Powrót                                         

 

 

W latach pięćdziesiątych XIX wieku sytuacja Apaczów uległa pogorszeniu. Z jednej strony jątrzył się stary konflikt z Meksykanami; kolejno następowały po sobie napady, represje, próby rozejmów, zdrady Meksykanów i odwetowe wyprawy Indian. Z drugiej, po wygranej wojnie z Meksykiem, na ziemie Apaczów poczęli napływać Amerykanie; najpierw geodeci wytyczający granice, potem dobrze uzbrojone wojsko, które instalowało się w fortach, za nimi osadnicy, a w końcu cała chmara poszukiwaczy złota i wszelkiej maści awanturników. "Wszystko, co mogło przyjechać, przyjechało", podsumował sarkastycznie jeden z oficerów. Trzy dziesięciolecia walk z Meksykanami mocno przerzedziły szeregi Apaczów. Tymczasem nadchodzące lata były coraz trudniejsze. Dla Indian rozpoczął się okres szczególnie dramatycznych walk, okres niepewności, okres głodu.

W 1851 roku, w wyniku napadów i odwetowych wypraw Apaczów, zginęło ok. 200 Meksykanów. Ponieważ Carrasco zmarł na cholerę, zastąpił go inny komendant o bardzo podobnym profilu. Zarządził ekspedycję karną w górach Chiricahua, podczas której meksykańskie wojsko zaatakowało ranczerie Posito Moragi i Triqueno, a później Tepili. Za każdym razem ginęły kobiety i dzieci, ginęli wojownicy. Lokalna grupa Nedni, Carrizaliños, została prawie całkowicie rozbita. Wiele kobiet i mężczyzn dostało się do niewoli. Apacze podjęli próbę rozejmu, aby wymienić jeńców. Podczas jednego ze spotkań, we Fronteras, Meksykanie otworzyli do nich ogień. Zginął między innymi wojenny wódz Tepila. Walki rozgorzały na nowo. Sonorańskie trupy uporczywie penetrowały tereny Chokonenów. W 1852 roku w Bonita Canyon w górach Chiricahua doszło do zaciętej bitwy. Meksykanie zatrzymali się na noc w kanionie nad potokiem. Na stokach gór zauważyli płonące ogniska. Zwiadowcy donieśli, że w górach obozuje mnóstwo Indian. Rano, ok. 400 wojowników zaatakowało żołnierzy. Bitwa trwała ponad dwie godziny i zmusiła Sonorańczyków do wycofania się z terenów Apaczów. W tym samym czasie inna meksykańska trupa odniosła zwycięstwo nad Apaczami Nedni, atakując przez zaskoczenie obozowisko Coleto Amarillo. Zginęło 30 osób, zginął sam Coleto Amarillo. Nednhi przenieśli się do Nowego Meksyku i tam szukali schronienia.

Bonita Canyon w górach Chiricahua. Dziś znajdują się tu miejsca na piknik oraz piękny kamping nad potokiem.

Od 1848 roku ziemie Chihennów i północne ziemie Nednhi znalazły się w granicach Stanów Zjednoczonych. Nieustanne wojny z Meksykanami sprawiły, że Apacze godzili się na rozejmy z Amerykanami. Kolejne traktaty zawarto w latach 1848, 1852, 1853 i 1855. Traktaty te zobowiązywały Apaczów do zaprzestania wypraw do Meksyku, a Amerykanów do dostarczania im żywności, ziarna na zasiew oraz narzędzi do uprawy roli. Żadna ze stron nie dotrzymywała obietnic. Nie mówiąc o tym, że chęć przekształcenia Apaczów w rolników świadczyła, że podejście Amerykanów do Indian było równie utopijne jak podejście Meksykanów. Niemniej Apacze Chihenni mieli w tym okresie sporo szczęścia; w 1854 roku amerykańskim agentem do ich spraw został Michael Steck, człowiek wyjątkowo uczciwy i kompetentny w łonie administracji słynącej z korupcji, co sprawiło, że zjednał sobie zaufanie i szacunek Indian. Problem w tym, że urzędnik Steck nie miał wielkiego wpływu na krewkich oficerów podejmujących wyprawy przeciw Apaczom, często bez żadnego uzasadnienia.

Do roku 1854 ziemie Chokonenów należały do Meksyku, ale i tu sytuacja się zmieniła. Zamierzając przeprowadzić transkontynentalną linię kolejową, łączącą wschód kraju z Kalifornią, Stany Zjednoczone wykupiły od Meksyku za sumę 10 milionów dolarów tereny na południe od rzeki Gila. Pertraktacje w imieniu Stanów Zjednoczonych prowadził James Gadsden. Meksykanom nie zależało na tych ziemiach. Były to tereny Indian prawie całkowicie niezamieszkałe. Na mocy traktatu Gadsdena zawartego w grudniu 1853 roku i ratyfikowanego w maju 1854 roku, ziemie Chokonenów przeszły w ręce Amerykanów i poddane zostały stopniowej kolonizacji. Apacze szybko zrozumieli, że nowa granica daje im pewne korzyści. Mogli teraz dokonywać napadów w Sonorze i prędko przenosić się do Arizony, gdzie wojska meksykańskie nie miały prawa wstępu. Meksykanie z kolei uświadomili sobie, że ich walki z Indianami zostały tym samym utrudnione; oskarżali amerykańskich osadników, a nawet amerykański rząd o sprzyjanie Apaczom i sprzedawanie im broni. Pomimo doraźnych korzyści, jakie dawała granica, Indianie rozumieli, że pierścień wokół nich zacieśnia się coraz bardziej. Znaleźli się w kleszczach między armiami dwóch krajów i czterech stanów, ich tereny łowieckie skurczyły się niebezpiecznie, utrzymanie się z łowiectwa i zbieractwa stało się zupełnie niemożliwe. W górach Chiricahua i Dragoon, zasobnych niegdyś w zwierzynę, obfitujących w owoce, jagody, żołędzie i nasiona sosen, Apacze zaczęli głodować. Bywało, że podczas negocjacji Amerykanie sami odrzucali skargi o oddanie zrabowanego bydła, wiedząc, że nie zostało ono sprzedane, ale zjedzone.

W 1856 roku zmarł Miguel Narbona. Ze starej gwardii Chokonenów żył jeszcze Esquinaline i Carro. Władzę nad Chokonenami przejmował pełen siły fizycznej i duchowej Cochise. W kwietniu 1856 roku Chiricahuowie urządzili wielką wyprawę do Meksyku. Chihenni pod wodzą Mangasa Coloradas, Delgadito i Victorio oraz Chokoneni pod wodzą Cochise'a zaatakowali Bavispe i Chinapę, którą obrócili w perzynę. Amerykanie nie mogli zaakceptować tych wypraw i w 1857 roku przygotowali w odpowiedzi kampanię pod nazwą Bonneville. Uciekając przed kampanią, niektóre grupy Chihennów, a także Chokoneni prowadzeni przez Esquinaline’a i Esquiribę opuścili swoje tereny i schronili się w Meksyku w oczekiwaniu, aż amerykańskie wojsko wróci do baz. W Meksyku Apacze zmuszeni byli negocjować z Janos i Fronteras. Cochise i Carro zostali w Arizonie, nie kwapiąc się do układów z Meksykanami.

Negocjacje z gubernatorem Chihuahuy były w przygotowaniu, gdy wydarzyły się dwa incydenty pokazujące, jak trudna i wybuchowa była sytuacja. Po pierwsze, w pogoni za Indianami dokonującymi napadów w Sonorze tamtejszy komendant wkroczył z wojskiem do stanu Chihuahua. Tylko interwencja mieszkańców Janos sprawiła, że nie doszło do masakry na wzór masakry Gonzaleza i Carrasco. Autorem drugiego incydentu był z kolei Mangas Coloradas, który choć wiedział, że niektóre grupy Indian dążą do negocjacji, uderzył brawurowo na Janos z grupą 40 wojowników i uprowadził ponad 100 sztuk bydła. Meksykanie za karę uwięzili negocjujących Chokonenów Esquiriby, zdając sobie sprawę, że jest ona całkowicie niezasłużona. Chcieli w ten sposób zmusić Mangasa do oddania zrabowanego bydła. Wykazali tym dużo złej woli, gdyż dobrze znali Apaczów i wiedzieli, że żaden wódz nie zmusi autonomiczne grupy do wykonania jego rozkazów. Jedynym, któremu uda się tego dokonać, będzie w przyszłości Cochise.

W tej sytuacji grupy Nedni Lacerisa i Felipe zmuszone były zawrzeć rozejm z władzami Janos. Laceris był bratem Esquiriby i dążył do jego uwolnienia. Grupy te mocno ucierpiały wskutek ataków wojsk Chihuahuy. Ponieważ rozejm zawarty został na realistycznych warunkach, wielu Chihennów dołączyło do Janos, uciekając z Nowego Meksyku przed kampanią Bonneville. Mangas Coloradas i Cochise pozostali jak zwykle nieugięci.

Ta niejasna sytuacja posłużyła Meksykanom za pretekst do kolejnego podstępu. Latem 1857 roku duża ilość Chiricahuów przybyła do Janos. Zjawiły się nawet grupy nieprzejednanych bronco, jak nazywali ich Meksykanie, czyli Mangasa Coloradas, Victorio i Cochise’a, którzy przybyli prawdopodobnie po to, aby upłynnić w Janos swe łupy. Liczba Apaczów zgrupowanych pod miastem sięgnęła tysiąca. Meksykanie postanowili wykorzystać tę sytuację, aby rozprawić się z niepokornymi. Szczegóły nie są oczywiście jasne, ale prawdopodobnie władze postanowiły rozdać Apaczom racje z domieszką arszeniku. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Cochise ze swymi ludźmi opuścił Janos i osiadł w górach Chiricahua, gdy wielu Indian poczęło cierpieć na gorączkę. Apacze nabrali podejrzenia, że żywność otrzymana w Janos była zatruta. Obawy Chokonenów potwierdził Steck, gdy zobaczył Chihennów napływających do agencji w Nowym Meksyku. Napisał do przełożonych: „Indianie ci bardzo ucierpieli od choroby i wielu z nich zmarło: prawie wszystkie rodziny wracają z krótko obciętymi włosami, co jest znakiem żałoby po bliskiej osobie. Uważają, że zostali zatruci i jestem tego prawie pewien [...] symptomy opisane przez Indian przypominają bowiem symptomy zatrucia arszenikiem, który najprawdopodobniej został dodany do whisky”. Steck oszacował, że ok. 60 Chihennów zmarło wskutek zatrucia. Wśród Chokonenów straty były podobne.

Apacze uciekali pod skrzydła Stecka, gdyż nie mieli ochoty ścierać się z meksykańskim wojskiem. Wiedzieli oczywiście, że napływający Amerykanie stanowią realną groźbę. Nie mieli jednak wyboru. Meksykanie nie składali broni i przygotowywali zasadzkę za zasadzką. Władze Chihuahuy uciekły się do zatrucia żywności, w Sonorze wykazano mniej fantazji i sięgnięto po wypróbowany sposób. Chokoneni starali się od jakiegoś czasu o rozejm w Sonorze. W lipcu 1858 roku władze Fronteras postanowiły w końcu przyjąć Indian. Przyjęcie odbyło się według znanego scenariusza i można się tylko zapytać, dlaczego Indianie dali się znowu oszukać. Zostali przyjęci wódką, po czym Meksykanie otworzyli do nich ogień. Indianie rozproszyli się, żołnierze podążyli za uciekającymi i wtargnęli do ich obozowiska. W sumie 10 kobiet i 26 mężczyzn zostało zabitych, między innymi trzej wodzowie grup lokalnych. W raportach Meksykanie usprawiedliwiali się, że Apacze przyszli na negocjacje pijani i wszczęli bójkę. Edwin Sweeney nie daje temu wiary, gdyż Apacze nigdy nie dopuszczali się podobnego zachowania. Przytacza też raporty Amerykanów, którym dwa miesiące później Apacze złożyli sprawozdanie z wydarzeń, podkreślając, iż przyjęto ich najpierw alkoholem, a potem otworzono do nich ogień. Ten podstęp Meksykanów stał się rutynową praktyką w cywilizowanym XIX wieku.

Po zdradzie we Fronteras Chiricahuowie szykowali zemstę, która nastąpiła we wrześniu 1858 roku. Mangas Coloradas i Cochise na czele 200 wojowników zaatakowali Fronteras. Niemniej atak się nie udał, gdyż żołnierze i cywile otworzyli do nich ogień z działa. Indianie bali się artylerii, Cochise miał zupełnie osobiste powody, aby obawiać się dział, gdyż wystrzał armatni, właśnie we Fronteras, ułatwił 10 lat wcześniej jego uwięzienie. Poniesiona klęska podminowała morale Mangasa Coloradas, który przygnębiony wrócił w swe góry. Cochise i Chokoneni zemścili się na Sonorze napadając na rancza i osady. Sonorańczycy odpowiedzieli krwawymi masakrami napadając na obozowiska Indian pod nieobecność wojowników, zabijając kobiety i dzieci, co było inną rutynową praktyką w cywilizowanym XIX wieku.

Ze względu na walki z Apaczami, a także wobec nowego zagrożenia, jakim był ekspansjonizm Amerykanów, Meksykanie wysłali do przygranicznych garnizonów 500 dodatkowych żołnierzy. Próbowali też zaludnić opuszczone miasteczka, jak Chinapę, rozdając za darmo odważnym osadnikom narzędzia, bydło i ziarno na siew. Cochise i Chokoneni wycofali się do Arizony, w góry Chiricahua i Dos Cabezas. Zdrada Meksykanów sprawiła, że Chokoneni poszli w ślady Chihennów i poczęli szukać porozumienia z Amerykanami, choć wiedzieli, iż nie mogą oczekiwać od nich zbyt wiele.

Od 1848 roku Amerykanie zdążyli poznać Chihennów Mangasa Coloradas. Chokonenów prawie nie znali, jako że tereny tych Indian przez kilka jeszcze lat należały do Meksyku. Sądzili przez jakiś czas, że chodzi o grupę Apaczów Coyotero czy Pinal. W 1858 roku, cztery lata po zakupie ziemi na mocy traktatu Gadsdena, Amerykanie przeprowadzili przez tereny Apaczów linię dyliżansów obsługiwaną  przez spółkę Johna Butterfielda i w krótkim czasie wybudowali sieć zajazdów, m. in. na Przełęczy Apaczów, w Dragoon Springs i w górach Peloncillo. Były to budynki, jakie wznoszono w tym regionie, z gliny zmieszanej ze słomą, na kamiennej podmurówce. To właśnie w zajeździe na Przełęczy Apaczów w grudniu 1858 roku doszło do pierwszego spotkania Michaela Stecka z Cochise’em. W raporcie urzędnik opisał Chokonenów jako Apaczów Chilicagua, których wodzami byli Chees (Cochise) i Es-ken-el-a-ne (Esquinaline). Steck rozumiał, że stanowią bratnią grupę Chihennów, ale że nie należy ich ze sobą mylić. Od tego czasu Chokoneni zostali formalnie zidentyfikowani jako grupa Chiricahua i w ten sposób byli przez Amerykanów nazywani. Ponieważ Steck nie odnotował żadnych zażaleń ze strony osadników, wynagrodził Chokonenów za „dobre sprawowanie”, rozdzielając im żywność i prezenty. Scenę tę opisał James Tevis kierujący postojem dyliżansów na Przełęczy Apaczów: „Indianie stali przed zajazdem tworząc krąg: W pierwszym rzędzie Cochise, Esconolea, Old Jack i medicine-men, w drugim wojownicy, w trzecim dorastający chłopcy, w czwartym rodziny wodzów i w końcu rodziny wojowników”. Indianie otrzymali kilka sztuk bydła, kukurydzę, dwieście jedenaście koców, trzydzieści metrów perkalu oraz dwieście miedzianych czajników. W zamian za te dobra Steck wymagał od Apaczów jednego: aby nie atakowali białych przybyszów i nie zabierali ich mienia. Nie aprobował ich wypraw do Meksyku, ale ponieważ nie miał żadnych możliwości, aby im przeciwdziałać, przymykał na nie oczy.  

Ruiny postoju dyliżansów na Przełęczy Apaczów

Pierwsze kontakty Chokonenów z Amerykanami były poprawne. Wojując z Meksykanami, Apacze godzili się na układy po drugiej stronie granicy. Wprawnym okiem dostrzegli uzbrojenie amerykańskich żołnierzy, docenili chęć przydzielania im racji żywnościowych (choć nie wiedzieli jeszcze, że będą je dostawać tylko dwa razy w roku), liczyli też może, że nowym przybyszom będą mogli sprzedawać łupy z Meksyku, co rzeczywiście miało miejsce. Amerykanie, nastawieni agresywnie i pogardliwie do Meksykanów, wykorzystywali siłę bojową Apaczów do walki z południowym sąsiadem. Zresztą dokładnie w ten sam sposób wykorzystywali Apaczów Meksykanie.

W literaturze poświęconej Apaczom podkreśla się harmonijne pożycie grupy Cochise'a z personelem zajazdu na Przełęczy Apaczów. Podaje się również, że Cochise zawarł z Amerykanami umowę o dostawę drewna do zajazdu. Z początku stosunki te rzeczywiście układały się dobrze. Żyjący w sąsiedztwie zajazdu Indianie byli w częstym kontakcie z jego pracownikami, przynosili im ustrzelone ptaki i zwierzęta, znosili może drewno, gdyż takie zachowanie było dla nich naturalne, co wielokrotnie przy różnych okazjach Amerykanie przyznawali. Z darami zjawiały się najczęściej kobiety, przynosiły dzikie indyki, których mięsa Apacze nie jedli, oraz futerkowe zwierzęta. Edwin Sweeney nie wierzy jednak, aby między Cochise’em, a pracownikami postoju zawarta została jakakolwiek umowa. Tevis, który był fanfaronem, nie zaskarbił sobie szacunku Cochise’a i wódz mało się z nim liczył. Amerykanin zrewanżował mu się, opisując go w swym dzienniku jako człowieka zamkniętego w sobie, dumnego, o wybuchowym temperamencie. Między pracownikami postoju i Apaczami nawiązały się niewątpliwie pewne kontakty, trudno jednak mówić o przyjacielskich stosunkach. Różnice kulturowe były zbyt wielkie, wyznawane wartości, wiara i sposób życia zbyt od siebie odbiegały, aby mogło dojść do prawdziwego porozumienia. Amerykanie traktowali Indian z pogardą, Indianie z kolei widzieli w Amerykanach niepożądanych intruzów. 

„Wzorowe zachowanie” Apaczów wobec nowych przybyszów nie trwało zresztą długo. Nawet jeśli Indianie nie atakowali ludzi, szybko zaczęli rabować im bydło i konie. Ofiarą padały kopalnie, zajazdy i rancza, a raz nawet konwój samego Stecka, któremu Chokoneni uprowadzili konie. Prawdą jest, że dla Apaczów incydenty te nie były aktami wrogimi; w ich przekonaniu zręczne uprowadzenie bydła w żaden sposób nie naruszało pokojowego traktatu. Amerykanie z kolei reagowali na te ekscesy histerycznie, oskarżając Indian o wykopanie wojennego topora. Najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy, czym naprawdę jest gniew Apaczów. Indianie wykazywali w tym okresie dużo dobrej woli i cierpliwości. Racje żywnościowe przydzielane przez Stecka dwa razy w roku były niewspółmiernie małe do ich potrzeb i wyczerpywały się bardzo szybko. Apacze rabowali bydło, gdyż, jak uczciwie stwierdził jeden z amerykańskich raportów, umierali z głodu. Gorzej, że kradzieże te doprowadziły do pierwszych ofiar, konkretnie po stronie Apaczów. Biali osadnicy, broniąc swego dobytku, zabili kilku Chokonenów. Gdy powtórzyło się to kilka razy, Chokoneni, pomalowani w barwy wojenne, zjawili się w zajeździe u Tevisa, grożąc, że wygonią Amerykanów ze wszystkich postojów. Realizacja tej groźby była całkowicie w ich mocy, niemniej Indianie ograniczyli się na razie do słownego ostrzeżenia. 

Na początku lat sześćdziesiątych sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Dzienniki ukazujące się w Arizonie niechętnym okiem patrzyły na ugodowe stanowisko Stecka, podkreślając, że jedyną skuteczną polityką wobec Indian jest polityka wojny. Podobne stanowisko wyrażali napływający osadnicy. Komendant fortu Buchanan napisał w raporcie, że radą na kradzież bydła w Arizonie jest albo uczciwe karmienie Apaczów, albo ich eksterminacja. Jednym słowem, wszyscy mówili to samo, choć każdy na swój sposób.

Dylemat ten został wkrótce rozwiązany, gdyż w 1861 roku wydarzył się na przełęczy Apaczów incydent, który na długie lata naznaczył stosunki między Amerykanami i Indianami.  

Bibliografia:

1. Edwin R. Sweeney, Cochise, Chiricahua Apache Chief, University of Oklahoma Press, 1991.

2. Edwin R. Sweeney, Mangas Coloradas, Chief of the Chiricahua Apaches, University of Oklahoma Press, 1998. 

________________________

©Zofia Kozimor 

 

   Powrót

Do góry