Powrót                                           

 

 

Listy o twórczości J.M.G. Le Clézio

 

J.M.G. Le Clézio, laureat literackiej nagrody Nobla, nie przestaje być w Polsce pisarzem mało znanym i nierozumianym. Porządkując niedawno korespondencję w komputerze, odnalazłam maile pisane do przyjaciół po przyznaniu pisarzowi Nagrody. Przytaczam poniżej notowane na gorąco uwagi o twórczości Noblisty oraz refleksje na temat nastawienia polskich krytyków do jego książek.

***

Czwartek, 9 października 2008 r.

Przed chwilą usłyszałam w radio, że Le Clézio dostał Nagrodę Nobla! Jestem absolutnie zachwycona! Czekałam na tę nagrodę od wielu lat, a jednocześnie w nią wątpiłam. Le Clézio nie zawsze jest rozumiany. Jego twórczość zbyt mocno podważa fundamenty naszego świata, żeby mogła zdobyć szerokie uznanie. Pisarz przemawia do nas z daleka, z pozycji człowieka, który odkrył inne horyzonty. To właśnie owo spojrzenie z oddali pozwala mu dostrzec braki naszej racjonalnej, przekonanej o swej nieomylności cywilizacji.

Jestem bardzo szczęśliwa.

Czwartek, 9 października 2008 r.

Kilka słów na gorąco. Le Clézio mieszka na stałe w Stanach Zjednoczonych, w Nowym Meksyku, na granicy kilku kultur i światów. Ma też dom w Bretanii nad morzem. Ciągle podróżuje. Unika kontaktów, telewizji, mikrofonów. Dotrzeć do niego trudno. Źle się czuje w naszej rzeczywistości, dlatego zwrócił się ku innym kulturom. Zdaje się, że jego pierwszą żoną była Polka. Gombrowicz w swoich dziennikach napomknął o spotkaniu z bardzo młodym Le Clézio. Był wobec niego krytyczny. Ale Gombrowicz był krytyczny wobec wszystkich. Dziś żoną Le Clézio jest Marokanka, albo Francuzka marokańskiego pochodzenia. Przez wiele lat Le Clézio mieszkał w Meksyku, potem w Maroku, w zeszłym roku zaproszony został do Korei. To tułacz, nomada. Z niezwykle wyostrzonym spojrzeniem na absurdy, dewiacje, niekonsekwencje, destrukcyjne działania Zachodu.

Poniedziałek, 3 listopada 2008 r.

Złe przyjęcie „Uranii” dotyka mnie do żywego.

Wszelkie uwagi o tym, że jej wydanie jest błędem, są absurdalne. Jeśli błędem wydawniczym jest publikacja dobrze przyjętej we Francji książki przyszłego noblisty, to zastanawiam się, co dla zakapturzonych krytyków byłoby wyrazem prawdziwej przenikliwości. Może poczuliby się pewniej przy całkowitym braku książek Le Clézio na polskim rynku. Jestem bardzo ciekawa, jak przyjęli swego czasu „Onitszę” i „Pustynię”. Szukałam informacji na ten temat w Internecie i nie znalazłam nic. Zdaje się, że trzeba było nagrody Nobla, by ci panowie się ocknęli. Teraz wszystko, co mówią, wygląda na porachunki. PIW potrafił przewidzieć to, czego oni zupełnie nie przewidzieli!

Takiej reakcji trochę się obawiałam. Dlatego piszę o zakapturzonych głowach. Nie wystarczy być błyskotliwym erudytą, należy jeszcze myśleć. Żeby zrozumieć przekaz Le Clézio, trzeba wyrwać się ze swego kokonu, zdobyć na zakwestionowanie siebie, nabrać zbawiennego dystansu do własnego światka. Le Clézio dostał tę nagrodę za ukazywanie nowych horyzontów. Tylko jak dojrzeć te horyzonty, gdy jest się ślepym albo zakapturzonym, co na jedno wychodzi. Co za szczęście, że członkowie Akademii w Sztokholmie widzą więcej niż płot własnego podwórka.

 

Wtorek, 18 listopada 2008 r.

 

Jeszcze kilka słów na temat recenzji „Uranii”. Niektóre są zachęcające jak, pomimo niefortunnego tytułu, „Naiwna utopia noblisty”. Najczęściej jednak krytycy nie wiedzą, jak do tej książki podejść. Artykuły Krzysztofa Cieślika w „Dzienniku” i Igora Kościelniaka w „Polityce” są żenujące. To albo intelektualna zapaść, albo rezultat ideologicznego zacietrzewienia. Czytając te artykuły, odnosi się wrażenie, że ich autorzy przeczytali „Uranię” szybko, po łebkach i szukali w niej potwierdzenia tego, co chcą myśleć o autorze.  

Nie lepszy jest zresztą w „Polityce” artykuł „Prowincja Europa” Adama Krzemińskiego. Pozwala może częściowo zrozumieć niechęć, jaką krytycy darzą francuskiego pisarza. Niedawno Engdahl, przewodniczący Szwedzkiej Akademii, zarzucił literaturze amerykańskiej, że jest zbyt zapatrzona we własny pępek. Krzemiński polemizuje z tym twierdzeniem zupełnie bezmyślnie. Przytacza dwie książki, które są doskonałym potwierdzeniem tezy Engdahla, tak bardzo zacieśniają się do problematyki Stanów. Dziennikarz cytuje końcowe zdania „Człowieka w ciemności” Paula Austera, które go szczególnie zachwyciły: „To śniadanie wyraża metafizyczną ideę harmonijnego uniwersum. Rodzina zasiada przy stole, słońce wschodzi, zaczyna się nowy dzień i być może będzie on trochę lepszy od wczorajszego”. Wyobrażam sobie, jak zareagowałaby krytyka, gdyby to zdanie napisał Le Clézio. Banał, kicz, naiwność, odwołanie się do konserwatywnych wartości, praca, rodzina, zaścianek itd. 

Opis problemów Ameryki Łacińskiej w „Uranii” jeszcze jakoś przechodzi, ale z Campos krytycy nie mogą sobie dać rady. „Fascynująca egzotyka, naiwna utopia, młodzieńcza fascynacja”. Nie wiedzą, co to wszystko ma znaczyć. Sądząc po recenzji, Cieślik jest prawdziwym durniem. Igor Kościelniak sugeruje, że „Urania” godna jest bardzo młodego pisarza. I tu się całkowicie myli. Żaden młody pisarz nie wymyśliłby Campos. Campos nawiązuje do elementów kultury i filozofii tzw. ludów tradycyjnych. Dlatego w Campos są Indianie z Meksyku, Kanady i Stanów Zjednoczonych. Dlatego, przy obserwacji nieba, jest tyle odniesień do Arabów. Wszystkie kultury, które nie odczarowały świata, miały pewien wspólny mianownik: odwoływały się do kontemplacji, medytacji, intuicyjnego poznania. Rozumiały człowieka w sposób pełny, z jego siłą i słabością, niedoskonałością, a przede wszystkim z jego wyobraźnią, immanentną potrzebą magii, równie ważnymi jak rozum.

Problem w tym, że te kultury tak naprawdę nas nie interesują. Są dla nas co najwyżej urlopową egzotyką, turystyczną odskocznią. Natomiast dla Le Clézio stanowią alternatywę, partnerski głos, źródło inspiracji. Ludy pozbawione osiągnięć technicznych wydają nam się prymitywne i traktujemy je z protekcjonalną pobłażliwością. Zupełnie nie dopuszczamy myśli, że ich osiągnięcia sytuują się na innych płaszczyznach. Wolimy więc delektować się własnymi problemami, wykolejeniem, gwałtem, degrengoladą wartości, wolimy drastyczne sceny i mocny seks, uwielbiamy drapieżne, zahaczające o nihilizm krytykowanie cywilizacji, z którego nic nie wynika. Nie chcę powiedzieć, że to nie jest ciekawe. To się może nawet bardziej podobać, ale zupełnie nie rozumiem gwałtowności, z jaką odrzuca się myśl Le Clézio, nie zadając sobie trudu, żeby cokolwiek z niej zrozumieć. Zupełnie nie pojmuję tej zajadłej nietolerancji dla inności, jaką przedstawia sobą „Urania”.

  

Poniedziałek, 24 listopada 2008 r.

 

Mówiąc o Le Clézio, dziennikarze powtarzają: naiwny marzyciel, naiwny egzotyzm. We Francji krytycy ostrzegają przed łatwością takiego ujęcia. I to nie dlatego, że oszczędzają Le Clézio. Myślę, że istnieje coś takiego jak duch literatury. Od Motaigne’a, przez Rousseau do Antonina Artauda, René Guénona i Lévi-Straussa powstała tu pewna wrażliwa, wyostrzona refleksja, spojrzenie w głąb. Ta inteligentna wrażliwość bardzo mi się podoba. Wydaje mi się ciekawsza od nieco cynicznej myśli anglosaskiej, którą dziś karmi się świat tylko dlatego, że wszyscy mówią po angielsku. Nie znać innych języków, to nie znać innego spojrzenia na rzeczy. Dlatego tak ważne są przekłady. Ważna też jest rola prasy powiadamiającej o ich istnieniu. Tymczasem nasza prasa jest echem publikacji i gazet anglosaskich. Mamy do czynienia bez mała z myślą jedynie słuszną.

Pewien mój dobry znajomy uczący języka angielskiego i literatury anglo-amerykańskiej na uniwersytecie w Lille nie przestaje powtarzać studentom, żeby zachowali krytycyzm i głowę na karku. Literatura zza oceanu ma wielkie przebicie, gdyż język angielski stał się międzynarodowym esperanto, niemniej wartość połowy amerykańskich książek wydawanych na rynku francuskim daje się przełożyć jedynie na kilogramy. Gdyby najlepsi amerykańscy pisarze pisali na przykład po polsku — mówi — mało kto by o nich słyszał. I odwrotnie polska poezja zachwyciłaby niejednego, gdyby nie bariera językowa.

Trzeba więc zachować ciekawość intelektualną i krytycyzm, odrzucać przesądy i nie padać przed Ameryką na kolana.

 Nie myślałam, że Le Clézio spotka się z podobnym ostracyzmem, wręcz wrogością ze strony polskiej krytyki. Od samego początku, od dnia w którym przyznano mu nagrodę Nobla, został skazany „zaocznie”. Zaraz po ogłoszeniu werdyktu podniósł się lament, że nie uhonorowano któregoś ze znanych (znanych znaczy genialnych) Amerykanów. Francuskiemu pisarzowi nie dano żadnej szansy. Postanowiono go odrzucić i odrzucono (udział w tym mieli również publicyści z „Polityki”). Do tej pory trudno mi się z tym pogodzić. Pamiętam, że gdy Nobla przyznano Szymborskiej, nikomu we Francji nie przyszło do głowy kwestionować tego werdyktu, choć Szymborska nie była tu wcześniej tłumaczona. Przeciwnie, nie zostawiono suchej nitki na francuskich wydawcach, którym zarzucono brak ciekawości i przenikliwości. Dziś Szymborskiej nie tłumaczy się we Francji na kilogramy, ale wystarczająco, by ci, którzy lubią poezję, mogli ją docenić.

 

Czwartek, 11 grudnia 2008 r.

 

Z radia Trójka zadzwoniono do mnie wczoraj wieczorem z propozycją wzięcia udziału w audycji o Le Clézio. Ta propozycja przyszła za późno. Dzisiaj musiałam jechać do Arcueil koło Paryża.

Wróciłam późno, zdążyłam jednak wysłuchać w Internecie części tej audycji: koniec wystąpienia korespondenta ze Sztokholmu i dyskusję z Anną Tatarkiewicz oraz Kamilem Piwowarskim. Muszę powiedzieć, że podobało mi się to, co K. Piwowarski powiedział na temat spójności dzieła Le Clézio. Podzielam to zdanie całkowicie. Jest pewna ewolucja w postawie Le Clézio wobec świata: od rewolty, prawie nienawiści, chęci zburzenia wszystkiego, do wyciszenia się, uspokojenia. U podstaw tej przemiany leży spotkanie z kulturami tradycyjnymi. Pisarz mógł się na nie otworzyć właśnie dzięki owej rewolcie wobec zachodniego świata wyrażonej w „Protokole”.

Anna Tatarkiewicz jest osobą o wielkiej kulturze i erudycji, mam jednak wrażenie, że europocentryczne nastawienie nie pozwala Jej dojrzeć bogactwa i sensu późniejszej twórczości Le Clézio. Prawdziwie piękne książki powstały później: „Pustynia”, „Kwarantanna”, „Onitsza”, „Urania”. Osobiście zupełnie nie zgadzam się z zakwalifikowaniem Le Clézio jako pisarza, o którym się zapomni. Zdaje się, że coś takiego powiedział Marek Bieńczyk. Wręcz przeciwnie: Le Clézio jest wizjonerem, pisarzem absolutnie awangardowym. Przyszłością świata jest metyzacja. To ten zmetyzowany, nowy świat opisuje Le Clézio, podczas gdy inni po raz tysięczny ukazują zachodniemu czytelnikowi problemy zachodniego czytelnika.

 

Piątek, 16 stycznia 2009 r.

 

Dziękuję za informację o artykule w „Nowych Książkach”. Recenzja Adama Komorowskiego jest jak balsam. To efekt połączenia erudycji z myśleniem. Nawiązanie do Chateaubrianda jest przenikliwe, umieszcza „Uranię” w szerszej tradycji. Dzięki niej w poważnej recenzji pojawiło się nareszcie słowo Indianin. Dotąd żaden z krytyków nie wspomniał o Indianach. A to jest podstawa. W oderwaniu od rdzennych ludów Ameryki „Uranii” zrozumieć nie można. To książka bardzo indiańska. Widząc w Campos naiwną utopię, w najlepszym wypadku wspólnotę hippisów, krytycy potraktowali tę społeczność dokładnie tak jak Aldaberto Aransas, który ją zniszczył.

I jeszcze jedna niezwykle ważna rzecz: Adam Komorowski dyskutuje z pojęciem utopia, a to jest absolutnie konieczne.

Szkoda, że ta recenzja ukazała się tak późno. Szkoda, że do „Uranii” zabrali się na gorąco ludzie nieskłonni do refleksji i narzucili pewien ton.

 

Niedziela, 18 stycznia 2009 r.

 

Przeczytałem raz jeszcze, bez pośpiechu recenzję Adama Komorowskiego. To najlepszy tekst na temat „Uranii”, jaki się ukazał, ciekawy, inteligentny, pogłębiony. Może zachęci innych do spojrzenia na tę książkę poważniej i wnikliwiej. Zawsze miałam nadzieję, że „Urania” znajdzie czytelników, którzy ją docenią. W Internecie trafiłam na kilka entuzjastycznych wypowiedzi stwierdzających, że to cudowna powieść, którą się świetnie czyta. A o to przecież chodzi.

 

Czwartek, 9 kwietnia 2009 r.

 

Dostałam propozycję tłumaczenia „Meksykańskiego snu”. Jestem zachwycona.

Uważam, że ta książka powinna się ukazać na polskim rynku. Nie można pozwolić, by durni recenzenci dyktowali, co się powinno czytać, a czego nie.

W „Gazecie Wyborczej‟ znalazłam wywiad z Bernardem Pivotem, francuskim dziennikarzem telewizyjnym. Oto co powiedział o Le Clézio i „Meksykańskim śnie”:

„Mnie Nobel dla Le Clézio nie zdziwił. Wiedziałem, że z pisarzy francuskich może go dostać albo Le Clézio, albo Michel Tournier. Le Clézio to pisarz, który dotyka prawdziwych problemów współczesności. Pisze o nieludzkim świecie ludzi wykorzystywanych, o tym, że cywilizacja jest w niebezpieczeństwie. Ostatnio, kiedy się z nim spotkałem, by pogratulować mu Nobla, powiedział, że najlepiej wspomina tę rozmowę w moim programie, do której zaprosiłem go razem z Levi-Straussem. Le Clézio napisał wtedy książkę « Le Rêve mexicain » [Meksykański sen] o końcu cywilizacji Azteków. I Levi-Strauss był pod jej wielkim wrażeniem – a nie był to człowiek, który łatwo rozdaje komplementy”.

 

Czwartek, 28 maja 2009 r.

 

Dziękuję za przesłanie mi recenzji Agnieszki Wolny-Hamkało o „Radze”. Jest rzeczywiście krótka, trochę nieśmiała, ale bardzo ładna. Tak więc następna osoba zdecydowała się wypowiedzieć własne zdanie, choć stado powtarza, że Le Clézio jest beeee.

To niewiarygodne, do jakiego stopnia belfer Pimko czy inny Bladaczka są ludziom potrzebni. Gdy wbiją do głowy, że ten czy ów jest wielkim pisarzem, można to potem powtarzać bez obawy kompromitacji i konieczności myślenia. A gdy nic nie powiedzą, to nie wiadomo, co myśleć.

Mam wrażenie, że Le Clézio nie ma co do tego złudzeń. Pewnie dlatego nie czyta gazet.

  

Niedziela, 31 maja 2009 r.

 

W prasie francuskiej znalazłam artykuł Bernarda Pivota, w którym dziennikarz wspomina spotkanie Lévi-Straussa i Le Clézio podczas jednej ze swoich audycji. Oto co mówi: „Dwadzieścia lat przed przyznaniem Le Clézio Nagrody Nobla, jego książka o zagładzie cywilizacji Meksyku i wyrażone w niej refleksje na temat « przerwanej myśli » Indian spotkały się z gorącym uznaniem autora « Mitologii ». Obejrzałem raz jeszcze tę audycję i uderzyła mnie widoczna przyjemność, jaką Lévi-Strauss czerpał z rozmowy z młodszym kolegą na bliskie im tematy. Zaraz po otrzymaniu Nobla Le Clézio powiedział mi, że ze wszystkich audycji ta właśnie wbiła mu się najmocniej w pamięć”. Nie dziwi mnie to, Le Clézio i Lévi-Strauss powinni się rozumieć w pół słowa.

 

Wtorek, 2 czerwca 2009 r.

 

Przeczytałam recenzję „Ragi” w „Dzienniku”. Podobne teksty załamują mnie zupełnie. Mam wrażenie, że autor tego artykułu jest z tych, którzy wierzą, że wybór Obamy na prezydenta stanowi tragedię, gdyż podważa hegemonię białego człowieka.

Wstyd za żywione przekonania jest jego sprawą. Tylko dokąd zmierzamy, mając takich dziennikarzy?

 

 

Niedziela, 7 lutego 2010 r.

 

Przeglądając prasę, która ukazała się po śmierci Lévi-Straussa, natknęłam się na wywiad, jakiego udzielił z okazji publikacji „Opowieści o rysiu”.

Ten wywiad pokazuje, jak bardzo Le Clézio i Lévi-Strauss „światopoglądowo” są sobie bliscy. Le Clézio w „Meksykańskim śnie” również gwałtownie oskarża poczynania Europejczyków. Przytacza mnóstwo mitów mówiących o tym, że Indianie oczekiwali przybycia Innych. Świadomie używa terminu „filozofia Indian”, choć zachodni intelektualiści kręcą na to nosem. Podkreśla zasadę koniecznego dopełniania się przeciwieństw istniejącą w tej filozofii. Zadaje sobie w końcu pytanie, jak wyglądałby nasz świat, gdyby podczas konkwisty nie doszło do zniszczenia, i szeroko tę hipotezę analizuje. „Meksykański sen” powstał trzy lata przed „Opowieścią o rysiu”. Lévi-Strauss wywarł niewątpliwie wpływ na Le Clézio, a przynajmniej utwierdził go w jego poszukiwaniach. Zastanawiam się, czy „Meksykański sen” był w jakiś sposób zachętą dla Lévi-Straussa do otwartego wyrażenia własnych opinii. W każdym razie myśl tych pisarzy, nawet jeśli rozwijała się równolegle, doprowadziła do tych samych wniosków. Uważam, że jest kontynuacją francuskiej tradycji filozoficznej w jej najlepszym wydaniu. (Pewnie dlatego nastawieni empirycznie Anglosasi mówią o niej z przekąsem).

 

Wtorek, 8 czerwca 2010 r.

 

Znalazłam w Internecie na stronie Radia Jazz cudowny artykulik o „Radze”. Nie mogę uwierzyć, że mógł się zdarzyć. Jest pięknie napisany i mądry. Nie wiem, czy wyemitowano go w radiu, czy istnieje tylko w sieci.

Może jednak Le Clézio dotrze do ludzi wrażliwych i myślących.

 

Czwartek, 16 grudnia 2010 r.

Zdaje się, że Le Clézio skazany jest w Polsce na milczenie, za to Houellebecq nie przestaje być gwiazdą. Przeczytałam jego ostatnią książkę Mapa i terytorium, o której głośno również w Polsce. Historyjka, dygresyjki, które łatwo się czyta i równie łatwo zapomina. Paryski światek przedstawiony w sposób uszczypliwy, niemniej milutki. Wbrew pozorom Houellebecq całkiem nieźle się w nim czuje, delektuje się nim masochistycznie, a czytelnikowi podaje to, czego ten oczekuje. Osobiście widzę w tym podskórny konformizm. Prowokator, a jednak idący z prądem. Na pewno wie, że człowiek prawdziwie zbuntowany, czyli ten, który płynie pod prąd i cały ów światek odrzuca z kretesem (choć bez prowokacji) niełatwo przyciągnie uwagę czytelnika.

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry