Powrót                                               

 

 

Jak zostać skutecznym Indianinem

 

Pewien szanowany, o dużym dorobku naukowym profesor antropologii udzielił niegdyś wywiadu na temat współczesnych problemów amerykańskich tubylców. W wywiadzie zatytułowanym „Nie wystarczy być męczennikiem” profesor ów przedstawił w ogólnym zarysie wystąpienia Indian na jednym z Międzynarodowych Kongresów Nauk Antropologicznych: wystąpienie wodzów Rady Tubylczej stanu Wirginia oraz wypowiedź znanej z ciętego języka kobiety z plenienia Powhatan.

 

Były to głosy radykalnie różne, które profesor określił jako z jednej strony konstruktywne (kobieta z plenienia Powhatan), z drugiej roszczeniowo tradycjonalistyczne, w podtekście niekonstruktywne (wodzowie Rady Tubylczej).

 

Niekonstruktywne wypowiedzi wodzów sprowadzały się do:

— podkreślania martyrologii indiańskiej,

— postawy roszczeniowej i żądania finansowych kompensat za cierpienia,

— krążenia wokół filozofii związanej z ochroną Matki-Ziemi,

— walki o uznanie praw Indian.

 

Głos konstruktywny owej kobiety proponował pozytywny program dla Indian, czyli wejście w społeczeństwo amerykańskie. Aby tego dokonać, Indianin musi stać się człowiekiem skutecznym i zostać:

— lekarzem, adwokatem, nauczycielem,

— rzutkim biznesmenem promującym biznes indiański.

 

Trudno nie zauważyć, że ów pozytywny program dla Indian to przyjęcie wartości białych obywateli, ich sposobu życia i myślenia, a co za tym idzie spojrzenia na tradycyjnych Indian. Innymi słowy nic nowego pod słońcem od czasów cywilizacyjnej krucjaty w Ameryce.

 

Żeby jednak uniknąć podobnych skojarzeń ów pozytywny program dla Indian wzbogacony został kilkoma postulatami. Wchodząc w amerykańskie społeczeństwo, Indianie nie powinni tracić:

— tożsamości kulturowej,

— wiary we własną przeszłość i odrębność,

— dumy z bycia Indianinem.

 

I tutaj zaczynają się moje pytania, których prowadzący wywiad profesorowi nie postawili.

 

Jak można zostać rzutkim biznesmenem i zachować tożsamość kulturową, na którą składają się zasady wykluczające działalność rzutkiego biznesmena? Na czym ma polegać duma z bycia Indianinem? Czy jest to duma z wartości, od których należy odejść, żeby przykroić się do społeczeństwa o odmiennych wartościach? Duma z faktu, że Indianin był niegdyś człowiekiem nieskutecznym? A może chodzi po prostu o dumę z tradycji zamienionej w egzotyczny folklor przyciągający turystów?

 

Z wywiadu zrozumiałam, że Indianin – obrotny biznesmen, realizujący pozytywny program wchodzenia w amerykańskie społeczeństwo, powinien budzić nasze uznanie. Okazuje się, że wcale tak nie jest. Mała grupa Indian z Newady, przyjmując postawę biznesmenów nastawionych na zysk, za duże pieniądze wynajęła część swojego terytorium na składowisko odpadów radioaktywnych. Decyzję tę Indianie wyjaśnili tym, że po pierwsze piaszczyste ziemie rezerwatu są niezamieszkane, a po drugie biali i tak złożyliby te odpady w ich sąsiedztwie, bez udzielenia rzecz jasna żadnych odszkodowań. Otóż ta rzutka, pragmatyczna postawa zamiast wzbudzić aprobatę naukowca, była dla niego wstrząsem, „szokowała bowiem w kontekście Indian walczących o obraz ludzi, którzy respektują filozofię związaną z ochroną Matki-Ziemi”. Tutaj przestaję profesora rozumieć. Więc jednak Indianin, który postępuje według konstruktywnych życzeń kobiety Powhatan, nie znajduje naszego uznania, gdyż siłą rzeczy odchodzi od tradycyjnych postulatów wodzów Rady Tubylczej! Wygląda na to, że aby nas zadowolić, Indianin powinien, jak mówią Anglosasi, zjeść ciastko i zachować ciastko. I nic mniej.

 

Wysuwając konstruktywny program dla Indian, kobieta z plemienia Powhatan postawiła siebie za przykład. Ciężko pracując, zapewniła swoim dzieciom wykształcenie lekarza, nauczyciela, adwokata, pozwoliła im wejść w społeczeństwo amerykańskie, nie dopuszczając — jak podkreśliła — do ich asymilacji. Osobiście uważam, że do asymilacji Indian nie dopuszczą zbyt łatwo sami biali obywatele. Z drugiej strony zastanawiam się, jak długo zintegrowani z amerykańskim społeczeństwem Indianie zachowają poczucie odrębności kulturowej. Po jakim czasie niekończące się tubylcze ceremonie, zwyczajowa powolność, pewna indolencja Indian w rezerwatach zaczną ich denerwować? Po jakim czasie żyjący z zegarkiem w ręku Indianie zaczną denerwować tych w rezerwatach? Kobieta Powhatan nie dopuściła do asymilacji własnych dzieci, ale czy jest pewna, że nie uczynią tego jej wnuki? Asymilacja Indian, którzy przyjęli zachodni styl życia, zakładając pełną akceptację białych, jest tylko kwestią czasu. Przy braku tej akceptacji doprowadzi tych ludzi, wygnanych z jednej kultury, emigrantów w innej kulturze, do zawieszenia między dwoma światami, o czym tak świetnie pisze Sherman Alexie. Zalecając wejście w amerykańskie społeczeństwo przy jednoczesnym przywiązaniu do tradycji, kobieta Powhatan próbuje rozwiązać kwadraturę koła i mydli sobie oczy, co doskonale wyczuwają wodzowie rady plemiennej. Wejście w społeczeństwo zachodnie, prące w imię postępu ku świetlanej przyszłości, oznacza z samej definicji zerwanie z korzeniami, odejście od źródeł, odrzucenie dawnych wartości kojarzonych powszechnie z barbarzyństwem i zacofaniem, co wodzów ma prawo napawać obawą.

 

Przygotowując swoje dzieci do życia w społeczeństwie amerykańskim, działaczka Powhatan zapewniła im wykształcenie w zawodach zawierających elementy misji. Profesor idzie dalej w wizji skutecznego Indianina. Widzi Indian jako rzutkich biznesmenów.

 

Skuteczny i rzutki człowiek interesu, czyli taki, który wygrywa i odnosi zyski, nie musi być bardziej bezwzględny od innych rzutkich biznesmenów, nie może jednak być mniej od nich bezwzględny. Wychowana w kulturze zachodniej, obeznana z systemem, który nad wartości moralne przedkłada zawodową skuteczność i przemienia wszystko w maszynę do robienia pieniędzy, po pierwsze nie umiałabym być rzutkim biznesmenem, a po drugie nie mogę w sobie wykrzesać do rzutkiego biznesmena wielkiej sympatii. Tymczasem amerykańskim tubylcom, których wartości kłócą się z działalnością nastawioną na zysk, zalecamy sposób życia i zarobkowania budzący niechęć w wielu z nas! Trzeba pogratulować Indianom, którzy odnoszą sukcesy w działalności gospodarczej i mogą sobie pozwolić na luksusowe samochody. Nie można jednak piętnować tych, którzy podobnej działalności podjąć nie chcą bądź też nie potrafią.

 

Dla kobiety Powhatan, a także dla antropologa, pozytywnym przykładem udanego indiańskiego biznesu są działające na terenie rezerwatów kasyna. Widziałam te kasyna w rezerwatach Apaczów, gigantyczne, lecz w przeciwieństwie do kiczowatych kasyn w Las Vegas naprawdę piękne, o wystroju świadczącym o dużym smaku i artystycznym wyrobieniu Indian. Lecz pomimo to koszmarne, do bólu absurdalne. Budowanie kasyn przez Indian to przejmowanie odpadów kultury zachodniej. To tworzenie monstrualnych świątyń boga Mamony, w których wszelkiej maści wydziedziczeni i wyklęci marzą o wielkich pieniądzach w pretensjonalnej scenerii fałszywego luksusu. Trafnie ujął to rosyjski reżyser, Andrzej Tarkowski, nazywając Las Vegas marzeniem proletariuszy wszystkich krajów. Europa obroniła się przed kasynami, Ameryka tu i ówdzie z nimi walczy, otwierają je Indianie, gdyż tylko w ten sposób mogą konkurować z białymi. Nie dlatego, że są od nich mniej zdolni czy inteligentni, lecz dlatego, że odsuwa się ich od atrakcyjnych miejsc pracy. Jakże często wykształceni Indianie, nie znajdując zatrudnienia w swoim zawodzie, widzą jedyną możliwość zarobkowania, zaciągając się do wojska. Indianie w amerykańskiej armii to zjawisko równie absurdalne jak kasyna w rezerwatach. Kasyna, nastawione głównie na białych klientów zjeżdżających w weekendy, wciągają samych Indian. Rozmawiałam z kobietą organizującą pomoc socjalną w rezerwacie San Carlos i zajmującą się młodocianymi przestępcami. Często, jak mówiła, są to dzieci zostawione samopas, gdyż ich rodzice siedzą jak nie w więzieniu to w kasynie. Zabrać Indianom ich kulturę, zniszczyć ich wartości, żeby zaproponować kasyna jako sposób życia i zarobkowania, to zbrodnia wołająca o pomstę do nieba. I to właśnie zjawisko proponowane jest jako pozytywny program dla Indian!

 

Mam na to jedno wytłumaczenie. Nie bardzo wiemy, w jaki sposób włączyć Indian do społeczeństwa amerykańskiego kultywującego wartości nieprzystające do wartości tubylczych. Zdajemy sobie sprawę, że przyjęcie zachodniego stylu życia oznacza odejście od tradycji. Jednak nie chcemy otwarcie tego powiedzieć. Niekoniecznie pochwalamy istnienie kasyn, wiemy, jak marna to instytucja, ale bardzo pragniemy zamydlić sobie oczy, zatkać uszy, uciszyć sumienie przekonaniem, że Indianie znaleźli w nowej rzeczywistości jaki taki modus vivendi, a w dodatku zarabiają „kolosalne pieniądze”. Więc kiedy znajdzie się jakaś anachroniczna rada wodzów ze swymi roszczeniami, chwytamy się kasyn i rzutkich biznesmenów, żeby zatkać jej usta i udajemy, że wszystko jest w porządku.

 

O ile uczciwsze wydaje mi się rozumowanie samych Indian zdających sobie sprawę, że znaleźli się w potrzasku. Ci, którzy nie chcą klepać biedy w rezerwatach i na różnego rodzaju „złych ziemiach”, stawiają sprawę jasno: trzeba odejść od koców, symbolu dawnego życia, i próbować żyć jak biali, bez mydlenia sobie oczu zachowaniem dawnej tożsamości i przywiązaniem do wartości, które się odrzuca. Ci, którzy chcą żyć wśród białych, kultywując poczucie własnej tożsamości i odrębności, pomimo trudności, a także upokorzeń, jakie ten wybór niesie, prowadzą często działalność artystyczną, wykonują zawody mało płatne i zmagają się z trudnościami życia codziennego . Tym natomiast, którzy wierni dawnym wartościom chcą w rezerwatach, czy na „złych ziemiach” kultywować tradycyjny sposób życia, trzeba zostawić wolność wyboru, uznać ich roszczenia i przestać ferować wyrokami o niekonstruktywnym programie dla Indian. Sądzę, że autentyczną dumę ze swej indiańskości może zachować Indianin, który jest przekonany o jej wartości. Problem w tym, że biali zrobili wszystko, żeby dowieść Indianom ich niższości (czy argument o nieskutecznym Indianinie nie wyrasta z tego przeświadczenia?). Dumę z własnej kultury ponownie obudzili w Indianach działacze z AIM, a także tradycyjni wodzowie. Aby jednak indiańskość postrzegana była jako wartość, należałoby przede wszystkim przeorać umysły białych.

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry