Powrót                                         

 

 

Miłośnicy Indian często podkreślają konieczność oderwania się od stereotypowych sądów o Indianach, a więc również od wyidealizowanego obrazu Indianina, jaki zaserwowała nam literatura młodzieżowa. Walka ze schematami ma polegać na uczciwym mówieniu o indiańskich ludach, czyli na pokazywaniu także tych cech, które nas odstręczają. Okazuje się to jednak sprawą delikatną, gdyż odkrywszy u Indian odpychającą cechę mamy tendencję ją osądzać, a co za tym idzie, potępiać. Pryska jak bańka mydlana nasz niedawny zachwyt. Stąd krok tylko do przeświadczenia, że istnieli, jak mnie zapewniono, nie tylko "dobrzy", ale również "źli Indianie".

Ponieważ nie bardzo rozumiem, co dzisiaj może oznaczać termin "dobry Indianin" i "zły Indianin", przyjrzę się bliżej cechom, jakie u Indian cenimy, i tym, które nas szczególnie rażą. Jednomyślnie cenimy u Indian ich umiłowanie wolności, solidarność, uczciwość, prawdomówność, hojność i odwagę. Indianin obdarzony tymi zaletami będzie na pewno dobrym Indianinem. Zauważmy przy tym, że wszystkie te cechy nieobce są naszej kulturze, a nawet wysoko notowane w naszym systemie wartości. Bardzo pociąga nas u Indian ich koncepcja równości rozumiana jako równość wszystkich stworzeń. Nie zgadza się ona z naszą tradycją antropocentryzmu, ale ta, przekonawszy człowieka, że jest równy bogom, obrodziła takimi wynaturzeniami, iż zakwestionowanie jej nie jest niczym nagannym. Zważywszy na dzisiejszy stan środowiska naturalnego, pokorne podejście Indian do przyrody może nam się wydać tylko pozytywne. Imponujący, cudownie zręczni myśliwi polujący na bizony będą zawsze dobrymi Indianami. Polowanie na bizony, jeśli nie sprowadza się do ich wyniszczenia, jest moralnie neutralne.

Gorzej jest z indiańskim zwyczajem zabierania obcym koni i mułów, bo w naszej tradycji nazywa się to kradzieżą, jest karalne i godne potępienia. Często jednak patrzymy na to przez palce, w końcu i u nas przyjęło się mówić, że z wiernym towarzyszem można konie kraść. Ale nie zawsze. Grupa Apaczów napadająca na meksykańskich osadników i zabierająca im bydło i inny dobytek, niekoniecznie znajduje w naszych oczach usprawiedliwienie. Nagle zapala się czerwone światło naszego kodeksu moralnego: "Nie kradnij!" I oto Apacze stają się złymi Indianami.

Najgorzej jest jednak z zabijaniem, nie mówiąc o torturowaniu. Z tym zupełnie nie możemy sobie poradzić. Nasz system moralny ze swym odkryciem "Nie zabijaj!" nie pozwala nam zabijania tolerować. Nawet na wojnie nakaz moralny każe oszczędzać kobiety, dzieci i w ogóle ludność cywilną. Nieprzestrzeganie tej zasady jest u nas karane najsurowiej. Dlatego Apaczów, którzy zabijali meksykańskich cywilów i torturowali złapanych mężczyzn, niektórzy uważają za słuszne zestawić z hitlerowcami. Dla nich Apacze byli z całą pewnością złymi Indianami.

Wniosek z tych rozważań nasuwa się jeden: dobrym Indianinem będzie Indianin żyjący w zgodzie z naszym kodeksem moralnym, a złym ten, który tego kodeksu nie przestrzega. Prawdę mówiąc, w ten właśnie sposób podchodzili do Indian ci dziewiętnastowieczni osadnicy i wojskowi, dla których dobry Indianin nie oznaczał martwego Indianina. I tak, dobrzy Indianie godzili się na przyjęcie sposobu życia białych, a źli i okrutni z uporem sprzeciwiali się kolonizacji, broniąc swych tradycji kłami i pazurami. Apacze stanowili oczywiście najgorszy element na kontynencie.

Dzisiaj, kiedy Indianie nikomu już nie zagrażają, ich walki powstańcze nabrały cech pozytywnych. Podziału na dobrych i złych Indian dokonujemy wyłącznie według wartości moralnych. Oczywiście naszych. Do czego to prowadzi, ilustruje film Kevina Costnera Tańczący z wilkami. Siuksowie Lakota posiadają wszystkie te cechy, które i dla nas są zaletami. Są ludźmi słowa i czynu, myśliwymi i mędrcami, umieją docenić otaczającą ich naturę i przyjąć między siebie obcego. Bardzo szybko możemy się z nimi utożsamić. Obok nich Paunisi reprezentują to, co wydaje nam się godne potępienia: napadają na lakocką wioskę, zabijają Bogu ducha winnego woźnicę, wyrzynają w pień rodzinę białych osadników. Nawet z wyglądu są mniej sympatyczni od dobrych Lakotów. Nasuwa się nieuniknione pytanie: czy możliwe jest, aby wojownicy Równin Paunisi pozbawieni byli wszelkich cnót, a wojownikom Równin Lakotom nigdy się nie zdarzyło napaść na obóz wroga ani wyciąć rodziny białych? Czy Kevin Costner był na tyle naiwny, by wierzyć w przedstawiony przez siebie obraz? A może dokonał pewnego zabiegu, który należałoby właściwie odczytać? Film pokazuje, że w momencie, gdy Paunisi napadają na wioskę Siuksów, Siuksowie wyruszyli na wojnę z Paunisami. Jak wyglądała ta wojenna wyprawa Lakotów, czym się zakończyła, jakie trofea przywieźli wojownicy, a przede wszystkim z kim się bili, skoro Paunisi byli w ich obozie, jest przemilczane. A może po prostu nie jest powiedziane bezpośrednio? Wyprawę Paunisów, którą oglądamy na ekranie, możemy przecież odczytać jako aluzyjne przedstawianie wyprawy Siuksów i dopowiedzieć sobie, że Lakoci robili w obozie wroga dokładnie to samo, co Paunisi w ich własnym. Dmuchający na zimne reżyser nie chciał pewnych rzeczy mówić wprost, gdyż przeciętny widz filmowy przekonany, że ma prawo i obowiązek osądzać wszystkich według Ewangelii, poczułby się oszukany. Tę pigułkę trzeba było podać inaczej. Dlatego prawdę o Indianach ostrożny reżyser rozpisał na dwa głosy, pokazał dobrych i złych Indian, z jednej strony myśliwych, z drugiej wojowników. I pal licho Paunisów, kiedy się robi film o Siuksach.

Miłośnik Indian, który walczy ze stereotypami i nie chce mydlić sobie oczu, powinien jednak dokonać pewnego zabiegu i te dwa przeciwstawne obrazy na siebie nałożyć. A jeśli upiera się, aby oceniać postępowanie Indian zgodnie z naszym systemem wartości, powinien sobie powiedzieć, że podział na dobrych i złych Indian nie ma żadnego sensu, gdyż każdy dobry Indianin okaże się jednocześnie złym Indianinem. Aby uniknąć tego typu niespodzianek i zawodu w zetknięciu z prawdą, i jeśli chcemy być uczciwi wobec Indian, w żadnym wypadku nie możemy ich oceniać według naszego kodeksu moralnego, gdyż Indianie posiadali swój własny i do niego dostosowywali swoje postępowanie. A przede wszystkim posiadali własną religię i własną koncepcję świata, które różniły się od naszych. Jeśli nie spróbujemy tego zrozumieć, jeśli będziemy osądzać Indian według zewnętrznych czynów, które zinterpretujemy po swojemu, ci głęboko moralni ludzie pozostaną dla nas barbarzyńcami i demonami.

Indiańskie ludy były w przeważającej większości ludami wojowników o precyzyjnie określonym systemie wartości, którego przestrzegano. Wojna stanowiła ważny element ich kultury i miała wymiar sakralny. Ludzie o płomiennej wierze i imponujących cnotach, które tak nas fascynują, byli jednocześnie okrutnymi wojownikami zdolnymi swych wrogów torturować. Jedno wcale nie wykluczało drugiego. Podejście Indian do cierpienia nie miało nic wspólnego z naszym. Cierpienie stanowiło dla nich nieodłączną część życia i zadawano je w pierwszej kolejności sobie. Ich obrzędy związane z osiągnięciem wieku męskiego i z poszukiwaniem wizji zawierają praktyki, których sam opis trudno jest nam znieść. Dla Indian, których filozofia zakładała wojnę, doktryna chrześcijańska ze swym kultem pokoju i zasadą miłości była zupełnie niezrozumiała. Odrzucali ją gwałtownie, tym bardziej, że postępowanie chrześcijańskich osadników i żołnierzy całkowicie przeczyło głoszonym przez misjonarzy naukom moralnym.

Sprowadzanie Apaczów do przerastającego wszelkie wyobrażenie okrucieństwa, "które było im wrodzone", jest wyrazem złej woli zupełnie nie z tej epoki. Tak jak nie z tej epoki jest determinizm rasowy leżący u bazy tego przeświadczenia. Na marginesie, warto sobie przypomnieć, że przekonanie o "wrodzonym okrucieństwie" zdeterminowanym przez geny czy gruczoły, implikującym rasową i moralną niższość danego ludu, nazywane jest potocznie rasizmem.

To, co nazywamy okrucieństwem, jest wyjątkowo naganne w naszym kręgu kulturowym, gdzie stanowi transgresję zasad moralnych. Tymczasem to chrześcijanie mają na sumieniu przykłady ludobójstwa, o jakich Indianom się nie śniło. "Cywilizowany człowiek - mówi Le Clézio - który dopuszcza się gwałtu, walcząc o doczesne dobra i dominację, nie może widzieć w okrucieństwie nic innego jak cechę degradującą i znak moralnego upadku. Magiczny wymiar krwawych rytuałów Indian będzie dla niego niezrozumiały". W świecie Indian krew płynęła często: krew ofiarnych zwierząt, krew rytualnych ran, krew ofiar ludzkich. Ale praktyki te nie były celem samym w sobie, były symbolicznym nakarmieniem bogów, podtrzymaniem nieba, odżegnaniem choroby, wyrównaniem krzywd, przywróceniem kosmicznej równowagi, poszukiwaniem mocy.

Tożsamość indiańska zasadzała się na całkowitym połączeniu wojny i religii. Mistyczne połączenie ze światem nadprzyrodzonym wyrażało dla Indian równowagę między elementami przeciwnymi i było podstawą ich filozofii. Krystalizowało się w przekonaniu o powiązaniu wszystkiego, czyli w immanentnym zespoleniu światła i cienia, szczęścia i cierpienia, życia i śmierci. Podejścia Indian do cierpienia nie można rozważać w oderwaniu od ich religii. Znaczyłoby to bowiem, że ciągle i niezmiennie widzimy wszystko oddzielnie.

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry