Przekład: Z. Kozimor

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry