Powrót                                        

 

 

Silas, Joseph i Dashina

 

Dwa lata temu robiliśmy zakupy w sklepie spożywczym w rezerwacie Mescalero. Przy kasie siedziała bardzo młoda, ładna dziewczyna. Płacąc, Andrzej zaczął żartować. Uśmiechnęła się lekko. Zapytała, skąd przyjechaliśmy. Powiedzieliśmy, że z Europy, mieszkamy we Francji, związani jesteśmy z Polską. Gdy mieliśmy już wychodzić, dziewczyna sięgnęła spontanicznie po lokalną gazetę i dała nam ją na pamiątkę. Byliśmy zaskoczeni i ujęci. Zapytaliśmy o jej imię i adres, by móc przysłać jej kartkę. Powiedziała, że nazywa się Dashina Cochise. Popatrzyliśmy na nią z osłupieniem. Cochise! Jak to Cochise? Czyżby była potomkiem słynnego wodza? Tak, właśnie. Jest wnuczką Silasa, który jest prawnukiem Cochise’a. Odpowiadała zwyczajnie, bez chełpliwości. O Silasie, wnuku Naiche, prawnuku Cochise’a, słyszeliśmy dużo. Spytaliśmy nieśmiało, czy byłaby możliwość spotkania jej dziadka. Oczywiście. Dała nam jego adres.

Dom prawnuka Cochise’a stoi wśród łąk, z dala od głównej drogi. Pomalowany jest na zielono. Pod drzewem ustawiono stół i krzesła. Przywitał nas łaszący się pies. Biło nam serce, gdy pukaliśmy do drzwi. Otworzyła je inna młoda dziewczyna. Powiedziała, że dziadka nie ma w domu, ale jeśli przyjedziemy ok. piątej po południu na pewno go zastaniemy. Podziękowaliśmy, pogłaskaliśmy psa i odjechaliśmy. Przyzwyczajeni do zabójczej europejskiej punktualności, stawiliśmy się punkt 1700. Drzwi otworzyła nam Dashina. No tak, dziadek musiał gdzieś wyjechać, ale będzie na nas czekał, jak nie jutro to pojutrze, a nawet za dwa tygodnie. Musimy próbować. Powiedzieliśmy Dashinie, że już jutro wyjeżdżamy. Zostawiliśmy jej fotokopię mojego artykułu o Cochisie z „Tawacinu” i powiedzieliśmy, że napiszemy do niej kartkę. Co też zrobiliśmy. Kilka razy, z Francji i z Polski, wysłaliśmy kartki do Dashiny, choć nigdy nie dostaliśmy od niej odpowiedzi.

W lipcu tego roku, dwa lata po owym spotkaniu z prapraprawnuczką Cochise’a, przebywaliśmy w Ośrodku kulturalnym w rezerwacie Mescalero. Rozmawialiśmy z Josephem Geronimo, potomkiem słynnego watażki. Joseph Geronimo jest pięknym mężczyzną o ciemnej twarzy, wydatnym nosie i długich ciemnych włosach. Jest malarzem, autorem świetnych obrazów. Pokazał nam galerię, atelier, w którym pracuje razem z młodymi Apaczami z rezerwatu, materiały, których używa. Wystawione obrazy są wyrazem duchowości Apaczów, przedstawiają apackie ceremonie, tancerzy w koronach, święte symbole i znaki rysowane na ciałach tancerzy. Są bardzo wysmakowane, wystylizowane, nie ma w nich cienia kiczu. Joseph pokazuje nam portrety Geronima, a także zabawny portret Elvisa Presleya z apacką przepaską na głowie. Potem prowadzi nas do sali, gdzie robione są nadruki na koszulkach, pokazuje koszulki ze słynnym zdjęciem Geronima w towarzystwie trzech wojowników i napisem: „Walczymy z terroryzmem od 1492 roku”. Obrazek ten jest bardzo znany, widzieliśmy go wielokrotnie na szybach samochodów. Linda mówiła nam, że koszulki z tym nadrukiem zrobiły furorę wśród młodych ludzi w Kalifornii. Patrząc na to zdjęcie, opowiedzieliśmy Josephowi, co nam się przytrafiło, gdy chcieliśmy zobaczyć miejsce ostatecznego poddania się Geronima w Skeleton Canyon. Było to dwa lata temu. Dojechaliśmy do drogi prowadzącej do kanionu i zobaczyliśmy zaskoczeni, że droga jest zamknięta. Dowiedzieliśmy się później, iż dojazd do Skeleton Canyon prowadzi przez prywatny teren. Dotychczasowy właściciel tolerował przejazdy turystów, natomiast jego syn postanowił drogę definitywnie zamknąć. Tę wersję poznaliśmy później. Ale wtedy, gdy staliśmy zdezorientowani przy barierce blokującej przejazd, usłyszeliśmy inną wersję. Patrzyliśmy na widniejące w oddali góry, gdy zatrzymał się przy nas samochód. Wysiadł z niego wysoki siwiejący Amerykanin w dżinsach i koszuli w kratę. Zapytał, czy czegoś potrzebujemy. Powiedzieliśmy mu o naszym zamiarze zobaczenia historycznego miejsca i wyraziliśmy zdziwienie, iż dojazd do niego zamknięto. Mężczyzna zgodził się, że historyczne miejsce powinno być dostępne dla wszystkich, a na pytanie, jak ten fakt wytłumaczyć, odpowiedział bez ogródek: „Można to złożyć na karb walki z terroryzmem”. Zaniemówiliśmy. Geronimo pierwowzorem terrorysty! Zapytaliśmy jeszcze, czy według niego ta droga zostanie kiedyś otwarta. „Musiałby najpierw Bush wylecieć” - mruknął, wyrzucając z siebie, co leżało mu na sercu, po czym pożegnał się i odjechał. Na tylnej szybie jego samochodu zobaczyliśmy naklejkę „God bless America”, na której słowo bless było przekreślone i zastąpione słowem „forgive”, co dało: „Boże wybacz Ameryce”. Joseph wybuchnął śmiechem. Patrząc na napis na koszulkach, pomyślałam, że każdy ma swoją wersję prawdy.

Naklejka na samochodach i rysunek na koszulkach: 

"Walczymy z terroryzmem od 1492 roku"

Joseph zna doskonale język Apaczów. W rozmowie mieszał angielski z apackim, czasami przestawaliśmy go rozumieć, ale wsłuchiwaliśmy się w melodię tego języka, w gardłowe dźwięki, śpiewną intonację. Gdy żegnalimy się z Josephem i szykowalimy do wyjścia, do pokoju wszedł postawny mężczyzna w kowbojskim kapeluszu. Joseph przedstawił go: Silas Cochise. Zaskoczeni i uradowani przedstawiliśmy się także, powiedzieliśmy, że jesteśmy francusko-polskim małżeństwem, przyjechaliśmy z Francji i że już niegdyś chcieliśmy się z nim zobaczyć. To było niewiarygodne, ale miałam wrażenie, iż wiedział o kogo chodzi. „Ach, tak, tak”. Uścisnął nam ręce i serdecznie zaprosił do swojego biura, jakby właśnie wybiła godzina 17oo, godzina naszego spotkania. Zastanawiałam się, czy za tą pamięcią o niedoszłym spotkaniu nie stała Dashina.

Na wielkim biurku Silasa stał zapalony komputer i walało się mnóstwo papierów. Silas Cochise pokazał nam na komputerze zdjęcia swojej rodziny. Razem z białym przyjacielem, informatykiem, pracuje nad rozległą diaporamą pokazującą historię rodu Cochise’a. Zobaczyliśmy zdjęcia osób, o których mówił nam Freddie Kaydahzinne. Piękne zdjęcia Amelii Naiche, matki Silasa, jej brata Barnabasa, zdjęcia Karis, matki Sidneya, zdjęcia Apaczów na Florydzie i w Forcie Sill, w końcu fotografie samego Naiche. Były to zdjęcia zupełnie nieznane, przechowywane przez rodzinę Cochise’a i przerzucane teraz na komputer. Naszą uwagę przykuło szczególnie piękne zdjęcie Naiche, którego nigdy przedtem nie widziałam. Naiche sfotografowany był z profilu, miał krótko obcięte włosy. Przyjaciel informatyk mocno powiększył jego głowę. Widać było rasowy profil o wspaniałym orlim nosie, delikatnym rysunku ust i pięknym kształcie głowy. Silas powiedział, że tak prawdopodobnie wyglądał Cochise. Opowiadał nam potem o swych kontaktach z Edwinem Sweeneyem, serdecznym przyjacielem, którego prace bardzo ceni. Sweeney był ostatnio w rezerwacie na dorocznym wielkim pow-wow organizowanym 4 lipca, podczas którego miała miejsce ceremonia dojrzewania. Odrzekliśmy, że my też mamy szczęście zaliczać Edwina Sweeneya do swych przyjaciół. Silas mówił o spotkaniu z Francuzami, autorami niedawno wydanej książki o Apaczach. Powiedzieliśmy, że dobrze znamy tę pracę, jesteśmy w kontakcie z jej wydawcą, który niecierpliwie czeka na ukazanie się następnej książki Sweeneya. Jej tłumaczenie chce powierzyć Andrzejowi. Zapytałam Silasa, czy istnieje gdzieś grób Naiche, jeśli to nie jest niedyskrecją. Silas odparł, że oczywiście, istnieje. Naiche pochowany został na cmentarzu w rezerwacie i jeśli mamy czas, chętnie nas tam zawiezie. Nie chciał, byśmy jechali naszym samochodem, zabrał nas swoim wspaniałym terenowym buickiem.

Edwin Sweeney, Silas Cochise i autorka strony podczas ceremonii dojrzewania w rezerwacie Mescalero w 2008 r.

Nigdy nie widziałam indiańskiego cmentarza. Apacze cmentarzy nie mieli. Zaczęli je zakładać po przejściu na chrześcijaństwo. Cmentarz Mescalero, położony na skraju lasu, jest bardzo długi, przecięty centralną aleją. Groby znajdują się po jednej i drugiej strony alejki. Wszystkie bez wyjątku zwrócone są na wschód. Każdy grób ma formę małego kopca otoczonego kamieniami i stelę z imieniem, nazwiskiem i datą śmierci. Na niektórych grobach leżą codzienne przedmioty, zabawki, piłka, kapelusz, kask, przepaska. Częste  burzowe deszcze sprawiły, że cmentarz porosły wysokie trawy, w których giną nagrobki. Ponieważ groby zwrócone są na wschód, z alejki dobrze widać nazwiska na płytach z prawej strony. Groby z lewej odwrócone są tyłem do alejki i trzeba wejść między trawy, by zobaczyć, kto w nich leży. Z tego też powodu niektóre z nich mają wyryte nazwisko z tyłu steli. Są to często groby bardzo stare, istniejące od założenia cmentarza. Nazwiska na nagrobkach są mi znane, odnoszę wrażenie, że przyszłam na groby przyjaciół i znajomych. Silas pokazał nam grób Naiche. Naiche otrzymał przy chrzcie imię Christian. Data jego śmierci napisana jest błędnie. Naiche zmarł w 1921 roku. Jego żona Ha-o-zinne leży koło niego, ale jej grób nie ma płyty nagrobnej. Silas pokazał nam groby całej rodziny: swojej matki Amelii, wujów Barnabasa i Christiana. Potem groby ich dzieci, Karis i Althei. Pokazał nam grób Perico, towarzysza Geronima, tego, który na słynnym zdjęciu z Geronimem i Naiche trzyma na rękach dziecko. Pokazał groby wojowników Geronima, groby apackich zwiadowców. Wszyscy oni zmarli w latach dwudziestych XX wieku, należeli do tego samego pokolenia, pokolenia straceńców. Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Zdjęcia tych osób są doskonale znane. Widać na nich ładne dziewczyny z rozpuszczonymi włosami, młodych ludzi o zadziornych twarzach we współczesnych niemal ubraniach. Ludzi żywych, wiecznych, unieśmiertelnionych siłą legendy. A teraz wszyscy leżą na tym cmentarzu, wśród wysokich traw. Odczytuję ich imiona na płytach jak apel poległych. Silas pokazał nam w końcu grób swojej żony i dwóch synów. Żona zmarła w wyniku przewlekłej choroby, a synowie w wypadkach samochodowych. Jeden miał 21, drugi 23 lata. Stoimy przy nich długą chwilę.

Gdy wracamy samochodem, pytam Silasa o Dashinę. Dashina wyszła za mąż, ma dziecko. Pracuje teraz w szkole z małymi dziećmi. Silas nadkłada trochę drogi, by pokazać nam tę szkołę. Objeżdżamy budynek o ścianach koloru ochry, na dziedzińcu stoją kolorowe huśtawki i zjeżdżalnie. Pomyślałam, że Dashinie jest tu lepiej niż w sklepie. W duchu życzę jej szczęścia. Silas nie zapytał, skąd znamy Dashinę. Wiedział, tak jak wiedział o spotkaniu o 1700. Powiedział nam tylko, że Dashina jest imieniem apackim i znaczy „jedna jedyna”. Pomyślałam, że to niezwykłe imię pasuje do tej dziewczyny.

Lipiec 2007

(Silas Cochise zmarł 6 czerwca 2013 r. Pochowany został na cmentarzu w rezerwacie.)

Cmentarz Mescalero. Ginące w trawach groby zwrócone są na wschód.

Grób Naiche. Data śmierci napisana jest błędnie. Naiche zmarł w 1921 roku.

Grób Karis, wnuczki Naiche, kuzynki Silasa.

Grób Perico, towarzysza i kuzyna Geronima.

Figurka na jednym z grobów.

Nieśmiertelni, legendarni: Perico, Geronimo, Naiche i Fun.

_______________________

©Zofia Kozimor 

 

   Powrót

Do góry