Powrót                                            

 

« Cochise, największy wódz Apaczów Chiricahua czasów nowożytnych, odegrał w burzliwej historii Południowego Zachodu drugiej połowy XIX wieku rolę pierwszoplanową. Zaliczany do największych indiańskich wodzów Ameryki, był człowiekiem budzącym strach i podziw jednocześnie. Przez całe dziesięciolecia wywierał decydujący wpływ na stosunki między białymi i Indianami na niepewnych jeszcze terytoriach pogranicza.

Cochise był postacią złożoną, ujmującą, o wyostrzonej inteligencji, wspaniałym wyglądzie i nieprzeciętnych zdolnościach. Był utalentowanym mówcą, wiernym stylowi i wyobraźni Apaczów, wojownikiem o silnym charakterze i człowiekiem honoru, który mierzył w oparciu o normy społeczności plemiennej, różne od norm naszej przemysłowej cywilizacji. Jego wyjątkowe zdolności rozwinięte do maksimum pozwalały mu swobodnie rozmawiać zarówno z generałami i gubernatorami, jak i z prostym człowiekiem. Biali, którzy zetknęli się z nim w okresie pokoju czy rozejmu, byli przynajmniej tak samo zafascynowani jego spokojną godnością, dużą inteligencją i bystrym umysłem, jak władzą, jaką miał nad Indianami i wpływem, jaki na nich wywierał, zjawiskiem unikalnym w kulturze i tradycji Apaczów.

Z perspektywy złagodzonych obyczajów naszej epoki, nawet najbardziej powszednie zdarzenia z jego życia będą nam się wydawać naznaczone twardością i brutalnością, jeśli nie zrozumiemy, że Cochise nie może być osądzany według naszych wartości, ale według wartości świata, w którym żył, świata brutalnego, okrutnego i najogólniej rzecz biorąc bezlitosnego. W tym kontekście, zważywszy na sposób, w jaki ów świat rozumiał i na reguły, jakimi się w swym postępowaniu kierował, Cochise jawi się jako człowiek nieposzlakowany, wierny swoim zasadom, jako autentyczny, skończenie doskonały wódz narodu wojowników. »[1]

***

  Data urodzenia Cochise’a nie jest znana. W oparciu o przekazy z epoki historycy umieszczają ją w latach 1810 - 1815. Cochise przyszedł na świat w górach Dragoon bądź Chiricahua, w rodzinie Apaczów Chokonen. Według świadectw Indian, jego dziad i ojciec odgrywali wśród Chokonenów pierwszoplanową rolę. Sweeney uważa, że ojcem Cochise’a mógł być Pisago Cobezón. Wśród Apaczów nie było wodzów dziedzicznych, przywództwo zdobywało się czynami i postawą. Niemniej synom wodzów przychodziło to o tyle łatwiej, że otrzymywali oni bardzo staranne wychowanie. Według Asy Daklugie, syna Juha, Cochise został wodzem w bardzo młodym wieku, co oznaczało, że bardzo szybko uznano jego zdolności wojownika i szanowano jego mądre rady.

Znani nam są dwaj bracia Cochise’a, Juan i Coyuntura, oraz jedna siostra. Jego rodzeństwo było niewątpliwie liczniejsze, ale nie mamy na ich temat żadnych przekazów. Imię swoje Cochise uzyskał już w wieku dorosłym. Według jednych oznacza ono „twarde drzewo”, co stanowiłoby aluzję do jego wielkiej siły i odwagi, według innych „jego nos”, co byłoby odniesieniem do jego wydatnego orlego nosa.

Cochise miał trzy żony, które poślubił w różnych okresach swojego życia. Wśród Apaczów wielożeństwo było dozwolone, choć rzadko stosowane. Mogli sobie na nie pozwolić mężczyźni silni, zdolni do utrzymania rodzin swoich żon. Pierwszą żoną Cochise'a była jedna z córek Mangasa Coloradas, Dos-teh-seh, która dała mu dwóch synów: Tazę, przyszłego wodza Chokonenów, i Naiche, późniejszego towarzysza Geronima. Nie zachowało się imię jego drugiej żony, z którą miał prawdopodobnie dwie córki. Pod koniec lat 60. lub na początku 70. Cochise wstąpił w związki małżeńskie po raz trzeci. To o tej najmłodszej żonie Joseph Sladen[2] mówi, że "była jedyną osobą w obozie, która nie bała się wodza". Możliwe, że Cochise miał jeszcze inne żony, które zmarły, bądź zostały zabite, zanim Amerykanie nawiązali z nim kontakt. W roku 1843 na listach przydziałów żywności w Janos w Meksyku, obok imienia D-Tosa (prawdopodobnie skrót od Dos-teh-seh), figuruje niejaka María de Chis z dwoma synami. Czy chodziło o zmarłą żonę wodza nie dowiemy się prawdopodobnie nigdy. Sladen notuje, że wobec swoich bliskich Cochise „był bardziej uważny i czuły niż przeciętny biały mężczyzna. Nie okazywał wobec nich brutalnego charakteru, jaki przypisywano mu zazwyczaj".                       

Dos-teh-seh, pierwsza żona Cochise'a.

Mając ok. 1,80 m wzrostu, Cochise był, jak na Apacza, mężczyzną wysokim. Według wielu obserwatorów z tamtej epoki, jego młodszy syn Naiche był do niego bardzo podobny. Cochise, podobnie jak Szalony Koń, wódz Siuksów Oglala, umknął obiektywom fotografów. Nie zachował się też żaden jego wiarygodny portret. Ale naoczni świadkowie, którzy zetknęli się z nim w okresie pokoju czy podczas walk, zostawili tak dużo opisów, że możemy sobie dość łatwo wyobrazić jego wygląd. W opisach tych, pochodzących z różnych okresów, przewijają się te same sformułowania, wyrażenia i porównania:

Naiche, młodszy syn Cochise'a, był bardzo do ojca podobny.

"Wysoki Indianin o niezwykle majestatycznej postawie". (S. Cozzens, 1859)

 

"Mierzył ok. 1,78 m, ale wydawał się wyższy ze względu na lekkość budowy kostnej i bardzo prostą postawę”. (J. Sladen, 1872)

 

"Najpiękniejszy Indianin, jakiego kiedykolwiek widziano. Mierzył 1,83 m, był prosty jak strzała, od stóp do głów zbudowany tak doskonale, jak to jest tylko możliwe". (J. Tevis, 1859)  

 

"Bardzo męski i marsowy, wyglądał tak, jak sobie wyobrażamy rzymskiego żołnierza”. (J. B. White, 1874)

 

 

   

Portret Cochise'a wykonany przez współczesnego artystę Robina Wolfa na podstawie opisów naocznych świadków, zdjęć jego dwóch synów i charakterystycznych rysów twarzy Apaczów Chiricahua.

Jego włosy proste i kruczoczarne, w których pod koniec życia pojawiły się srebrne nitki, opadały zwyczajem Apaczów na ramiona; miał przyjemną twarz o regularnych rysach, wysokie czoło, wystające kości policzkowe, czarne żywe oczy i wydatny orli nos. Opinia okrutnego barbarzyńcy, jaką w owym czasie cieszył się wśród białych, sprawiała, że spotkanie z nim było dla wielu sporym zaskoczeniem:

   "Miał przyjemny wygląd, który kazał zapytywać się, czy taki człowiek może być notorycznym złodziejem i zimnej krwi mordercą". (O. Howard, 1872)

   "Cochise w niczym nie przypominał strasznego, wojowniczego i dzikiego barbarzyńcy". (N. S. Higgins) 

Wielu podkreśla wyraz stanowczości i zdecydowania na jego twarzy, złagodzone pewnym smutkiem, dystans, jaki zachowywał wobec rozmówców, a także jego schludność:

"Nigdy się nie uśmiechał. Miał zawsze wygląd surowy i poważny".  (A. Williamson, 1873)

 

"Jego powściągliwość odzwierciedlała wielką siłę charakteru, chociaż czasami robił wrażenie smutnego czy zamyślonego". (A. N. Ellis, 1872)

 

"Wspaniały Indianin dochodzący 50 lat [w rzeczywistości miał lat 60], prosty jak strzała, mierzący 1,83 m, o potężnym torsie, orlim nosie i czarnych oczach, miał stanowczy wyraz ust i przyjemną twarz z wyrazem pewnej melancholii. [...] Był wyraźnie bardziej zadbany niż inni dzicy Indianie i w obyciu uprzejmy. W jego sposobie mówienia i postępowania nie było śladu fanfaronady charakterystycznej dla jego rasy". (John Bourke, 1873). 

 

        Dla kapitana Haskiella z Fortu Bowie spotkanie z Cochise'em w 1872 r. było okazją do obalenia krążących o nim pogłosek:

  "Raporty, jakie docierały do nas na temat Cochise'a dawały do zrozumienia, że jest stary, zmęczony, osłabiony przez liczne rany i doświadczające go życie, ale nic nie mówiły o jego zdolnościach lidera i wodza. Jakże dalekie były od prawdy! Spotkaliśmy go z jego trzynastoma kapitanami i Cochise tak różni się od pozostałych członków swojego plemienia, jak białe różni się od czarnego. Jest silny, wyjątkowo pięknie zbudowany, o dużej inteligencji i jest to prawdopodobnie najpiękniejszy Indianin, jakiego dane mi było spotkać. [...] Był czysty od stóp do głów. Obserwowałem jego włosy, świeżo pomalowaną twarz, szyję, ciało, ramiona i nogi, i był całkowicie czysty".

Zwróćmy uwagę na fakt, że do końca życia na wszystkie spotkania z Amerykanami Cochise zjawiał się z pomalowaną twarzą.

Zauważmy też, że większość opisów sławiących jego siłę, wytrzymałość i piękną postawę, pochodzi z okresu 1870-1874, gdy Cochise dochodził 60 lat i odczuwał już pierwsze oznaki choroby (prawdopodobnie raka żołądka), która zabrała go w 1874 r.

Cochise był wojownikiem o wyjątkowych zdolnościach. James Tevis uważał, że „nie miał równego sobie w posługiwaniu się włócznią”. Według Johna C. Cremony „żaden apacki wojownik nie wyciągnął strzały z kołczanu i nie wystrzelił jej szybciej, dalej i z większą łatwością niż Cochise”. Utalentowany strateg, uważany był za „jednego z najinteligentniejszych Indian tego kontynentu”. Żaden apacki wojownik nie prześcignął go w sztuce wojennej w owym czasie. Jak większość wodzów indiańskich, Cochise nie pozostawał w tyle za walczącymi wojownikami. Wszystkie świadectwa białych zgodne są co do tego, że w bitwach i potyczkach był zawsze na czele swoich ludzi. Prowadził ich do walki słowem i przykładem. Jego sława była tak wielka, że niejeden amerykański żołnierz marzył o glorii, jaka spłynie na tego, który zabije legendarnego Cochise'a. W bezpośrednich starciach wysiłki białych skoncentrowane były często wyłącznie na nim, nikomu jednak nie udało się go dosięgnąć. Jedno z takich starć sugestywnie opisuje stacjonujący w Forcie Bowie porucznik William Winters:

"Chociaż Indianie byli dwa razy liczniejsi, żołnierze rzucili się do ataku z entuzjazmem, pchani pamięcią o przyjaciołach zabitych w Dragoon Springs i okazją, jaka się nadarzyła, by zabić legendarnego Cochise'a. Wódz Chokonenów dosiadał szarego konia i wydawał rozkazy, jak to miał zwyczaj czynić przy każdej okazji. Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby zabić Cochise'a, który szarżował na nas wielokrotnie na czele swoich wojowników. Lecz choć cała nasza uwaga skupiona była tylko na nim i mimo licznych strzałów oddanych w jego kierunku, wymknął nam się. Merejildo Grijalva również próbował go zabić, ale za każdym razem, gdy myślał, że uda mu się go dosięgnąć, Cochise zsuwał się na bok swojego konia, którego trzymał za szyję i który go w ten sposób osłaniał".

To świadectwo nie jest odosobnione. Cochise z taką brawurą wystawiał się na strzały nieprzyjaciół, że mogło to być odebrane jako przejaw wyjątkowej arogancji. A wynikało prawdopodobnie z jego głębokiego przekonania, że nie może zginąć w walce, co musiała mu zasugerować doznana niegdyś wizja. Świadczyło to też, że był niesłychanie pewny swoich umiejętności jeźdźca i wojownika. Za przykład niech posłużą warunki pojedynku, na jaki w 1859 r. Cochise wyzwał Jamesa Tevisa kierującego postojem dyliżansów na Przełęczy Apaczów. Źle potraktowany przez Amerykanina, wódz zażądał satysfakcji: pojedynku na koniach, przy czym on sam byłby zbrojny we włócznię, a Tevis w sześciostrzałowy rewolwer. Pomimo tych niekorzystnych dla wodza warunków, Tevis wolał się z nim nie mierzyć, czym zaskarbił sobie jego dozgonną pogardę. Później w swoim dzienniku opisał Cochise'a w sposób mało przychylny, jako człowieka, owszem, o nadzwyczajnej woli i autorytecie, ale o wybuchowym temperamencie, który czynił go zmiennym i nieprzewidywalnym, oraz o chorobliwej wrażliwości na obrazę. Nazwał go też "największym kłamcą na tym terytorium", co było najwyraźniej przejawem osobistej urazy.

Uczciwość i prawość wodza Chiricahua były bowiem legendarne i to w dużej mierze na nich opierał się jego autorytet wśród Indian. Cochise przywiązywał wielką wagę do prawdomówności. Nigdy nie złamał raz danego słowa. W rozmowach z Amerykanami wolał nie odpowiadać na niektóre pytania, niż dawać kłamliwe odpowiedzi.  

Potrafił też wznieść się ponad nienawiść i uprzedzenia i niejednokrotnie wykazał wspaniałą bezstronność. W 1860 roku niejaki John Wilson zabił w pojedynku cenionego przez Cochise'a wojownika, co wywołało wielkie poruszenie wśród Apaczów. Wódz położył mu kres, orzekając, iż walka była uczciwa i że zwycięzcy nie można winić ani karać.

Przyjaźń między białym człowiekiem i Indianinem w okresie wojny i powszechnej nienawiści należy do ulubionych wątków literatury i filmu, tak bardzo jest fascynująca w swej wyjątkowości i tak bardzo jest nam potrzebna, aby zagłuszyć wyrzuty sumienia. W przypadku jednego z największych wodzów indiańskich nie miała nic z literackiej fikcji. Ponad podziałami i antagonizmami Cochise związał się przyjaźnią z Amerykaninem Thomasem Jeffordsem i pozostał jej wierny do końca życia. Historia tej przyjaźni należy do najpiękniejszych podań w mitologii "Dzikiego Zachodu".

Świadectwa ocalałych z bitew ludzi wskazują dobitnie, że wobec białych, którzy wpadli w ręce Apaczów, Cochise nie okazywał żadnej litości. Nie znaczy to, że nie był do niej zdolny. Edwin Sweeney przytacza świadectwo wnuczki Cochise'a, Amelii, która wspomina historię białego chłopca ocalałego z potyczki z Apaczami. Wojownicy chcieli go zabić. Cochise na to nie pozwolił, wciągnął chłopca na konia i zabrał do obozu, gdzie zapewnił mu wychowanie.

Dopóki w obozie było jedzenie, żaden Indianin nie chodził głodny. Szczodrość była cechą szczególnie cenioną przez Apaczów. Cochise, jako przywódca, zobowiązany był do niej w dwójnasób, tym bardziej, że polowanie i zdobywanie jedzenia przychodziło mu z łatwością. Wspominając swój pobyt w obozie Chokonenów, Sladen notuje, że któregoś dnia pewien młody wojownik wrócił z polowania z pustymi rękoma. Widząc to, wódz kazał natychmiast przyprowadzić swojego konia, zabrał strzelbę i odjechał. Po kilku godzinach powrócił z ustrzeloną antylopą, którą natychmiast oprawiono i podzielono między obecnych.

Dobry i szlachetny z natury, wrażliwy na los swoich ludzi, Cochise wpadał czasami w gwałtowny gniew, szczególnie wtedy gdy był świadkiem niesprawiedliwości czynionej Indianom. Niemniej sami Indianie też nie pozostawali poza zasięgiem jego gniewu, o czym dobrze wiedzieli i woleli go nie prowokować.

Strach Indian przed Cochise'em zabarwiony był zawsze głębokim respektem. Asa Daklugie opowiada, że kiedy był dzieckiem, często powtarzano mu, by nigdy nie patrzył na szałas wodza, gdyż mogło to być odebrane jako brak szacunku. "Mało jest ludzi godnych patrzeć na ten szałas" - mówiono. Cochise był przedmiotem prawdziwego uwielbienia ze strony Indian, dla których jego słowo miało moc prawa.

Zdolność Cochise'a do umykania kulom była legendarna. Według Indian, działo się to za sprawą mocy, jaką posiadał, czyli nadprzyrodzonej siły, która pozwalała mu wchodzić w kontakt z tajemnymi siłami natury i chroniła go przed chorobami i ciosami wroga. Apacze święcie wierzyli, że Cochise'a nie można zabić. Czy złożymy to na karb przypadku, szczęścia, czy tajemnej mocy, faktem jest, że przez 40 lat Cochise ścierał się z armiami, ochotnikami i łowcami skalpów dwóch krajów, którym nie udało się go pokonać. Brał udział w niezliczonych potyczkach, najazdach, walkach i regularnych bitwach, raz był uwięziony, raz próbowano go uwięzić, potrafił uciec pod gradem kul żołnierzy, kilka razy był ranny, kilka razy uznano go za zmarłego, a jednak przeżył wszystko i ze wszystkiego wyszedł cało, zachowując przy tym wspaniałą siłę i formę, której nie mogli nadziwić się Amerykanie. Kiedy uznał to za konieczne, zgodził się na zawarcie pokoju, założył na swoich ziemiach rezerwat, prawdziwą enklawę na terytorium Stanów wyjętą spod administracji amerykańskiej, do którego się wycofał i gdzie dokończył swych dni w spokoju, z dala od białych. Pozostając przez całe życie w samym centrum burzliwej historii Południowego Zachodu, zmarł w swoich górach śmiercią naturalną, w otoczeniu rodziny i bliskich, i, jako ostatni wódz indiański tej klasy, pochowany został według odwiecznego rytuału swojego plemienia. Indianie nigdy nie wyjawili Amerykanom, gdzie znajduje się grób, w którym Cochise spoczywa w spokoju.

                                                                  


[1]Tymi słowy Edwin Sweeney otwiera swoje studium o Cochisie. Wstęp ten jest charakterystyczny dla całej książki i dobrze odzwierciedla intelektualną uczciwość jej autora, jego ciągłą dbałość o to, aby przedstawiając najmniejsze zdarzenia z życia Cochise'a i Apaczów Chiricahua, odtworzyć kontekst epoki, odnaleźć punkt widzenia Indian i zawsze mieć na względzie ich motywy działania. Zasadzie tej biały historyk z Bostonu pozostaje wierny od początku do końca swojej 500 stronicowej biografii wodza. (Edwin R. Sweeney, Cochise, Chiricahua Apache Chief, University of Oklahoma Press, 1991). Przytoczone świadectwa amerykańskich żołnierzy pochodzą z tej książki.

[2] Porucznik Joseph Sladen, pomocnik generała Olivera Howarda. Był, obok Howarda, jedynym Amerykaninem, któremu w październiku 1872 r. pozwolono wejść do obozu Cochise'a. Miał przywilej przebywać w obozie Chokonenów przez 11 dni, czyli przez cały okres negocjacji między Howardem i Cochise'em. Wielkie bogactwo wrażeń i obserwacji opisał w swoim dzienniku. (Edwin R. Sweeney, Joseph A. Sladen, Frank Sladen, Making Peace with Cochise. The Journal of Captain Joseph Alton Sladen, University of Oklahoma Press, 1997).  

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry