Powrót                                         

 

 

Każdy nazywa barbarzyństwem to,

co nie należy do jego zwyczajów.

                      Montaigne, Próby

Apacze przybyli z północy. Podobnie jak inne ludy we wcześniejszych falach migracyjnych. W poszukiwaniu terenów łowieckich ci doskonali myśliwi i wojownicy dotarli do dzisiejszego pogranicza Stanów Zjednoczonych i Meksyku. Byli jednym z wielu koczowniczych plemion strefy półpustynnej, która po konkwiście utworzyła północną prowincję Nowej Hiszpanii. Historia ostatnich lat wolnych Apaczów wpisała się w historię Stanów Zjednoczonych. Były to lata walk, których brutalność i bohaterstwo przerosło wszystko, co widziano na Południowym Zachodzie. Ale zmagania z Amerykanami to ostatni już akt apackich wojen prowadzonych crescendo przez trzy wieki bez mała i kulminujących w tym końcowym, dramatycznym okresie. Pierwsze starcia Apaczów z Hiszpanami sięgają końca XVI wieku; od tamtego czasu, nieustannie zagrożeni na swych ziemiach, porywani, sprzedawani do niewolniczej pracy w mieście Meksyk i za oceanem, poddawani na przemian chrystianizacji i eksterminacji, Apacze prowadzili uporczywą walkę z hiszpańskim najeźdźcą, nie pozwalając mu nad sobą zatriumfować. Zanim stali się amerykańską legendą, naznaczyli historię hiszpańskiej kolonii, a ich wojny wpisały się w długą tradycję wojen Cziczimeków.

Aztekowie nazywali Cziczimekami ludy zamieszkujące dziką, nieurodzajną krainę rozciągającą się na północ od ich imperium. Dla osiadłych społeczeństw Ameryki Środkowej była to kraina mityczna, z nią bowiem wiązały się legendy o ich genezie. Te północne ziemie późniejszej hiszpańskiej kolonii, od Rio Lerma do źródeł Rio Grande, od Zatoki Meksykańskiej do Zatoki Kalifornijskiej, zamieszkiwały niezliczone ludy koczownicze o nazwach dziś prawie zapomnianych. Prawie, gdyż odnajdujemy wśród nich Indian Tarahumara, Seri i Papago, a na północnych krańcach prowincji Komanczów i Apaczów. Nomadzi byli nieujarzmieni, wolni, żyli na nieogarniętych przestrzeniach. Mieszkali w szałasach z gałęzi, czasami w domach z gliny. W większości nie znali rolnictwa. Pojęcie własności ziemi było im obce, ich teren przenosił się wraz ze zwierzyną łowną. Stopniowy zanik bizonów zmusił myśliwych Apaczów i Komanczów do przenoszenia się w regiony, gdzie pojawiła się nowa zdobycz: konie i bydło hiszpańskich osadników. Te wędrujące ludy żyły w stanie permanentnej wojny, która stanowiła o ich sile i która doprowadziła do ich zguby. Dzięki sztuce wojennej i sile fizycznej byli najpierw niezwyciężeni, ale ich wewnętrzne podziały i międzyplemienne rywalizacje, umiejętnie wykorzystywane przez najeźdźców, stanowiły o ich słabości i przypieczętowały ich los.

O ile zawojowanie osiadłych społeczeństw Ameryki Środkowej przez Hiszpanów nastąpiło błyskawicznie, o tyle kolonizacja ziem na północy okazała się nadspodziewanie trudna: ludy żyjące na tych terenach stanowiły prawdziwą przeszkodę w triumfalnym marszu zdobywców. Były to ludy wytrawnych wojowników o doskonale opanowanej sztuce wojennej i świetnej znajomości terenu. Ich zdolność do przeżycia w niegościnnym środowisku była zdumiewająca. Ci mieszkańcy jałowych ziem, noszący ubrania ze skór zwierząt, żyjący z łowiectwa i zbieractwa, nie znający kleru ani świątyń, których kulturę Paul Kirchhoff określił mianem "kultury pustynnej", zbliżali się pod wieloma względami do Indian Ameryki Północnej.

W ślad za Aztekami, Hiszpanie poczęli określać te plemiona z północy mianem Cziczimeków, której to nazwy używali jako synonimu barbarzyńców. Nie odnosiła się ona do konkretnych plemion ani konkretnego języka, lecz do sposobu życia tych ludów i obejmowała narody tak od siebie oddalone jak Zacatekowie, Pame, Seri i Apacze. O właściwych ludach Cziczimeków wiemy mało, tyle tylko, że ich kultura była bardzo stara. Cziczimekowie przybyli z północy. Wszystkie kroniki wielkich cywilizacji opisują ich ataki. Plemiona te zasiliły z czasem rolnicze społeczeństwa Ameryki Środkowej, asymilując się z nimi i przekazując im po części własne zwyczaje. Cziczimekami byli również Uacusechowie, inni nomadzi przybyli prawdopodobnie z północy, świetni myśliwi i wojownicy, którzy zawojowali rolniczo-łowieckie społeczeństwa nad jeziorem Patzcuaro i wymieszawszy się z nimi stworzyli w XIII wieku imperium Purepechów (Tarasków), które miało zginąć pod ciosami Hiszpanów.

Relacja o Michoacanie jest kroniką zdobycia krainy nad jeziorem Patzcuaro przez Uacusechów, nazywanych konsekwentnie Cziczimekami. Jest to dokument niezwykle cenny. Podyktowany hiszpańskim kronikarzom przez kapłanów Purepecha stanowi autentyczny przekaz indiański, wyrażający rozumienie świata tubylców, ich sposób myślenia, odczuwania i mówienia. Co więcej, przekazując nam informacje o tych przybyszach z północy u progu czasów nowożytnych, mówi nam jednocześnie o innych koczowniczych plemionach hiszpańskiej prowincji. Uacusechowie zbliżają się bowiem swymi zwyczajami, religią i technikami wojennymi do ludów zamieszkujących jałowe ziemie Meksyku. Opierając się na Relacji o Michoacanie Jean-Marie Le Clézio kreśli obraz tych ludów w pasjonującym zbiorze esejów Meksykański sen albo przerwana myśl indiańskiej Ameryki [1]. Wiele cech portretu Uacusechów, mówi pisarz, "wojowników dumnych i okrutnych, pełnych cnót i żarliwej wiary", składa się na portret indiańskiego wojownika, który zdominował północ i zachód Meksyku, a którego obraz przekazali nam hiszpańscy kronikarze.

Wojownicy

Społeczeństwo Cziczimeków-Uacusechów sprowadzało się do klanu, nad którym autorytet sprawował wódz. Były to ludy silnie rozdrobnione, nie znające niewolnictwa. Tak jak nomadzi z terenów półpustynnych, Uacusekowie żyli głównie z łowiectwa i zbieractwa. Relacja o Michoacanie przeciwstawia tryb życia i zwyczaje tych ludów zwyczajom ludów osiadłych: "Po co mieszkańcy wysp sprowadzili Cziczimeków nad jezioro? Jaki pożytek może być z ludzi, którzy spędzają czas na polowaniu w górach jak włóczędzy? [...] Cziczimekowie błądzą po lesie, bo nie mają domów"[2] – wyraził swoją obawę przed wojowniczymi przybyszami jeden z osiadłych władców. Były to ludy głęboko religijne, "harmonijnie łączące mistycyzm z surowością obyczajów". Młodzi chłopcy wysyłani byli w góry, by dzięki próbie postu, samotności i medytacji zapoczątkować okres przejścia w wiek męski. Chłopców bardzo wcześnie przyuczano do sztuki łowieckiej i wojennej, do posługiwania się bronią. Dla Hiszpanów Cziczimekowie byli "najlepszymi łucznikami świata". Łuk robiony był z niedościgłą precyzją, a jego wyrabianie miało charakter sakralny. Charakter sakralny miały również strzały o ostrzach w kolorach czterech stron świata: "Te strzały są bogami – mówi wódz Cziczimeków - To nimi nasz bóg zabija i nigdy nie wysyła dwóch strzał na darmo". Sprawność łuczników była zdumiewająca i zachwycała zdobywców. "Są tak zręczni i tak świetnie mierzą, że gdy celują w oko, a strzała trafi w powiekę, mówią, że strzał był zły"[3]. W ich rękach łuk był bronią niezwykle groźną i mógł rywalizować z działami i rusznicami Hiszpanów. Relacja o Michoacanie opisuje, jak wódz Uacuseków ogłuszył strzałą kolibra, nie raniąc go nawet, czym wzbudził podziw osiadłego władcy: "Jesteś prawdziwym Cziczimekiem. Któż mógłby ci dorównać. Ty nie chybiasz nigdy". Kilka wieków później amerykański wojskowy powie o wodzu Apaczów Chiricahua: "Nikt nie potrafi wystrzelić strzały szybciej, dalej i z większą łatwością niż Cochise"[4].

Jedną z cech charakterystycznych tych ludów była nagość. Wytrzymali wojownicy walczący nago zimą i latem symbolizowali męską siłę i pierwotną czystość. To oni, a nie mieszkańcy rolniczych społeczeństw, stali się podstawą mitu "szlachetnego dzikusa". Relacja o Michoacanie przeciwstawia tych prawych wojowników z przepaską na biodrach ostatnim kacykom ludów osiadłych, których ubrania i nadmiar ozdób oznaczały dekadencję, kłamstwo i zepsucie. Wiele lat później, w mroźny lutowy poranek, widok pomalowanych do walki, nagich Apaczów wyda się amerykańskim żołnierzom bardziej przerażający niż widok wojska w pełnym rynsztunku. Nomadów cechowała zręczność i kocia lekkość, odporność na zmęczenie, wytrzymałość na głód, pragnienie i upał, które, w oczach zdobywców, były tyleż godne podziwu, co degradujące, zbliżały ich bowiem do zwierząt. Indianie Cora, Seri, a później Apacze i Komancze uważani byli przez Hiszpanów za bliskich natury. To rodziło pogardę najeźdźców dla tych ludów i usprawiedliwiało okrutną wojnę, niewolnictwo i przywłaszczanie indiańskich ziem. W 1753 r. jezuici wyrażali naglącą konieczność wytępienia Indian Seri: "Dopóki ich rasa nie wygaśnie, dopóty pokój na tych ziemiach będzie niemożliwy". Sto lat później podobną opinię o Apaczach wyrażą mieszkańcy Arizony.

Religia i rytuały

Religia Cziczimeków o dominancie mistycznej miała wiele cech wspólnych z wierzeniami ludów pustynnych i diametralnie różniła się od religii najeźdźców. Relacja o Michoacanie przybliża nam religijne rytuały tych ludów. Charakterystyczny był dla nich kult słońca i strzał. Podział świata na cztery części symbolizowane przez cztery kolory. Kult gwiazd, szczególnie Wenus i Plejad. Rytualna wojna. Kult jelenia i orła. Rola przepowiedni i wizji. Rytuały wywołujące halucynacje. W końcu święta wojna prowadzona z chrześcijańskim najeźdźcą, będąca przedłużeniem wojen rytualnych. Cechy te charakteryzowały koczownicze ludy do czasów współczesnych i odróżniały je od ludów osiadłych. To one pozwoliły im wyjątkowo długo opierać się białym zdobywcom i misjonarzom.

Jednym z największych bóstw większości plemion północy i północnego zachodu było słońce. Dla Cziczimeków słońce było ojcem, a ziemia matką. Indianie Pame, Guamare, Otomi, a także Tepehuanowie, Apacze i Komancze wyznawali kult słońca, boga-ojca, któremu składali w ofierze krew pierwszej upolowanej zwierzyny, kadzidło i tytoń. "Krwią jeleni, które zabijamy strzałami, karmimy słońce i bogów z czterech stron świata" - mówi wódz Uacusechów. Ofiara składana bogom na miejscu polowania przywołuje najbardziej antyczne rytuały błagalne. Znane były one ludom na pół osiadłym, przetrwały również u Azteków.

Większość kultur indiańskich zasadza się na wizjach i snach. "Gdzież nie spał ten, który chodził po wszystkich górach w poszukiwaniu wizji", mówi o jednym z wodzów Relacja o Michoacanie. Przez Indian sen uważany był za prawdziwą podróż duszy poza ciało, podczas której człowiek zapoznać się mógł z przyszłością i otrzymać przestrogi. Religia wędrujących plemion nie miała kleru. Wykrystalizowała się przez to szczególna rola wizji, które wprowadzały między boskością i człowiekiem relację zupełnie inną niż w zhierarchizowanych strukturach kościoła chrześcijańskiego. Ekstaza oznaczała indywidualność wiary, bezpośredni kontakt z siłami boskimi. Tożsamość Indian oparta była na tym ekstatycznym stosunku do świata boskiego, kiedy, dzięki widzeniom, każdy człowiek mógł się zjednoczyć ze światem nadprzyrodzonym.

W celu wywołania wizji koczownicze plemiona uciekały się często do środków halucynogennych, które stosowano podczas ceremonii uzdrawiających i rytuałów wojennych. Pejotl, grzyby, bieluń używane były także w kulturach Ameryki Środkowej  przy ofiarach składanych z ludzi. Ale rytuały wywołujące wizje miały wielkie znaczenie przede wszystkim wśród plemion północny ze względu na rolę, jaką odgrywały podczas walk powstańczych. Świadectwa hiszpańskich kronikarzy podkreślają zgodnie wagę tych rytuałów i przepowiedni, jakie wywoływały. Wiara w przepowiednie i widzenia przy użyciu pejotlu cementowała duchową jedność Indian i przeciwstawiała ich chrześcijaństwu. W wojnach powstańczych XIX wieku środki odurzające doprowadzały Indian do ekstazy i przekonywały ich o odporności na ciosy.

Jednym z największych i najgwałtowniejszych rytuałów religijnych osiadłych Purepechów było święto wojny związane z kultem nowego ognia i cyklem Wenus. Było to kosmiczne święto celebrujące zmianę związaną z kalendarzem, wielkie święto ognia i krwi. Wojna stanowiła szczytowy moment religijnego życia Purepechów. Wojownicy prowadzili ją wspólnie z bogami, a jej celem było nakarmienie bogów. Dla utrzymania równowagi między niebem i ziemią kapłani i wojownicy Purepecha składali w ofierze ciała swych wrogów, a czasami swoją własną krew. Tożsamość indiańska zasadzała się na całkowitym zespoleniu wojny i religii. "Podczas wojny i rytuałów ofiarnych - mówi Jean-Marie Le Clézio - tak jak podczas codziennych czynności, Indianin powiązany był z siłami nadprzyrodzonymi, z całym stworzeniem. Był jednocześnie wyobrażeniem i pożywieniem bogów. Śmierć nie była dla niego końcem, nie była też początkiem innego życia. Była ostatecznym połączeniem ze światem boskim".

Również dla Cziczimeków wojna stanowiła część porządku boskiego, który panował nad światem od początków. W rytualnej wojnie zdobywano ziemie dla bogów, szukano drzewa dla świętych stosów. Prowadzono ją z wrogami z czterech stron świata. Praktyki wojenne Cziczimeków były te same, co u wszystkich plemion północnych. Wojownicy byli odważni i napastliwi, a jednocześnie przebiegli i ostrożni. Atakowali przez zaskoczenie, próbowali przerazić przeciwnika swym wyglądem i krzykiem, uderzali brutalnie i znikali w niedostępnych górach. "Podobni są do dzikich lwów", notuje hiszpański kronikarz. "Spadają jak orły, atakują pod osłoną nocy, albo w gorące godziny dnia". Tak walczyli Xiximowie "naród najdzikszy i najbardziej zbuntowany", Seri, którzy atakowali znienacka i przerażali swym krzykiem, oraz Apacze. W XIX wieku tę taktykę Apaczów opisali Amerykanie: w czasie walk widać było nad górami dymy, rzadziej przeciwnika z krwi i kości, a potem, z przerażającym krzykiem wojownicy uderzali tam, gdzie się ich najmniej spodziewano, i równie szybko znikali. Symbolem tych ludów żyjących z polowania i wojny na najdzikszych, najbardziej pustynnych terenach Ameryki był dumny i drapieżny orzeł. Kult orła znany był większości plemion Ameryki Środkowej i Północnej. Nazwa ludu, który zawojował Michoacan jest wymowna: Uacusekowie znaczy orły. Orłami Południowego Zachodu nazwie Worcester Apaczów.

Święta wojna

Konkwista, która pociągnęła za sobą zniszczenie bogów i symboli religijnych, rozbicie odwiecznego porządku i zagrożenie dla wiekowych tradycji, była dla Indian niesłychanym wstrząsem. W okresie po podboju rytualna wojna Cziczimeków przekształciła się stopniowo w świętą wojnę z najeźdźcą. Termin "święta wojna" wprowadzony został przez Philipa Wayna Powella[5] na określenie rozpaczliwego zrywu Indian przeciw Hiszpanom i przeciw śmiertelnemu zagrożeniu, jakie od XVI wieku zawisło nad nomadami północy i północnego-zachodu Meksyku. Charakter tych wojen analizuje obszernie Jean-Marie Le Clézio. Tak jak wojny rytualne, walki powstańcze charakteryzowało totalne połączenie wojny i religii. Wszystkie indiańskie rewolty zaczynały się zawsze jako powstanie bogów. Święta wojna była wojną o zachowanie tradycyjnych wartości i własnej religii, a wiara podtrzymywała Indian w rozpaczliwej walce przeciwko najeźdźcy. Była to święta wojna dla jednych i dla drugich. Dla Hiszpanów Indianie byli "niewiernymi", tak jak niegdyś muzułmanie. Wojna z nimi była sprawiedliwa, gdyż chodziło przede wszystkim o to, by podporządkować "tych barbarzyńskich i okrutnych Cziczimeków świętej wierze katolickiej i majestatowi króla". Dla Indian najeźdźca hiszpański był wrogiem absolutnym, gdyż brutalnie zabierał ziemie, uprowadzał niewolników i głosił religię radykalnie różną od ich własnej.

Tymczasem pierwsze kontakty Indian z Hiszpanami były dobre. Wielu z nich widziało w przybyszach ze Wschodu spełnienie indiańskich przepowiedni i przyjmowało chrzest w akcie poddania. Ale bardzo szybko złe traktowanie, systematyczne niewolnictwo i zabór ziem doprowadziły do rewolty. Powstania Indian wymierzone były zarówno przeciw władzy Hiszpanów, jak i przeciw ich religii. Wielu wodzów ochrzczonych przez misjonarzy odrzuciło nową wiarę i stanęło na czele zbuntowanych.

Odrzucenie chrześcijaństwa - mówi Le Clézio - było gwałtownym i rozpaczliwym potwierdzeniem tożsamości indiańskiej. Wszystko w tych kulturach było inne: zwyczaje, wiara, koncepcja świata. Hiszpanie potępiali to, co było dla nich pogańskie: poligamię, nagość, palenie zmarłych, malowanie ciał i tatuaże, długie włosy i ozdoby, obrzędy prowadzące do odurzenia i rytualne tańce. Ale prawdziwa przepaść dzieliła same koncepty religijne: wielobóstwo, krwawe ofiary i kult zwierząt, które stanowiły zasadę religii Indian. Dla Indian, których filozofia zakładała wojnę i kontakt z bogami, religia chrześcijańska ze swym pojęciem miłosierdzia, kultem pokoju i zasadą miłości, była zupełnie obca. Przesłanie miłości i sprawiedliwości pierwszych misjonarzy spotkało się z niezrozumieniem, a potem z rosnącą nieufnością Indian, w miarę jak zasadom tym przeczyła brutalność Hiszpanów, szukających złota, ziem i niewolników. "Czy mamy żyć według zasad, które Hiszpanie wymyślili, aby nam szkodzić? Ci, którzy są teraz naszymi panami przynieśli nam więzienie, niewolę i straszne kary w postaci dzikich psów pożerających ofiary namaszczone tłuszczem", mówi doradca ostatniego króla Michoacanu.

Narzucanie Indianom obcej religii i obcej moralności prowadziło do protestu i rodziło nienawiść. Na zniszczenie swych wartości i religijnych symboli Indianie odpowiadali zniszczeniem. Palili kościoły, niszczyli ołtarze, zabijali duchownych. Bywało, że rewolty te wybuchały nagle i szybko gasły, ale najczęściej prowadziły do prawdziwej wojny z hiszpańskim najeźdźcą. Święta wojna Cziczimeków była wojną totalną, brutalną i bezlitosną, w której uczestniczyli wszyscy, kobiety i dzieci. Punkt kulminacyjny tych wojen przypadł dla każdego narodu w innym czasie. W 1541 r. na północy Meksyku wybuchło jedno z najkrwawszych powstań w historii hiszpańskiego imperium, powstanie pod Mixtón, pod duchowym przywództwem czarowników, którzy obwieszczali powrót Tlatola wraz ze wszystkimi zmartwychwstałymi przodkami. Zacięte walki Zacateków i Guachichilów, nacechowane wyjątkowym okrucieństwem, trwały od 1550 do 1590 roku. W 1616 r. w klimacie magii i fanatyzmu wybuchło powstanie Tepehuanów. W 1680 r. powstali Indianie Pueblo pod wodzą proroka apostaty. W 1695 r., w odpowiedzi na złe traktowanie jezuitów, powstali Pimowie, o których Hiszpanie myśleli, że mogą na nich liczyć w walce z Apaczami. Z niszczycielską furią prowadzili swą rewoltę koczownicze plemiona Lacandon na południu Meksyku: "Złapali i zabili wielu ludzi i poświęcili na ołtarzach dzieci; wyrwali im serca i ich krwią pomazali obrazy w kościele, i u stóp krzyża poświęcili inne; i gdy dokonali tych czynów, zaczęli głosić: chrześcijanie, powiedzcie swojemu Bogu, aby was obronił". Ta atmosfera gwałtu i religijnej egzaltacji charakterystyczna była dla większości wojen "barbarzyńców".

Aktywność chrześcijańskich misjonarzy prowadziła do rewolty, ale miała jednocześnie ten efekt, że bardzo szybko święta wojna Indian nabrała charakteru mesjanistycznego. Mesjanizm Indian był synkretyczną zbitką religii indiańskiej, w której przez szamana czy czarownika przemawiało bóstwo, i religii chrześcijańskiej ze swym motywem inkarnacji i zmartwychwstania. Od XVI wieku większość wojen indiańskich w Meksyku miało charakter mesjanistyczny. Pojawili się indiańscy prorocy głoszący nieśmiertelność dla wszystkich, którzy staną do walki z hiszpańskim zaborcą. W 1616 roku Tepehuanów podburzył do świętej wojny stary Indianin, apostata, który stał się prawdziwym mesjaszem i w mistycznej furii przyrzekał Indianom zwycięstwo nad Hiszpanami. Chodził od wioski do wioski i podnosił ludzi do walki. "Jego przemowa była tak dobrze przemyślana i tak skutecznie wzruszała smutną duszę Indian, że ledwo go wysłuchali, natychmiast zapalali się gniewem przeciw Hiszpanom, odrzucając prawa, jakie im wpajano i sposób życia, jaki im narzucano". Rewolta Indian Jano, Suma, Jacome, atapasków uważanych przez Hiszpanów za Apaczów, prowadzona była przez Indianina, który "podawał się za boga, który wszystko stworzył, i nie chciał już sprzedawać kukurydzy Hiszpanom i mówił, że trzeba spalić Hiszpanów, żeby wszystkim żyło się lepiej". Powstanie Zapoteków wywołane zostało przez wizję o charakterze mesjanistycznym: na placu w mieście Oaxaca pojawił się nowy bóg, aby ogłosić nadejście trzech tubylczych wodzów, którzy wygnają Hiszpanów i położą kres niewoli. Wojny powstańcze prowadzone były w atmosferze magii, a zacięty opór Indian podtrzymywała wiara w nieśmiertelność wojowników i w ostateczne zwycięstwo. "Wierzyli do tego stopnia, że będą mogli zmartwychwstać, że rzucali się na ostrza mieczów, na lance Hiszpanów i z barbarzyńską odwagą szli na ich działa". Tak jak podczas wojen w Ameryce Północnej, wpływ i sława religijnych wodzów rozlewały się błyskawicznie, co dowodziło głębokiej potrzeby tych ruchów.

Od powstania pod Mixtón w 1541 r., które było jednym z najtragiczniejszych, po ostatnie epizody wojen Apaczów, wojny indiańskie następowały po sobie naznaczone tą samą gwałtownością. Rok po roku rewolty te tłumione były brutalnie przez armię hiszpańską, a potem meksykańską. Religijni przywódcy zostali straceni bez sądu podczas okrutnych represji. Dla ludów, które uczestniczyły w tej totalnej wojnie, klęska oznaczała śmierć. Bo zaangażowanie Indian było totalne. Pod Mixtón walki toczyły się w dzikim, mistycznym gniewie. "Barbarzyńcy o nagich, pomalowanych ciałach, przystrojeni w pióra, pijani pejotlem", prowadzeni byli do walki przez czarowników i wodzów wojennych. Ich religijny zapał zderzył się z religijnym zapałem Hiszpanów, którzy atakowali Peñol de Nochistlan prowadzeni przez cudowną wizję białego jeźdźca, w którym rozpoznali archanioła Michała.

Wobec przeważającej siły Hiszpanów, sześćdziesiąt tysięcy Indian zamknęło się  w naturalnej fortecy z kamieni, by wytrzymać straszliwą blokadę. Ich wola śmierci była jednomyślna. Mówili, że "nie chcą się poddawać, ani zawierać pokoju, gdyż są na własnych ziemiach, a Hiszpanie powinni powrócić na swoje i tam mieliby pokój". Zdobycie jednej z tych twierdz, Peñol de Cuina, zamieniło się w dziką rzeź. Tym większą, że Indianie popełniali masowe samobójstwa, aby nie dostać się do niewoli. Widząc, że będą wzięci "zaczęli się zabijać jeden po drugim, rzucali się w przepaść i zabijali własne dzieci zrzucając je ze skał, na co nie można było patrzeć, i w ten sposób zginęło lub zabiło się 4 tysiące Indian, nie licząc kobiet i dzieci". Okrucieństwo Hiszpanów często prowadziło Indian do rozpaczliwych czynów. Jeden z encomenderos "miał charty i polował na ludzi jak na zwierzęta, a psy rozrywały ich na kawałki. Widząc te okrucieństwa godne piekła, wszyscy Indianie z prowincji Culiacan powstali, podpalili swoje wioski i zapasy żywności, i zabiwszy własne dzieci, których nie mogli zabrać ze sobą, ukryli się w górach". Ta sama rozpaczliwa brutalność naznaczy większość walk plemion północnych, aż do kapitulacji Apaczów.

Od 1821 r. wojna Apaczów staje się szczególnie bezwzględna i rozpaczliwie beznadziejna. Hiszpańską wojnę zastępuje wojna Meksykanów, a w 1854 roku na arenę wkraczają Amerykanie. Zaciętym walkom Mangasa Coloradas, a potem Cochise'a odpowiadają bezlitosne ekspedycje armii dwóch krajów i czterech stanów. W 1862 roku generał James Carleton wysyła pułkownikowi Carsonowi rozkaz, który równoznaczny jest z wyrokiem śmierci na Apaczów: "Należy pokonać ich decydująco, nie wdając się w żadne rokowania. Wszystkich mężczyzn tego plemienia zabijać bez względu na czas i miejsce. Kobiety i dzieci oszczędzać, ale brać do niewoli"[6]. Wypierani przez amerykańską armię, wycofując się przed wojskiem Meksykanów, Apacze sięgają po wypróbowaną taktykę Cziczimeków: chowają się w niedostępnych górach i żyją dzięki grabieży. Nieuchronności historii przeciwstawiają ciągle odnawianą przysięgę Netdahe (śmierć obcym), którą ich przodkowie składali w obliczu hiszpańskiego zagrożenia. Wojownicy groźnej grupy Chiricahua skupiają się wokół wojennych wodzów, którzy tworzą historię ostatnich walk Apaczów. "Ta totalna wojna – mówi Le Clézio - jest wojną beznadziejną. Jest czymś więcej niż starciem ras i ludów: to prawdziwe starcie myśli i kultur, w którym zwarły się w nierównym boju społeczeństwo pierwotne sławiące odwagę, siłę fizyczną i religijny zapał i społeczeństwo materialistyczne, dla którego najważniejsze są pieniądze i sukces." Wynik tej wojny nie mógł być inny. Walki, które prowadzą Cochise, Juh, Victorio i Geronimo, to ostatni już akt świętej wojny "barbarzyńców", akt brutalny, rozpaczliwy i beznadziejny, który załamie się pod ciosami sto razy liczniejszej armii Amerykanów i Meksykanów.

Tu też śmierć była ostatnim wyjściem dla tych doskonałych myśliwych i wojowników, którzy w nowej rzeczywistości mogli być tylko wyjęci spod prawa. Choroby, bieda, głód, alkohol, deportacje, bohaterska śmierć bezlitośnie zdziesiątkowały szeregi Apaczów. Umarł Cochise, zginął Victorio, z wysokiej skały spadł Juh. Tak jak niegdyś Indianie z Nochistlanu, okrążeni, pozbawieni amunicji wojownicy Victoria popełniali samobójstwa, żeby nie dostać się do niewoli. Garstka "dzikich – jak określił ich amerykański oficer - na pół uzbrojonych i jeszcze mniej ubranych" ukryła się w swych rodzinnych górach, by uniknąć zamknięcia w San Carlos. Gdy poddał się w końcu Geronimo z grupką wygłodzonych wojowników, gdy ostatni apaccy renegaci zesłani zostali na Florydę, a dumę pozostałych łamano w rezerwatach, gdy serce i duszę Indian pochowano pod Wounded Knee, zginęli bogowie, zamilkły wyrocznie, duchowa moc opuściła przyrodę. Cisza zapadła na indiańskich ziemiach i nastał cywilizowany pokój. "Od kiedy są tu biali, przestaliśmy śnić" - głos tubylcy zabrzmiał jeszcze jak skarga. Ale nowi ludzie trzeźwo patrzyli na świat i życie mogło przybrać materialistyczny, pragmatyczny charakter.  


[1] Jean Marie G. Le Clézio, Le Rêve mexicain ou la pensée interrompue, Gallimard, Paris, 1988.

[2] Relation de Michoacan, Gallimard, Paris, 1984.

[3] Cytaty kronikarzy hiszpańskich za pracą J.M.G. Le Clézio, op. cit.

[4] Edwin Sweeney, Cochise, Chiricahua Apache Chief, University of Oklahoma Press, 1991.

[5] Philip Wayne Powell, Soldiers, Indians and Silver: Norht America’s First Frontier War, Arizona State University, 1975.

[6] Donald Worcester, Apacze, Orły Południowego Zachodu, TIPI, Wielichowo, 2002.

 

Bibliografia:

- Jean-Marie G. Le Clézio, Le Rêve mexicain ou la pensée interrompue, Gallimard, Paris, 1988

- Relation de Michoacan, tłumaczenie na francuski i opracowanie J.M.G. Le Clézio, Gallimard, Paris,1984

- Donald Worcester, Apacze, Orły Południowego Zachodu, TIPI, Wielichowo, 2002

- Edwin Sweeney, Cochise, Chiricahua Apache Chief, University of Oklahoma Press, 1991.

________________________

©Zofia Kozimor

 
   Powrót

Do góry