Powrót                                         

 

 

O ludobójstwie Indian 

Pisać o ludobójstwie nie jest łatwo. Jak pisać, by ludzkich dramatów nie sprowadzać do statystyki, nie przekładać cierpień na abstrakcyjne pojęcia, zbrodni nie rozmywać w interpretacjach? Pisać o ludobójstwie jest trudno, ale jeszcze trudniej pogodzić się z milczeniem zalegającym nad ludobójstwem.

W dobie obecnej organizacje międzynarodowe uznały za ludobójstwo cztery zbrodnie, których dopuszczono się w XX wieku: zagładę Żydów podczas drugiej wojny światowej, rzeź Ormian w 1915 roku, wymordowanie Tutsi w Rwandzie w 1994 r. oraz masakrę bośniackich muzułmanów w Srebrenicy w roku 1995. Cztery ludobójstwa zostały zdemaskowane, a ile zbrodni pozostaje nienazwanych? Wśród dramatów, o których się nie pamięta, bądź nie chce pamiętać, znajdują się metodyczne masakry tubylczych ludów dokonane przez państwa kolonialne. Wśród nich, ze względu na rozmiar i zasięg, na czoło wysuwa się wyniszczenie amerykańskich Indian. Zbrodnie przeciwko Indianom stanowią ciągle otwartą ranę, wokół której toczą się spory i dyskusje. Indianie nie mają wątpliwości, iż w Nowym Świecie biali kolonizatorzy dopuścili się ludobójstwa. Teza ta ma jednak wielu przeciwników, zarówno w Ameryce, jak i w Europie. Należy do nich „Tawacin”, polskie „Pismo Przyjaciół Indian”.

Antropologowie z Poznania współpracujący z pismem i wyrażający stanowisko Redakcji, protestują przeciw ciągłemu oskarżaniu Europejczyków i Amerykanów o krzywdy wyrządzone Indianom. Odrzucają takie „przedstawianie przeszłości i teraźniejszości, gdzie wszyscy Indianie zawsze i wszędzie byli ofiarami.”[1] W ogóle dychotomiczny podział na Białych i Indian uznają za bezzasadny: „Czy istnieją jednego rodzaju Biali albo Indianie? — zapytują — Nie można patrzeć na dzieje Nowego Świata, ciągle przeciwstawiając sobie tylko dwie nic nie znaczące heterogeniczne kategorie (to forma rasizmu!). Potrzeba tu zawsze historycznego dookreślenia — kto? gdzie? kiedy?”[2].

Mówiąc o znaczeniu prac Lévi-Straussa dla antropologii, Mircea Eliade podkreślił kiedyś filozoficzne podejście etnologa do omawianych problemów. „Antropologowie — pisze — zmarnowali zbyt wiele czasu na próby odtworzenia historii kultur prymitywnych, zbyt mało zaś poświęcili go na zrozumienie ich sensu.” [3] Innymi słowy zbyt często odrzucali refleksję nad kulturą w imię ciągłego dookreślania „kto? gdzie? kiedy?”. Daje się to zauważyć tak w odniesieniu do kultur „prymitywnych” jak i naszej. Trudno nie dostrzec, iż to, co antropologowie z „Tawacinu” kwestionują, to zasadność ujęcia kultury euroamerykańskiej jako kultury zachodniej. Odmawiają też prawa do globalnego ujęcia kultur indiańskich. Tymczasem, żeby zrozumieć „dzieje Nowego Świata”, nie można ograniczyć się do historycznego przeglądu faktów, ale trzeba patrzeć na nie w powiązaniu z głębokim sensem kultur, które na jego terenie istniały, jak i głębokim sensem kultury, która je zawojowała. A to implikuje przeciwstawienie pewnych bogatych w znaczenie kategorii kulturowych. Kultura zachodnia ma bowiem pewien wspólny mianownik, tak jak mają go kultury indiańskie. Ten wyróżniający je wspólny mianownik nie ogranicza się jednak, ja chce tego redaktor naczelny „Tawacinu”, do „umiłowania wolności i woli przetrwania”[4].

Na podstawę europejskiej cywilizacji składają się, obok wpływów greckich i rzymskich, chrześcijaństwo, doświadczenie reformacji, humanizm, racjonalizm, idea postępu. Te między innymi elementy uformowały naszą europejską, zachodnią tożsamość, nasz sposób widzenia świata, nasze priorytety i wartości. To, że niektórzy Europejczycy lubią corridę[5], a inni wolą grać w krykieta, nie ma wielkiego znaczenia wobec tej wspólnej bazy, która warunkuje nasze myślenie.

Podobnie jest z ludami, które zamieszkiwały kontynent amerykański. Były różnice między osiadłymi ludami Mezoameryki i nomadami z Gran Chichimeca, między Indianami Pueblo i Inuitami, niemniej można znaleźć łączący je wspólny mianownik. Są to kultury oparte na mistycyzmie i „duchowości kosmicznej”. Ich bazą jest czysta metafizyka. Posiadają dużo elementów wspólnych, pewne stałe widoczne są w każdej z nich: podejście do ziemi, pojęcie czasu, kult słońca i gwiazd, rola mitów i rytuałów. Brak podziału na sacrum i profanum, duchowość, która nie stała się religią, formowały tożsamość tych ludzi, ich priorytety i wartości. Obce były im doświadczenia, które nas ukształtowały: atrofia wiary, indywidualizm, racjonalizm.

W 1492 roku na kontynencie amerykańskim nastąpiło spotkanie Indian i Europejczyków. Było to coś więcej niż spotkanie ludów, doszło do starcia odmiennych myśli i kultur, z których jedna czuła się całkowicie upoważniona do zadecydowania o losie innych. Od 1492 roku ruszyła na odkrytych ziemiach maszyna zniszczenia i śmierci. W pięćdziesiąt lat po przybiciu Europejczyków do Nowego Świata legły w gruzach imperia Azteków i Purhepechów, znikły miasta „piękniejsze od Salamanki i Wenecji”. Indian witających chrześcijan „z wielkim uszanowaniem”, ciekawością i honorami, masakrowano. „Bo należy wiedzieć, — pisze Bartolomé de Las Casas — że we wszystkich krajach, do których wkraczali, Hiszpanie zawsze urządzali okrutną i głośną rzeź”[6]. Pochód zdobywców i kolonizatorów, z południa na północ, ze wschodu na zachód, niósł ze sobą zniszczenie, był grabieżą ziem, końcem pewnego świata. Obrastał setkami ofiar.

Wobec nieprzebranych zniszczeń i masakr dokonanych przez Europejczyków, a później Amerykanów, indiańscy tubylcy głośno mówią o ludobójstwie. Dla antropologów z „Tawacinu” jest to teza bezpodstawna, obliczona na osiągnięcie doraźnych korzyści politycznych i ekonomicznych. Podobne mniemanie powszechne jest zresztą za oceanem. „Pojęcie ludobójstwa - mówi Thomas Bender - weszło do refleksji o amerykańskiej historii, ale ciągle znajduje się poza językiem głównego nurtu. Spotyka się z surowym potępieniem ze strony prawicy. To jedna z tragedii, które Amerykanom niezwykle trudno uznać.”[7]

Indianie i polityka etnocydu

Ponieważ termin ludobójstwo znajduje się „poza językiem głównego nurtu”, wielu antropologów i historyków skłania się do przeświadczenia, iż w odniesieniu do sytuacji w Nowym Świecie, nie tyle o ludobójstwie należy mówić, ile o zagładzie kultury. Raphael Lemkin, definiując pojęcie genocydu, rozumiał je w sposób szeroki, jako eksterminację fizyczną, której towarzyszy rozbicie struktur politycznych i społecznych, zniszczenie kultury i języka. Ponieważ ta szeroka definicja ludobójstwa nie została przez ONZ przyjęta, odróżnia się dziś od siebie genocyd i etnocyd. Etnocyd to metodyczne i zaplanowane niszczenie kultury zawojowanych ludów, rozbicie tkanki rodzinnej i społecznej, unicestwienie wierzeń, obrzędów i legend, wykorzenienie języka i sztuki. Ludobójstwo niszczy ludzi fizycznie, etnocyd to zniszczenie ich duszy. Widząc we własnej kulturze ukoronowanie wszystkich kultur, we własnej religii źródło szczęścia i zbawienia, przybyli do Nowego Świata Europejczycy czuli się całkowicie uprawnieni do narzucania tubylcom swoich wartości, swojego sposobu życia i myślenia. Kultury indiańskie nie mogły przetrwać. Od XVI do XX wieku państwa kolonialne sięgały po wszystkie środki konieczne do realizacji programu zniszczenia tubylczych społeczeństw i zaprowadzenia własnych porządków. Indianom zabierano ziemie, zmuszano ich do pracy w nieludzkich warunkach w kopalniach i na plantacjach, sprzedawano w niewolę, osadzano w tzw. encomiendach, zabraniano praktyk religijnych, stosowano kary za używanie własnego języka, karano jak zbrodnię przywiązanie do tubylczych wartości, rozdzielano rodziny, dzieci umieszczano w instytucjach religijnych, by wychować je w nienawiści do własnych tradycji, ludzi zamykano w rezerwatach, deportowano na cudze ziemie. Tubylcom nie zostawiono wolnego wyboru między własną kulturą, a kulturą najeźdźców. Zostawiono im wybór, jaki znajduje człowiek przyparty do muru: przeżyjesz pod warunkiem, że się zmienisz. Dla bardzo wielu Indian jedna i druga możliwość oznaczała śmierć. „Zabij Indianina, uratuj człowieka” to dewiza kulturowego terroryzmu Europejczyków. Zawarte w niej założenie, że warunkiem koniecznym człowieczeństwa jest chrystianizacja i cywilizacja, to horrendalny błąd europejskiej myśli, za który tubylcy zapłacili stosami trupów. Indiańskość nie mogła przetrwać. Czy trzeba wyostrzać perspektywę, żeby dojrzeć, że wobec polityki etnocydu wszyscy Indianie byli i są ofiarami?

Etnocyd i genocyd wypływają z przekonania, że inność jest zła, jest chwastem, który należy wyrwać, monstrum, które należy unicestwić. Zestawiając te dwie praktyki, Pierre Clastres zauważa: „Nie chodzi o to, by orzekać, które zło jest mniejsze: odpowiedź jest zbyt oczywista. Zawsze lepiej mniej barbarzyństwa niż więcej barbarzyństwa”[8]. „Mniej barbarzyński” etnocyd zakłada, że zapomniane przez Boga, upodlone istoty są reformowalne, że można zrobić z nich ludzi. Stawia na przebudowę człowieka, jest więc — mówi Clastres — „optymistyczną wersją” zagłady inności. Ludobójstwo, które wyklucza możliwość przebudowy, jest jej „wersją pesymistyczną”. Obie wersje zasadzają się na arbitralnych definicjach człowieka. I obie są zbrodnią. Dla nazistów Żydzi stanowili zło absolutne. Indianom, w perspektywie etnocydu, dano szansę na przeżycie. Czy naprawdę i czy wszystkim? To, że działania Białych na kontynencie amerykańskim nastawione były na metodyczne niszczenie indiańskich kultur, nie znaczy, że nie miały nic wspólnego z ludobójstwem. W praktyce te dwie wersje eliminowania inności zazębiają się i uzupełniają.

Etnocyd towarzyszy ludobójstwu, ludobójstwo leży w podtekście etnocydu. Jest planem B, na wypadek gdyby plan A nie zadziałał, realizowanym najczęściej równolegle do planu A. Plan A przewidywał zniszczenie indiańskiej duszy. Problem w tym, że Indianie przy swojej duszy twardo obstawali i pomimo ultimatum „nie przeżyjesz, jeśli się nie zmienisz”, zmieniać się nie chcieli. Rewolty, powstania, bunty, ucieczki z plantacji, kopalń i rezerwatów naznaczyły historię kolonizacji. Gdy ludzi nie daje się przerobić na własne podobieństwo, gdy okazują się niereformowalni, zaczyna się ich tępić. Wyrazili to dobitnie hiszpańscy misjonarze w odniesieniu do Indian Seri: „Dopóki cała ich rasa nie wygaśnie, pokój na tych ziemiach będzie niemożliwy”[9]. Grupa po grupie, powstania Indian były tłumione, wioski masakrowane, renegaci likwidowani. Rugowanie indiańskich kultur szło po grudzie i ... po trupach. W szybkim tempie tubylcze ludy znikały z mapy Nowego Świata. Z każdym z nich płonęła na stosie jego kultura.

Z całą pewnością dramatyczny spadek liczebności indiańskich ludów nie jest jedynie wynikiem masakr. Jest w dużej części rezultatem chorób przywleczonych z Europy, wobec których tubylcy byli bezbronni. Ten właśnie czynnik podkreślają antropologowie z „Tawacinu”, protestując przeciw zrównaniu depopulacji indiańskiej z ludobójstwem. „Nie mamy wątpliwości — piszą — że proces zmniejszenia się populacji indiańskiej wyglądał tak, jakbyśmy mieli do czynienia z ludobójstwem: licząc w skali dwóch kontynentów, na przełomie XIX i XX wieku żyło już jedynie 15% populacji indiańskiej wieku XV. Jest to strata ogromna [...] Nie kwestionujemy tych dowodów. To, co martwi, to interpretacja, która zrównuje zjawisko depopulacji indiańskiej z tak specyficzną formą ludobójstwa, jaką jest holokaust. Jest to ogromne nadużycie, na które nie możemy przystać”[10] Jeszcze trudniej przystać na podobne rozumowanie. Nawet jeśli większość Indian zmarła w wyniku nieintencjonalnie rozprzestrzeniających się chorób, nie jest to żadnym dowodem na to, że na kontynencie amerykańskim nie doszło do ludobójstwa. Owe 85%, które zabrała kolonizacja Ameryki, przekłada się na 65 do 70 milionów ludzi. Te monstrualne liczby nie są tylko statystyką. Kryją się za nimi dramaty, których przyczyną są zarówno choroby, jak i zbrodnie.

Ludobójstwo

Praktykowane od wieków ludobójstwo było do naszych czasów zjawiskiem nienazwanym. Nazwę otrzymało dopiero w wieku XX. Słowo to ukute zostało przez amerykańskiego prawnika, polskiego Żyda, Raphaela Lemkina. Użyto go w procesie norymberskim w oskarżeniu o zbrodnie popełnione na Żydach. W 1946 roku, gdy Europa leżała jeszcze w gruzach, rezolucja Zgromadzenia Ogólnego ONZ określiła, co należy rozumieć przez ludobójstwo. Na rezolucji tej oparła się Konwencja ONZ w Sprawie Zapobiegania i Karania Zbrodni Ludobójstwa podpisana 9 grudnia 1948 roku. W swej pierwszej wersji z 1947 roku Konwencja przewidywała artykuł definiujący zbrodnię etnocydu, który w ostatecznej wersji się nie pojawił[11]. Na mocy tej Konwencji neologizm ludobójstwo wszedł do języka prawnego.

Oto fragment Konwencji. Definicja ludobójstwa zawarta jest w artykule drugim:

„Umawiające się Strony po rozważeniu zawartej w rezolucji Ogólnego Zgromadzenia Narodów Zjednoczonych Nr 96/I z dnia 11 grudnia 1946 r. deklaracji, stwierdzającej, że ludobójstwo jest zbrodnią w obliczu prawa międzynarodowego, sprzeczną z duchem i celami Narodów Zjednoczonych i potępioną przez świat cywilizowany;

uznając, że we wszystkich okresach historycznych ludobójstwo wyrządziło ludzkości wielkie straty;

w przekonaniu, że międzynarodowa współpraca jest konieczna dla uwolnienia ludzkości od tej ohydnej klęski;

zgadzają się na poniższe postanowienia:

Artykuł I. Umawiające się Strony potwierdzają, że ludobójstwo, popełnione zarówno w czasie pokoju jak podczas wojny, stanowi zbrodnię w obliczu prawa międzynarodowego, oraz zobowiązują się zapobiegać tej zbrodni i karać ją.

Artykuł II. W rozumieniu Konwencji niniejszej ludobójstwem jest którykolwiek z następujących czynów, dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, jako takich:

a) zabójstwo członków grupy,

b) spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy,

c) rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego,

d) stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy,

e) przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy.”[12]

Choć termin ludobójstwo zdefiniowany został dopiero po drugiej wojnie światowej, sama Konwencja uznaje, że zjawisko ludobójstwa istniało we wszystkich okresach historycznych i wyrządziło ludzkości wielkie straty. Warto się zastanowić, dlaczego stara i znana praktyka doczekała się prawnej definicji i oficjalnego potępienia dopiero po ludobójstwie dokonanym w Europie. Można wysunąć przypuszczenie, że jeśli wcześniej owego zjawiska nie nazwano, to dlatego że mało kto odczuwał potrzebę, żeby się nim oburzać. Masakry ludów dokonywane przez Europejczyków na innych kontynentach — żeby pozostać przy naszej tradycji — były racjonalnie usprawiedliwione, uznane za konieczne i tolerowane. Zjawisko dostrzegano, ale w innych kategoriach. Koncentrowano się bardziej na korzyściach, jakie niosła kolonizacja, niż na zbrodniach, które się za nimi kryły. Lemkin ukuł termin ludobójstwo, gdyż szukał wyrazu na określenie zbrodni popełnionej przez Turków na chrześcijańskich Ormianach, która wstrząsnęła wrażliwością Europejczyków. Dziesięć lat wcześniej — zauważa Louis Sala-Molins — Niemcy wyrżnęli w południowo-zachodniej Afryce 65 tys. pasterskich Hererów, nie poruszając zbytnio europejskiej wrażliwości[13]. Podobnie miliony Indian spisano na straty bez świętego oburzenia i zbędnych emocji. Nieliczne głosy sprzeciwu i potępienia nie są w stanie usprawiedliwić ogólnej obojętności. Trzeba było, by rasizm zaowocował eksterminacją prawie sześciu milionów Żydów w Europie, żeby zachwiać świadomością Europejczyków, wyrwać ją z etycznej drzemki i doprowadzić do protestu, przynajmniej przeciw ludobójstwu popełnionemu w Europie.

Autorzy artykułu „Rozumieć, nie oceniać” zaznaczają, iż wiele jest definicji ludobójstwa, „wszystkie jednak zakładają dwa elementy: działanie w celu wyniszczenia określonej grupy ma być ŚWIADOME i ZAPLANOWANE, w realizacji zadania MUSZĄ być użyte instytucje państwa”[14]. Definicji jest rzeczywiście dużo, co wynika z faktu, że definicja przyjęta przez Konwencję mało kogo zadowala. Dla jednych jest zbyt wąska i zostawia nieprzebrane morze cierpień poza prawną granicą określającą zasięg odpowiedzialności i... współczucia. Dla innych nie może być szersza, gdyż postawiłaby w stan oskarżenia kraje, które do niczego poczuwać się nie zamierzają. Konwencja w Sprawie Zbrodni Ludobójstwa podpisana została przez zwycięskie potęgi, których sytuacja w momencie jej podpisania nie była zupełnie jasna ani czysta. W Stanach Zjednoczonych człowieczeństwo ludzi kolorowych nie było człowieczeństwem ludzi białych, co unaoczniało się legalną segregacją rasową, sterylizacją indiańskich kobiet, niszczeniem indiańskości w szkołach z internatami. W Związku Radzieckim tych, którzy nie dojrzeli do człowieczeństwa, masowo zamykano w gułagach, a Brytyjczycy i Francuzi twardo trzymali pod butem kolonizowane narody, których człowieczeństwo było od zawsze wątpliwe. W obliczu podobnych faktów definicję ludobójstwa należało ująć tak, by nie objęła tego barbarzyństwa, które „cywilizowany świat” tolerował. Żeby ocenić głębię potępienia ludobójstwa przez Konwencję, — podkreśla Louis Sala-Molins — należy pamiętać o kontekście historycznym, w jakim ta powstała[15]. Przyjęta definicja mówi o zbrodniach na grupach narodowych, etnicznych, rasowych i religijnych, z wyłączeniem grup społecznych, politycznych i płciowych. Związek Radziecki, obecny w Norymberdze i w ONZ, nigdy na podobne ujęcie by się nie zgodził. Jeśli chodzi o wyłączenie z definicji praktyk eugenicznych, można je wytłumaczyć obawą wielu państw przed koniecznością wzięcia odpowiedzialności za aplikowane, bez wiedzy zainteresowanych, sterylizacje[16]. Nie trudno odgadnąć, dlaczego artykuł o etnocydzie nie znalazł się w ostatecznej wersji Konwencji. Zbyt wąskie ujęcie definicji ludobójstwa sprawia, że do dziś morderstwa Pol Pota i Czerwonych Kmerów w Kambodży nie są za ludobójstwo uznane, Pol Pot bowiem miał fantazję wyrzynać nie grupy etniczne i religijne, lecz własny naród. Definicja ludobójstwa została ustalona pod wyraźnym wpływem zbrodni popełnionych na Żydach, miała też wzgląd na interesy sygnatariuszy, co sprawia, że pojęcie ludobójstwa do tej pory nie jest jasne. Z tych między innymi powodów nie ustają wokół niej polemiki.

Definicja ludobójstwa zawarta w artykule drugim Konwencji, a zacytowana wyżej, nie mówi, iż za ludobójstwo należy uznać czyny zaplanowane, zorganizowane i przeprowadzone przez instytucje państwowe. Przyjaciele Indian z „Tawacinu” te właśnie warunki wielkimi literami podkreślają, bo te właśnie warunki, według nich, pozwalają zbrodnie na Indianach pozostawić poza wszelkim podejrzeniem. Można zrozumieć interes państw europejskich i Stanów Zjednoczonych, żeby tak, a nie inaczej tę definicję ująć i rozgrzeszyć się raz na zawsze ze wszystkiego. Trudno jednak zrozumieć pośpiech, z jakim przyjaciele Indian spod znaku „Tawacinu” sięgają po te właśnie argumenty, by oddalić tezę o ludobójstwie, nie podejmując głębszej refleksji nad sensem definicji, wokół której toczą się głośne spory. Wolą sprowadzić wyniszczenie milionów amerykańskich tubylców do katastrofy bakteriologicznej i bez wahania stwierdzić: „Zrównoważenie procesu depopulacji indiańskiej z holokaustem to język polityki. Należy do dzisiejszego świata, świata dyskursu nastawionego na osiągnięcie korzyści ekonomicznych, politycznych, emancypacyjnych etc.”[17] Trudno przejść do porządku dziennego nad złą wolą tego stwierdzenia. Trudno też nie zauważyć, że stoi ono w jawnej sprzeczności z nawoływaniem tychże antropologów, by nie odbierać Indianom „prawa do własnej wizji wydarzeń”[18]. Wygląda na to, że prawo to przysługuje Indianom dopóty, dopóki ich wizja wydarzeń pokrywa się z naszą. Prawda zwyciężonych nie jest jednak prawdą zwycięzców. „Gdyby zwyciężeni napisali historię swojej klęski, — mówi Sala-Molins — zwycięzcom przy jej lekturze na myśl by nie przyszło, że jest to historia ich zwycięstwa”[19].

Należy się niemniej zastanowić, czy definicja ludobójstwa zakładająca działanie świadome i zaplanowane, do którego użyte są instytucje państwa, rzeczywiście eliminuje odpowiedzialność państw kolonialnych za zbrodnie popełnione na Indianach w Ameryce. Czy zbrodnia musi odbywać się dokładnie w takich samych warunkach jak zagłada Żydów, by można ją uznać za ludobójstwo? W Europie drobiazgowa organizacja „ostatecznego rozwiązania”, ścisły plan, wyraźne rozkazy, dyspozycyjny aparat biurokratyczny, przygotowanie techniczne i psychologiczne były konieczne, żeby mogła ruszyć i działać hitlerowska maszyna śmierci. Potrzebne było scentralizowane państwo i stan wyjątkowy, rozpętanie wojny i zgniecenie podbitych krajów. Zakorzeniony i podsycany antysemityzm stanowił niewątpliwie warunek konieczny przedsięwzięcia i ułatwił jego realizację, niemniej plan i organizacja były niezbędne do jego uruchomienia i szybkiego przeprowadzenia. Hitlerowcy nie informowali światowej opinii publicznej o obozach zagłady, słusznie przypuszczając, że owa niewiedza usprawni łapanki, transporty, czy wręcz kooperację pobitych państw. To w tym sensie — mówi Zygmunt Bauman — ludobójstwo Żydów jest zjawiskiem wyjątkowym. Jest bowiem ludobójstwem nowoczesnym, opartym na inżynierii społecznej mającej na celu stworzenie idealnego społeczeństwa, dokonanym w oparciu o nowoczesną technikę i sprawnie działający aparat biurokratyczny[20]. Inaczej wyglądało to w Ameryce. Europejczycy, bez względu na narodowość i religię, czuli się uprawnieni nie tylko do metodycznego niszczenia materialnej kultury Indian, tak by nie został kamień na kamieniu, do rozbicia ich gospodarki i tkanki społecznej, ale i do fizycznej eksterminacji ludów, którym odmówiono godności i człowieczeństwa. Rezultatem tego były masakry, lincze, podstępy, podawanie zatrutej żywności, rozrywanie bojowymi psami, palenie żywcem. Jeśli nie istniał ścisły plan eksterminacji, to dlatego, że nie był potrzebny. Maszyna śmierci ruszyła i doskonale działała sama. A państwom Europy, a później Ameryki wystarczyło przymknąć oczy i na gwałty zezwolić. Nie istniała spójna, zdecydowana polityka, by rozboje zwalczać, zbrodnicze rozkazy karać, a cywilów mordujących Indian pociągać do odpowiedzialności. Zezwolenie na morderstwa, tolerowanie morderstw, jest taką samą zbrodnią jak ich organizowanie. Zbrodnie przeciw ludzkości są zawsze zbrodniami zbiorowymi, popełnionymi za zgodą Państwa, bądź przez nie tolerowanymi. Instytucje państwowe czynnie i świadomie współdziałały przy eksterminacji Indian. Wojsko bezkarnie wydawało rozkazy typu: „Użyjcie wszystkich środków, by Indian nakłonić do zawarcia pokoju. Gdy zostaną zgrupowani, zabijcie wszystkich dorosłych, a dzieci sprzedajcie, żeby zwróciły się wam koszty” (John Baylor, 20 marca 1862)[21]. „Ci Indianie muszą być zgładzeni co do jednego. Użyjcie wszystkich ludzi, których macie do dyspozycji. Przeszukajcie każdą piędź ziemi, przetrząśnijcie wszystkie ich kryjówki” (Joseph West, czerwiec 1863)[22]. Gubernatorzy ustanawiali ceny za skalpy mężczyzn, kobiet i dzieci, co stanowiło prawdziwą gratkę dla wszelkiej maści szubrawców szukających pewnego zarobku. Tzw. Piąta Ustawa stanu Chihuahua w Meksyku z roku 1849 była prawnym zezwoleniem na masakry. Każdy człowiek, bez względu na obywatelstwo, mógł zostać upoważniony przez władze stanu do eksterminacji Apaczów. Legalne polowanie na indiańskie skalpy było dla wielu bardziej opłacalne niż poszukiwanie złota[23]. Czcigodni obywatele, przy pełnym poparciu władz cywilnych, organizowali ekspedycje karne kończące się masakrami. Prasa pogranicza stanowiła trybunę nienawiści i rasizmu, zagrzewając do ludobójczych ekspedycji. Wymiar sprawiedliwości ani tych rozkazów, ani masakr nie karał. Mieszkanka Kalifornii notuje: „Same opowiadania o niesprawiedliwościach, prześladowaniach i morderstwach na Indianach przez ostatnie trzydzieści lat wzdłuż Wybrzeża Pacyfiku wypełniłyby cały tom książki, i byłyby zbyt straszne, by można w nie uwierzyć”[24]. W tym samym duchu pisze Las Casas: „Język, wiadomości i umiejętności ludzkie nie zdołają wyrazić przerażających zbrodni, które w różnych okolicach jednocześnie i w różnych czasach popełnili w tamtej krainie nieprzyjaciele rodu ludzkiego”[25]. I dalej, w swej książce mówiącej o wyniszczeniu, dziś powiedzielibyśmy eksterminacji, Indian: „Zdobywcy zaczęli popełniać wielkie zbrodnie, grabić, brać w niewolę, ciężko obrażać Boga, a i dziś nie przestają tego robić i już prawie całkowicie wyludnili całe trzysta mil, które jak wspomniałem, były tak ludne i rojne”[26].

Antropologowie z „Tawacinu” nie chcą widzieć w Indianach ofiar. Wolą dostrzegać w nich ludzi, którzy „odgrywali rolę aktywną, dominowali, mieli wpływ na los własny i tych, którzy do Ameryki przybyli, swych sojuszników lub wrogów”[27]. Stąd do sugestii, że Indianie sami sobie zgotowali ten los, nie jest daleko. Próba zrzucenia na ofiary części odpowiedzialności za zbrodnie nie jest nowością. Czy Indianie rzeczywiście mieli wpływ na los własny? Czy rzeczywiście można ich przedstawiać jako sojuszników najeźdźców w pełnym tego słowa znaczeniu? Przez długi czas amerykańscy tubylcy nie byli świadomi tego, iż stoją w obliczu totalnej wojny wydanej ich rasie, kulturze i światu. Godząc się na traktaty i rozejmy, z których żaden nie został dotrzymany, wierząc w rzucane na wiatr przyrzeczenia, sądzili, iż wobec wiszącego nad nimi zagrożenia, będą mogli uratować siebie, swoją rodzinę, grupę. Kolonizatorzy bezbłędnie wykorzystywali rywalizacje międzyplemienne, by rzucać jednych Indian przeciw drugim, i dzieląc, realizować swe cele. W przeciwieństwie do tubylców, świadomi byli dalekosiężnego projektu zawojowania i podporządkowania sobie kontynentu, oraz globalnego planu unicestwienia rdzennych kultur. To właśnie świadome wykorzystanie tubylców przy realizacji planu zniszczenia tubylczego świata obnaża zorganizowany charakter przedsięwzięcia. Mechanizm współpracy ofiar z oprawcami podczas zagłady Żydów szeroko analizuje Zygmunt Bauman. Zauważa, że nie do pomyślenia byłaby kooperacja ofiar ze sprawcami irracjonalnych pogromów. Natomiast ich kooperacja z biurokratami z SS była nie tylko częścią planu, ale stanowiła podstawowy warunek jego sprawnego przeprowadzenia.[28] Tę współpracę otrzymywano, zmuszając przypartych do muru ludzi do dokonywania racjonalnych wyborów w sytuacji, gdy jedyną alternatywą było życie albo śmierć.

Autorzy wymienionego artykułu zaznaczają w końcu: „Nie chcemy powiedzieć, że Indianie nie byli zabijani, spychani, przesiedlani. Celem tych działań jednak nie była chęć wymordowania Indian jako rasy ludzi. Cele były inne, zgodne z duchem epoki i interesem stron”[29]. Aż chciałoby się dorzucić: jeśli chcesz zabijać i pragniesz, by uszło ci to na sucho, zastanów się dobrze nad celem, w imię którego będziesz zabijać. Pewne cele są doszczętnie skompromitowane, inne zrozumiałe i do przyjęcia. Rosa Amelia Plumelle-Uribe, pół Indianka, pół Murzynka, kolumbijska pisarka i adwokatka, zauważyła, że europejscy i amerykańscy historycy i ideolodzy posunęli cynizm tak daleko, że bez mrugnięcia okiem zdolni są utrzymywać, iż jeśli przyczyną zbrodni jest grabież ziem i chęć zysku, zbrodnie te są niejako usprawiedliwione i w żadnym wypadku nie można ich podciągać pod kategorię zbrodni przeciwko ludzkości. Nieważne, że ofiarą padły miliony mężczyzn, kobiet i dzieci. Jeśli polityka zagłady grup ludzkich nie wyrażała expressis verbis zamiaru ich eksterminacji, nie można nazywać jej zbrodnią przeciwko ludzkości, a już na pewno nie ludobójstwem. To podporządkowanie wszelkich wartości żądzy złota i potędze bogactwa naznaczyło umysły ludzi Zachodu do tego stopnia, że łatwo akceptuje się najgorsze masakry, jeśli te wytłumaczyć można względami ekonomicznymi. Pisarka zauważa, że aby w 1945 roku można było uzyskać w świadomości Europejczyków totalne potępienie zbrodni hitlerowskich, trzeba było wymyślić kłamstwo o braku czynników społecznych i ekonomicznych w ideologii narodowego socjalizmu. Uznanie ich mogłoby wystarczyć, by ludzie Zachodu zaczęli pomniejszać poczynania nazistów[30]. Można też wysunąć twierdzenie, że jeśli dziś podkreśla się tak mocno brak czynników ekonomicznych w działaniach hitlerowców, to również dlatego by wyraźnie odgrodzić zbrodnie, których sprawcy zostali skazani i potępieni, od zbrodni, które pragnie się usprawiedliwić.

Należy jednak podkreślić, że nawet jeśli celem zdobywców było zawładnięcie kontynentem, grabież ziem i bogactw, jeśli gnała ich gorączka złota, to chęć wybicia Indian jako rasy nie była obca ani kolonistom, ani generałom. „Dobry Indianin to martwy Indianin”, ta maksyma przypisywana generałowi Shermanowi, odzwierciedla powszechne nastawienie do tubylców. Przykładem liczne zbrodnie popełnione na Indianach, którzy się nawrócili, „ucywilizowali”, żyli po bożemu, a których mordowano. Nie wystarczyło przebudować Indianina, by zrobić zeń człowieka. Etnocyd, optymistyczna wersja niszczenia inności, jest teoretyczną wersją „pięknoduchów” i „humanistów”. W praktyce wyglądało to inaczej. „Zabij Indianina, by ocalić człowieka” oznaczało przyzwolenie na zbrodnie. Rosa Amelia Plumelle-Uribe dowodzi w swych pracach, że oficjalne uznanie niższości tubylców, polityka nienawiści i pogardy państw kolonialnych musiała prowadzić do zakodowania w świadomości społecznej przyzwolenia na eksterminację, i w rezultacie do ludobójstwa[32]. Pisarka relacjonuje bulwersujący fakt, który wydarzył się czterdzieści lat temu, w 1967 roku w Kolumbii. Przykład jest tak znaczący, że go pokrótce przytoczę.

Pracownicy fermy „La Rubiera” zauważyli płynące rzeką łodzie wiozące 18 Indian, kobiety, mężczyzn i dzieci. Nawiązali z płynącymi rozmowę, zaprosili ich do siebie na posiłek. Gdy Indianie rozsiedli się przed domem, gospodarze na dany sygnał rozpoczęli masakrę. Z 18 Indian uratowało się dwóch, którzy dobrnęli do swej wioski i dali znać o zbrodni. Gdy w wyniku interwencji organizacji humanitarnej po trzech tygodniach przybyła na fermę komisja śledcza, uradowani pracownicy prześcigali się w opowiadaniu o tym, kto kogo i jak zabił, szczerze przekonani, że zostaną za to wynagrodzeni. „Niech pan pamięta, to ja zabiłem tę koło kurnika i tamtą przy kuchni. Dobiłem też tego przy ogrodzeniu: dwoje i pół jest dla mnie!” Przesłuchania i proces sprowadziły tych ludzi na ziemię. W śledztwie okazało się, że sprawcy morderstw są niepiśmiennymi chłopami, pobożnymi, uczciwymi, szczerze przekonanymi, iż kradzież i zabójstwo są zbrodnią. Tyle że od urodzenia wpajano im, tak jak wpajano chrześcijanom z pokolenia na pokolenie, że Indianie stanowią prawdziwą plagę, a ich zabicie nie jest grzechem. Przez całe życie widzieli, że Indian zabija się jak muchy, i nie przyszło im do głowy, że to może być karalne. Na tych argumentach oparta została obrona tych ludzi. Sam sędzia orzekł: „Ten, kto szuka w tej zbrodni prawdy obiektywnej, odkryje, że nie chodzi tu o zjawisko nowe, ale o problem, który zaczął się w 1492 roku i towarzyszył całemu naszemu życiu instytucjonalnemu.” Sędziowie przysięgli sprawców uniewinnili. „Cóż — konstatuje z goryczą Plumelle-Uribe — ci biedni chłopi byli nosicielami kultury eksterminacji zostawionej w spadku przez Hiszpanię, ale nie byli za nią odpowiedzialni.”[33] Jeśli winni morderstw mogą być niewinni, to kto jest winny? Podczas procesu w Norymberdze uznano, że posłuszeństwo zbrodniczym rozkazom jest zbrodnią. Społeczeństwo przyzwalające na zbrodniczą ideologię jest winne. Zbrodnią była zinstytucjonalizowana polityka pogardy, rasizmu i nienawiści wobec Indian prowadzona w Ameryce przez wszystkie państwa kolonialne, której ludobójcze efekty uwidoczniły się jeszcze w XX wieku w sterylizacji nieświadomych niczego indiańskich kobiet w Stanach Zjednoczonych, czy w masakrach tubylców w Brazylii, czyli w eliminowaniu Indian „jako takich”.

To, co jest szczególnie szokujące w podejściu do zbrodni przeciw amerykańskim tubylcom, to afiszowanie przekonania, że ponieważ ludobójstwo Indian nie jest oficjalnie uznane, nic zdrożnego w Ameryce się nie stało. Czy jedynie zbrodnie, które nasze prawo zalicza do najcięższych, zdolne są poruszyć naszą wrażliwość? To również ten rozziew między pamięcią ludów tubylczych o gehennie, którą przeżyły, a naszym niefrasobliwym do niej podejściem sprawia, że tubylcy tak mocno prą do prawnego uznania zbrodni przeciw nim popełnionych. Widzieć w tym działalność „nastawioną na korzyści ekonomiczne” jest wyrazem ślepoty na to wszystko, do czego pamięć tych ludów się odwołuje.

Odrzucenie tezy o ludobójstwie idzie często w parze z protestem przeciw zestawieniu zbrodni na Indianach z zagładą Żydów. Taki protest wyrażają antropologowie z „Tawacinu”. Powstaje pytanie, czy słuszne jest oddzielanie od siebie tych tragedii. Czy między ludobójstwem oficjalnie uznanym i ludobójstwami, o których woli się zapomnieć, nie ma żadnych powiązań?

„Hitler jest waszym demonem”

Przez całe wieki człowiek Zachodu żywił się i dziś jeszcze się żywi mitem o ludzkości wyłaniającej się z barbarzyństwa i doskonalącej się dzięki procesom cywilizacyjnym i racjonalnemu działaniu. Kultura zachodnia przedstawiała swoją walkę o dominację nad światem jako świętą wojnę cywilizacji z barbarzyństwem. W powszechnym przekonaniu człowiek cywilizowany to taki, któremu obca jest wszelka brutalność, gwałtowność i okrucieństwo. Zagłada Żydów dokonana w sercu Europy postrzegana jest z tej perspektywy jako nagłe i niezrozumiałe załamanie się cywilizacji. Ian Kerschaw wyraża to przekonanie w formie pytania: „Jak to możliwe, by tak brutalne, nie mające żadnego precedensu załamanie się cywilizacji mogło się zdarzyć w kraju uprzemysłowionym, nowoczesnym i wysoko rozwiniętym?”[34] Do podobnego wniosku dochodzi Hannah Arendt, pisząc, że „nazizm to załamanie się tradycji niemieckich i europejskich, tak dobrych jak i złych”[35]. Założenie, iż nazizmu nie można zrozumieć, jest groźne. Jeśli nazizm jest nieprzewidywalny, wszelkie próby zapobiegania podobnym zbrodniom stają się niemożliwe.

Zupełnie inaczej podeszli do problemu Theodor Adorno, Claude Lévi-Strauss, czy Zygmunt Bauman. Widzą oni w nazizmie konsekwencję myśli europejskiej i praktyczną aplikację niektórych jej intelektualnych odkryć. Lévi-Strauss ujmuje problem szeroko. Dostrzega źródło wielkich wojen eksterminacyjnych i monstrualnego niszczenia kultur innych od naszej w aroganckiej, agresywnej koncepcji człowieka ukutej przez europejski humanizm, według której „człowiek jest panem i władcą stworzenia, a cała reszta jest do jego dyspozycji”[36]. Podstawą takiej koncepcji jest niewątpliwie judeochrześcijańska wiara, iż człowiek stworzony został na podobieństwo Boga, a ziemia została mu „poddana”. Humanistyczne idee czyniące niepokornego człowieka odniesieniem wszystkiego, powstawały w momencie, gdy sama wiara zaczęła się kurczyć. Z jednej strony Kościół afirmował się jako polityczna i ekonomiczna potęga, stojąc w jaskrawej sprzeczności z głoszonymi zasadami, zalecana przez teksty kontemplacja ustępowała miejsca ekonomicznej aktywności, rytuały nabierały charakteru formalności, a moralność stawała się hipokryzją. Z drugiej, w reformacyjnym ferworze, w proteście przeciw nadużyciom papiestwa, zaczęto poddawać doktryny wolnej interpretacji, zdając się na ludzki rozum. Człowiek stał się panem i władcą stworzenia nie „jako istota żyjąca, ale jako istota myśląca”[37]. Dzięki racjonalnemu myśleniu, aktywności, naukowemu opanowywaniu natury, człowiek poczuł się zdolny do kreowania własnego szczęścia i szczęścia innych. I tak jak chrześcijaństwo nie przewiduje zbawienia poza wiarą, kultura zachodnia nie przewiduje szczęścia poza cywilizacją. Chrześcijaństwo i ów skrajny humanizm uczyniły ją wyjątkowo agresywną. Rycerz krzyżowy i konkwistador podali sobie ręce. Odkrycie Ameryki tę tendencję obnażyło. Najpiękniejsze wynalazki Renesansu, odnowienie pojęcia wartości i godności ludzkiej, nadanie człowiekowi należnych mu praw, ograniczone zostały do człowieka białego, a zanegowane w odniesieniu do ludów w Ameryce, Afryce, Australii i Azji. Człowiek jako istota myśląca ograniczony został do Europejczyka. Oświecenie nie osłabiło bynajmniej tej groźnej koncepcji człowieka. Człowiek znalazł potwierdzenie swej wielkości w racjonalizmie, kiedy to cała inteligencja świata sprowadzona została do ludzkiego rozumu, a nowym kultem stała się nauka. Naukowe poznawanie świata przyzwalało na racjonalne rozważania nad hierarchią istot żywych, co dało początek przekonaniu o nierówności ras i znalazło szybko praktyczne zastosowanie, czego wyrazem stał się „Czarny Kodeks” w odniesieniu do Murzynów, czy system encomienda w odniesieniu do Indian. Wydany w 1685 roku we Francji „Czarny Kodeks” nadawał Murzynowi prawny status ruchomości, nabywalnej, zbywalnej, podlegającej transakcjom. Ten akt prawny dekretujący do czego Murzyn nie ma prawa, wyrósł z przekonania o absolutnej wyższości człowieka białego, roszczącego sobie prawo do naukowego analizowania stopnia człowieczeństwa podbitych ludów. Na długo przed rasistowskimi teoriami osiemnastowieczny naturalista George Buffon opracował hierarchię ras. Dla Buffona Biały był doskonałością etyczną i estetyczną, Murzyn natomiast stanowił zwyrodnienie człowieka białego i umieszczony został na samym dole drabiny ras. Podobny podział na rasę wyższą i niższe skrupulatnie opisał i uzasadnił osiemnastowieczny przyrodnik Karol Linneusz. Przekonanie o wyższości białego człowieka nad resztą ludzkości, legło u bazy europejskich teorii rasistowskich, którym pomogła się wykluć naukowa teoria ewolucji. Osiągnięcia cywilizacyjne i wiara w rozum nie pozwoliły Europejczykom zrozumieć, że indiańskie, i w ogóle tubylcze kultury, bogate są w najistotniejsze wartości.

Adorno zastanawia się nad istotą racjonalizmu, niemieckiego idealizmu i krytycyzmu Kanta, spadkobierców po Oświeceniu, które nie były bez związku z hitlerowską maszyną administracyjną i biurokratyczną, aby dojść do wniosku, że „rozum jest totalitarny”[38] i zapytać, czy po doświadczeniu Auschwitz kultura zachodnia może jeszcze beztrosko funkcjonować. To co Adorno rozważa na płaszczyźnie filozoficznej, Zygmunt Bauman analizuje jako socjolog i krok po kroku dowodzi, że jedynie nowoczesna zachodnia cywilizacja mogła doprowadzić do zjawiska takiego jak holokaust[39]. Bauman podkreśla rozziew, jaki racjonalność wprowadziła między pragmatyczne działania, a moralność. Nauka, technika, odkrycia, stały się wartością samą w sobie. Inne wartości odesłane zostały do sfery subiektywnej. Myśl i działania poddano rachunkowi skuteczności i ekonomii. Ludzie uwierzyli w wyższość rachunku opłacalności nad regułami etycznymi. Uznają dziś odpowiedzialność zawodową, techniczną, a przymykają oczy na odpowiedzialność moralną. Bauman formułuje i udowadnia bulwersujące twierdzenie: „Proces cywilizacji polega na wyzwalaniu racjonalności z wszelkiego wpływu norm etycznych i zahamowań moralnych. Stłumienie moralności jest podstawowym warunkiem sukcesu racjonalizacji”[40]. Moralna nędza cywilizacji chrześcijańskiej, którą analizował Andrzej Wala[41], jawi się więc między innymi jako rezultat coraz większego rozziewu między kulturą duchową, a racjonalną, naukową, techniczną cywilizacją, jest jednocześnie wyrazem wielkiej słabości tej kultury.

Adorno i Bauman analizują zjawisko zagłady Żydów w kontekście filozofii europejskiej, Kerschaw i Arendt odmawiają mu jakiejkolwiek tradycji. Wszyscy oni czynią z tego dramatu dramat Starego Kontynentu. Nie rozpatrują implikacji europejskiej myśli, czy też europejskich przesądów poza Europą. Implikacje te doskonale natomiast dostrzegł etnolog Claude Lévi-Strauss, teolog René Guénon, a przede wszystkim autochtoniczne ludy, które spod urazów fizycznych i psychicznych spowodowanych europejskim rozumowaniem, do tej pory się nie wydobyły. Monstrualność poczynań ludzi Zachodu oczywista jest dla Aimé Césaire’a, francuskiego poety z Martyniki, potomka murzyńskich niewolników, który obnażył ją w słynnej rozprawie z 1950 roku oskarżającej kolonializm:

„Tak, warto sobie zadać trud klinicznej, drobiazgowej analizy postępowania Hitlera i hitleryzmu, i wyjawić dystyngowanemu, humanistycznemu, chrześcijańskiemu mieszczaninowi XX wieku, że nosi on w sobie utajonego Hitlera, że Hitler jest w nim, że Hitler jest jego demonem, że jeśli dziś oskarża on Hitlera, to wbrew wszelkiej logice, że w gruncie rzeczy jeśli czegoś nie może Hitlerowi wybaczyć, to nie tyle zbrodni jako takiej, zbrodni przeciwko człowiekowi, poniżenia człowieka w ogóle, ale zbrodni przeciwko człowiekowi białemu, tego że zastosował w Europie postępowanie kolonialistów, którego doświadczali dotąd jedynie Arabowie w Algierii, indyjscy kulisi, afrykańscy Murzyni”[42]. I amerykańscy Indianie.

Ludobójstwo towarzyszyło postępowaniom Europejczyków w Ameryce, Afryce, Australii i Azji. Przez pięć wieków kolonizacji — mówi Sala-Molins — chrześcijańskie państwa dopuściły się wszystkich form ludobójstwa wymienionych w artykule drugim Konwencji[43]. Przyzwolenie na zbrodnie musiało odbić się na samych Europejczykach. Podkreśla to Andrzej Wala: „Amerykanin, który powiada, że nie jest odpowiedzialny za zbrodnie przodków, tylko pozornie się rozgrzesza, bo spokój niewinności czyni go nieczułym na kontynuację polityki zagłady w czasach naszych”[44]. Ja sama napisałam kiedyś: „Nie można bezkarnie godzić się na zło. Zezwolenie na grabież, zbrodnię i niesprawiedliwość musiało obrócić się przeciw nam samym. Oswajając się ze zbrodnią, wywracając po kolei wszystkie wartości, przygotowano grunt pod ostateczne rozwiązania ideologii jedynych i prawdziwych. Nie można odrzucać refleksji nad historią z obawy przed pamiętliwością. Gdyby ludzie Zachodu wcześniej zdali sobie sprawę z monstrualności tego, co zrobili amerykańskim tubylcom, gdyby bili na alarm, gdyż rozchwiały się ich wartości, może nie doszłoby tak łatwo, w sercu cywilizowanej Europy, do nowej zagłady”[45].

Aimé Césaire, podobnie jak Rosa Amelia Plumelle-Uribe, widzą logiczną więź między rasistowską polityką Zachodu wobec innych nacji, a rasistowską polityką hitlerowców zastosowaną do rasy białej. Polityka hitlerowców jest przedłużeniem drabiny ras naukowo ustalanej w Europie, od najniżej usytuowanego Murzyna do doskonałego pod każdym względem człowieka białego. Dlaczego, wobec braku oburzenia podobną klasyfikacją jeszcze w XX wieku, wydłużenie tej drabiny i wprowadzenie różnic wśród Białych, od najniżej usytuowanego Żyda do śnieżnej białości Aryjczyka, staje się nagle dla humanistycznych i oświeconych Europejczyków absolutnym skandalem? Dlaczego zestawienie losu amerykańskich Indian i europejskich Żydów wydaje się nadużyciem, na które nie można przystać? Césaire i Plumelle-Uribe widzą w tym hipokryzję Zachodu wobec nazizmu. Banalizując zbrodnie i barbarzyństwo dokonywane od wieków, wszczepiając sobie poczucie wyższości, Zachód upodlił się. Nazizm zastosował do nie-Aryjczyków to, co Biali od wieków stosowali wobec nie-Białych[46].

Trzeba więc było, by zbrodnia ludobójstwa została popełniona w Europie na Europejczykach, żeby mogła uzyskać nominację prawną i pociągnąć za sobą potępienie. Trudno jednak nie zauważyć, że przyjmując Konwencję w sprawie Zapobiegania i Karania Zbrodni Ludobójstwa, definiując ludobójstwo i jego formy, zachodnie potęgi ukręciły bata na siebie. Bo teraz cały świat się dowiedział, że „świat cywilizowany” oficjalnie uznaje pewne praktyki za zbrodnicze, potępia je i karze. To dlatego niewątpliwie prowadzone są boje o semantyczne niuanse definicji, by broń, którą dostały do ręki ludy masakrowane i poniżane nie wypaliła od razu. Broń ta jednak została im dana: opracowana została podstawa prawna pozwalająca nazwać i wytknąć bezkarne dotąd rozboje i okrucieństwa. Nadszedł czas, by uznać, że podbój Ameryki, eksterminacja Indian i handel Murzynami, który w konsekwencji wyniknął, należą do największych zbrodni czasów nowożytnych. Widzieć w tym „język polityki, język dyskursu nastawionego na osiągnięcie korzyści ekonomicznych, politycznych, emancypacyjnych” jest wyrazem woli banalizowania, negowania, zacierania zbrodni popełnianych przez wieki na ludach winnych za to, że nie były białe, chrześcijańskie i „cywilizowane”. Tej prawdy nie można odrzucać pod pretekstem, że rozdrapywanie dawnych ran nic nie daje, że lepiej skoncentrować się na teraźniejszości i projektować przyszłość. Jest to bardzo wygodne podejście beneficjantów podboju, pragnących w pełni zachować jego owoce. Ale z przeszłości trzeba się rozliczyć, trzeba ją uznać. „Obowiązek pamięci” nie dotyczy jedynie ofiar hitlerowskiego ludobójstwa. Zbrodnie przeciwko ludzkości nie są niezamierzonym przypadkiem. Są zawsze zbrodnią państw. Naznaczyły nie tylko miliony osób, których życie stało się koszmarem, ale również kolonizatorów, wszczepiając im rasizm i pogardę do człowieka w ogóle.

Dzięki zdecydowanej walce samych zainteresowanych, czas rozliczeń nadszedł. W 2001 roku Francja uznała handel Murzynami za zbrodnię przeciwko ludzkości. Afrykańscy Herero wywalczyli kompensaty od Niemiec. W roku 2007 ONZ uznała prawo Indian i narodów tubylczych do własnej ziemi. Działalność ludów autochtonicznych mająca na celu rozbudzenie uśpionych wygodnymi prawdami świadomości jest imponująca, ale w swej walce ludy te niewątpliwie muszą liczyć głównie na siebie. Andrzej Wala stwierdził kiedyś: „Gdyby w świecie indiańskim Stanów Zjednoczonych nie pojawili się wybitni działacze i intelektualiści tubylczy, jak Dennis Banks, Russell Means, Vine Deloria Jr, Jack Forbes, Ward Churchill, Winona LaDuke czy M. Annette Jaimes, gdyby nie odwaga i determinacja ludzi z American Indian Movement, National Congress of American Indians lub Native American Rights Fund, ich biali «opiekunowie» nie zrobiliby nic, by naprawić łotrostwa przeszłości”[47]. Trzeba mieć nadzieję, że nowe pokolenia indiańskich prawników, pisarzy, działaczy doprowadzą do sukcesu walkę o uznanie krzywd i częściowe choćby rozliczenie się z nich, z pomocą swych białych przyjaciół, bez ich pomocy, a, jeśli trzeba, wbrew nim.

Zofia Kozimor

(Odczyt wygłoszony na XV seminarium Polsko-Amerykańskiego Towarzystwa Etnograficznego im. Bronisława Malinowskiego, 3 listopada 2007 r.)

Bibliografia:

1. Adorno Theodor, Horkheimer Max, La dialectique de la raison, Gallimard, Paryż 1974.

2. Bauman Zygmunt, Modernité et holocauste, Editions La Fabrique, Paryż 2002.

3. Césaire Aimé, Discours sur le colonialisme, Présence Africaine, 2001.

4. Clastres Pierre, Ethnocide, Encyclopædia Universalis, 2002 Encyclopædia Universalis France S.A.

5. René Guénon, La crise du monde moderne, Gallimard, Folio essais, Paryż 1994.

6. Las Casas Bartolomé, Krótka relacja o wyniszczeniu Indian, W drodze, Poznań 1988.

7. Le Clézio Jean-Marie Gustave, Le Rêve mexicain, Gallimard, Paryż 1988.

8. Lévi-Strauss Claude, Race et histoire. Race et culture, Albin Michel/Editions Unesco, Paryż 2001.

9. Plumelle-Uribe Rosa Amelia, La Férocité blanche : des non-Blancs aux non-Aryens, ces génocides occultés de 1492 à nos jours, Albin Michel, Paryż 2001.

10. Sala-Molins Louis, Génocide, Encyclopædia Universalis, 2002 Encyclopædia Universalis France S.A.

11. Sala-Molins Louis, Le Code Noir ou le calvaire de Canaan, Presses Universitaires de France, Paryż 2002.

12. Sweeney Edwin, Cochise, Chiricahua Apache Chief, University of Oklahoma Press, Norman 1995.

13. Wala Andrzej J. R., Ludobójstwo podboju Ameryki. Rozmyślania nad moralną nędzą cywilizacji chrześcijańskiej, Zeszyty Naukowe PATE im. Bronisława Malinowskiego, Atlantic City 2007.


[1] Mariusz Kairski, Łukasz Krokoszyński, Przyjaciele Indian i miłośnicy Indian, Tawacin 76, zima 2006, str. 50.

[2] tamże, str. 50.

[3] Mircea Eliade, Okultyzm, czary, mody kulturalne, Oficyna Literacka, Kraków 1992, str. 20.

[4] Marek Maciołek, Dwa światy, „Tawacin” nr 76, zima 2006, str. 3.

[5] Marek Maciołek, tamże, str. 4.

[6] Bartolomé de Las Casas, Krótka relacja o wyniszczeniu Indian, W drodze, Poznań 1988, str. 62.

[7] Thomas Bender, Czy Ameryka jest wyjątkowa?, wywiad przeprowadzony przez Artura Domosławskiego, „Gazeta Wyborcza”, 22. 09. 2007 (www.gazetawyborcza.pl).

[8] Pierre Clastres, Ethnocide, Encyclopædia Universalis, 2002 Enciclopædia Universalis France S.A.

[9] Cartas Anuas, in Misiones Norteñas Mexicanas de la Compañia de Jesús, in J. M. G. Le Clézio, Le Rêve mexicain, Gallimard, Paryż 1988, str. 150.

[10] Mariusz Kairski, Łukasz Krokoszyński, Rozumieć, nie oceniać, „Tawacin” nr 78, lato 2007, str. 53.

[11] Tessa Hofmann, Ethnocide: le meurtre d’une culture, www.yevrobatsi.org.

[12] www.preventgenocide.org.pl/konwencja.htm.

[13] Louis Sala-Molins, Génocide, Encyclopædia Universalis, 2002 Enciclopædia Universalis France S.A.

[14] Mariusz Kairski, Łukasz Krokoszyński, op. cit., str. 53.

[15] Louis Sala-Molins, op. cit.

[16] tamże

[17] Mariusz Kairski, Łukasz Krokoszyński, tamże, str. 54.

[18] Mariusz Kairski, Łukasz Krokoszyński, Przyjaciele Indian i miłośnicy Indian, op. cit., str. 51.

[19] Louis Sala-Molins, Le Code Noir ou le calvaire de Canaan, Presses Universitaires de France, Paryż 2002.

[20] Zygmunt Bauman, Modernité et holocauste, Editions La Fabrique, Paryż 2002, str. 143/194. (Nowoczesność i zagłada, Wydawnictwo literackie, Warszawa 1992).

[21] Edwin R. Sweeney, Cochise, Chiricahua Apache Chief, University of Oklahoma Press, Norman 1995, str. 195.

[22] tamże, str. 213.

[23] tamże, str. 76.

[24] Helen Hunt Jackson, Un siècle de déshonneur, Union Générale d’Editions, Paryż 1972, str.246.

[25] Bartolomé de Las Casas, op. cit., str 62.

[26] tamże, str. 81.

[27] Mariusz Kairski, Łukasz Krokoszyński, op. cit., str. 50.

[28] Zygmunt Bauman, op. cit. str. 54 /55.

[29] Mariusz Kairski, Łukasz Krokoszyński, Rozumieć, nie oceniać, op. cit., str. 53.

[30] Rosa Amelia Plumelle-Uribe, La Férocité blanche : des non-Blancs aux non-Aryens, ces génocides occultés de 1492 à nos jours, Albin Michel, Paryż 2001.  

[31] Zygmunt Bauman, op. cit.

[32] Rosa Amelia Plumelle-Uribe, op. cit.

[33] tamże. Zobacz też: Rosa Amelia Plumelle-Uribe, Le jour da la race ou l'apologie du crime, http://risal.collectifs.net

[34] Ian Kerschaw, Qu’est-ce que le nazisme ? Problèmes et perspectives d’interprétation, Gallimard, Paryż 1997, str. 424.

[35] Hannah Arendt, Eichmann à Jérusalem. Rapport sur la banalité de la mort, Gallimard, Paryż 1966 in Louis Sala-Molins, Génocide, Op. cit.

[36] Rozmowa z Claude’em Lévi-Straussem przeprowadzona w 1972 roku przez J. J. Marchanda, in Claude Lévi-Strauss, film Pierre’a Beuchota, ARTE France 2004.

[37] tamże.

[38] Theodor Adorno, Max Horkheimer, La dialectique de la raison, Gallimard, Paryż 1974, str. 24.

[39] Zygmunt Bauman,Modernité et holocauste, op. cit.

[40] tamże, str. 63.

[41] Andrzej J. R. Wala, Ludobójstwo podboju Ameryki. Rozmyślania nad moralną nędzą cywilizacji chrześcijańskiej, Zeszyty Naukowe PATE im. Bronisława Malinowskiego, Atlantic City 2007.

[42] Aimé Césaire, Discours sur le colonialisme, Présence Africaine, 2001.

[43] Louis Sala-Molins, Génocide, op. cit.

[44] Andrzej J. R. Wala, op. cit., str. 21.

[45] Zofia Kozimor, www.cochise.com.pl, podstrona „Le Clézio”, artykuł Podwójny dramat podboju Ameryki.

[46] Rosa Amelia Plumelle-Uribe, op. cit.

[47] Andrzej J. R. Wala, op. cit. str. 20.

_______________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry