Powrót                                        

 

 

Tajemnice Fortecy Cochise'a

 

Marybeth mieszka w dolinie wciśniętej głęboko w góry Dragoon, w miejscu, w którym przed laty Apacze Chiricahua rozbijali swoje obozy. Dolina przecinająca góry ze wschodu na zachód jest niezwykle malownicza, to z pewnością jeden z najpiękniejszych zakątków hrabstwa Cochise. Była ulubionym miejscem wielkiego wodza Chokonenów. Tuż przed śmiercią Cochise przeniósł się ze swą grupą z Przełęczy Apaczów w góry Dragoon, jakby wiedział, że dochodzi do kresu swej drogi i pragnął w tej dolinie zostać na zawsze.

Kilka osób osiedliło się w dawnej „fortecy” Cochise'a. Dla żadnej z nich nie był to wybór przypadkowy. Dzisiejsi mieszkańcy doliny utrzymują ścisłe kontakty z Apaczami z San Carlos i Mescalero, wspólnie z nimi organizują w dolinie indiańskie ceremonie, są niejako gwarantem stałej obecności Indian na ich dawnej ziemi.

Marybeth wtopiła się w duszę doliny, zna doskonale jej historię, odczytuje bezbłędnie ślady Apaczów, rozumie znaki, jakie wysyła jej świat roślin, zwierząt i minerałów. Każdego wieczora wyrusza na obchód sprawdzić, czy turyści nie zaprószyli ognia i nie naruszyli spokoju tego miejsca. Mieszka wraz z mężem w niewielkim domku z drewna w otoczeniu kaktusów, meskitów i ocotillo. Wychodząc o zmroku, uważa, żeby nie spłoszyć nadchodzących z lasu wieczornych gości. Nad wejściowymi drzwiami jej domu widnieje napis „bebe gowa”, co w języku Apaczów Chiricahua znaczy nasz dom (szałas).

Krzew ocotillo

Nieskończoną ilość razy przemierzaliśmy z Andrzejem dolinę zawsze z tym samym wzruszeniem obserwując jej świeżość, piękno i dyskretnie wyrażoną gościnność. Dobrze znamy jej zakątki, wiemy, gdzie znajdują się źródła wody, cenne tym bardziej, że dno płynącego tu niegdyś potoku wyschło, jak nam się zdawało, na zawsze. Jakież było nasze zdziwienie, gdy tego roku wyruszając w góry z Marybeth, usłyszeliśmy w dolinie plusk wody i ujrzeliśmy rwący strumień. Pora deszczowa przyniosła wyjątkowo obfite opady i wypełniła potoki w górach Dragoon i Chiricahua. Dla mieszkańców miasteczek położonych w dolinie Sulphur Springs oznaczało to zresztą niemały kłopot, gdyż woda pozalewała drogi i mocno zdezorganizowała ruch w całym hrabstwie. Któregoś wieczoru wracaliśmy o zmroku do Sunsides położonego u stóp gór Dragoon. Byliśmy może 500 metrów od drogi skręcającej do miasteczka, gdy okazało się, że szosa przed nami tonie w wodzie. Wysiadłam z samochodu, żeby sprawdzić, czy woda jest bardzo głęboka. Sięgała prawie do kolan. Po drugiej stronie potoku zatrzymał się wielki pick-up. Jego kierowca musiał widzieć nasze wahanie, gdyż zawrócił, przeciął potok i powiedział nam, żebyśmy próbowali przejechać. Poradził jechać wolno, żeby nie rozpryskiwać wody, cały czas na pierwszym biegu, naciskając na gaz, żeby nie zalać rury wydechowej. A jakby coś, to on nas wyciągnie. Udało się, podziękowaliśmy życzliwemu kierowcy. Nie pierwszy i nie ostatni raz przekonałam się o niezwykłej solidarności ludzi mieszkających na tym pustkowiu. W razie jakiegokolwiek problemu można być pewnym ich pomocy. Zatrzymując się przy drodze, lepiej pokazać przejeżdżającym aparat fotograficzny lub lornetkę, gdyż inaczej przystaną z pytaniem, czy wszystko w porządku.

Na drodze biegnącej wzdłuż gór Dragoon jakoś nam się udało, jednak u stóp gór Chiricahua ruch ustał zupełnie. Potok Turkey Creek spływający z gór był tak szeroki, głęboki i rwący, że nawet samochody terenowe wolały tam nie wjeżdżać. Widok natury zagarniającej z rozmachem to, co do niej należy, był pomimo chwilowych kłopotów cudowny.

Potok Turkey Creek przypomina, że tu znajduje się jego łożysko

Był kryształowo czysty poranek, gdy wyruszyliśmy z Marybeth na wędrówkę w góry Dragoon. Szemrzący potok napawał nas radością. W pewnej chwili Marybeth przystanęła. Ścieżka przed nami wypełniona była w niewielkim wgłębieniu zeschłym błotem po wieczornej burzy. Na idealnie równej płaszczyźnie wymytej przez deszcz widać było ślady łap wielkiego kota. Marybeth nie miała wątpliwości: kuguar.

 

Ślady łap kuguara

To było niewiarygodne. Dwa dni wcześniej widzieliśmy kuguara w górach Chiricahua. Z prawdziwie kocią lekkością przeskakiwał z kamienia na kamień po przeciwnym stoku wąwozu. Widok był fascynujący i przerażający. W jednej chwili uświadomiliśmy sobie, jak bardzo jesteśmy bezbronni. Gdy wróciliśmy na parking, powiadomiliśmy leśnika o naszym spotkaniu. Skrupulatnie zaznaczył miejsce, gdzie widzieliśmy kuguara. Na moją uwagę, że teraz będziemy się bali chodzić całymi dniami zupełnie sami po tych górach, z niezdatną do niczego komórką, gdyż nie ma tu zasięgu, roześmiał się. Powiedział, że zna ludzi, którzy od dziesięciu lat pragną zobaczyć kuguara i im się to nie udaje, a my w ciągu tygodnia chcielibyśmy się z nim spotkać dwa razy. Możemy wędrować spokojnie. Już więcej kuguara nie zobaczymy. „I tak dziw, że się wam pokazał”. Popatrzył na nas dziwnie i dodał: „Zdaje się, że chciał się wam pokazać”. Teraz ja spojrzałam na niego dziwnie. To nie było rozumowanie białego człowieka. Doprawdy szczególni ludzie zamieszkują tę krainę.

Kuguar (puma)

Wiedziałam, że w górach Chiricahua, rozległych i naprawdę dzikich, żyją pumy, niedźwiedzie, nie mówiąc o wężach. Góry Dragoon wydawały mi się jednak swojskie, przyjazne, prawie przytulne. A tu okazuje się, że można się natknąć na kuguara. „A także na niedźwiedzia — dorzuca Marybeth — nie mówiąc o wężach”. Przypomniały mi się nasze pierwsze beztroskie wędrówki po tych górach, jakby to były wycieczki na Śnieżkę, nasze nieostrożne powroty już o zmroku. Zdaje się, że Europejczyków, którzy naturę wyasfaltowali, wybetonowali, w najlepszym przypadku zaorali i z konieczności kojarzą ją z parkiem miejskim, powinno się wysyłać na kursy umiejętności życia i przetrwania w świecie nieoswojonym, zanim się ich wpuści na „dziki zachód” Stanów. Byłoby to bardziej przydatne niż pobieranie odcisków palców na lotniskach.

O tym, jak rozpoznać syk grzechotnika, powiedziała nam Lise: przypomina syczenie tryskającej po ciśnieniem wody. Wszystko to jest piękne, gdy ogranicza się do teorii. W praktyce, daleko w górach, dziesiątki mil od najbliższego miasteczka, ze świadomością, że przez tydzień albo i więcej nikt tędy nie będzie przechodził, człowiek naprawdę zdany jest na siebie. W dodatku każde spotkanie ze światem zwierząt jest inne. Choć podczas wycieczek na wszystko zwracamy uwagę, nigdy nie udało nam się dostrzec grzechotnika, zanim ten nie zaczął syczeć (czy też grzechotać, ale ma się wrażenie, że syczy). A nawet słysząc złowrogi syk (rzeczywiście podobny do wytryskującej pod ciśnieniem wody), trzeba się dobrze rozejrzeć, żeby zobaczyć węża. Najlepiej od razu się zatrzymać i czekać, aż sobie pójdzie. To prawdziwe szczęście, że grzechotniki mają zwyczaj uprzedzać o swojej obecności. Ich ukąszenie, z wyjątkiem tzw. ukąszeń suchych, jest śmiertelne, jeśli pomoc nie przyjdzie natychmiast. Wie o tym dobrze Karen mieszkająca samotnie w Fortecy Cochise’a. Któregoś dnia zadzwoniła zaniepokojona do Marybeth z wiadomością, że niedaleko domu trafiła na grzechotnika, który wyglądał tak, jakby na nią czekał. Marybeth zbeształa ją, żeby nie wygadywała głupstw, a wychodząc z domu, uważała, gdzie stawia stopę. Wieczorem Karen zadzwoniła znowu. „Jednak na mnie czekał. Ukrył się w trawie obok zbiornika z wodą. Ugryzł mnie, gdy chciałam zakręcić kran”. Karen była spokojna, choć dobrze wiedziała, co znaczy ukąszenie grzechotnika. Marybeth wiedziała również. Kazała Karen położyć się i leżeć spokojnie. Zawiadomiła pozostałych mieszkańców doliny, żeby się nią zajęli, a sama zatelefonowała do szpitala w Benson, żeby przysłali helikopter. W Benson helikoptera nie było. Szpital skontaktował się z innymi szpitalami. Wolny helikopter znaleziono w Sierra Vista. Wysłano go od razu do Fortecy. Z lądowaniem był kłopot, gdyż w samej dolinie nie ma na to miejsca. Helikopter wylądował na wielkiej łące na przedpolach gór. Karen trzeba było wsadzić do samochodu i podwieźć. Spędziła w szpitalu ponad dwa tygodnie, dzielnie znosząc zabiegi. Dzisiaj ma lekko zniekształconą rękę i nie jest już taka jak dawniej. Ta bratnia dusza Indian stała im się jeszcze bliższa. Ukąszenie węża niejako ją uświęciło, przeniosło do świata sacrum.

Grzechotnik na drodze do Fortecy

Podobnie jak leśnik, który uważał, że kuguar postanowił nam się pokazać, Karen przekonana jest, że wąż postanowił na nią czekać i nie było na to rady. Nie inaczej musi myśleć Hope, czternastoletnia dziewczyna o płomiennych włosach spędzająca wszystkie wakacje u swojego ojca w Fortecy. Podczas roku szkolnego mieszka z matką w Benson. Hope, której Indianie z San Carlos urządzili w czerwcu ceremonię dojrzewania, biega po okolicznych górach boso. Nie lęka się ani węży, ani ostrych kamyków. Dom, w którym mieszka z ojcem, ma kształt wikiupu Apaczów, czy też hoganu Nawahów, a zbudowany został z drewna i szkła przez Indian. Jej ojciec żył za młodych lat na modłę dawnych Indian w górach, a ustatkował się i osiedlił, gdy Hope (Nadzieja) przyszła na świat. Koło ich domu znajduje się szałas potu służący do indiańskich ceremonii. Hope zna w Fortecy każdy kamień, świetnie strzela z łuku, nigdy nie wychodzi w góry bez myśliwskiego noża. Wybraliśmy się z nią na jedną z wycieczek. Na tę okazję Hope założyła jednak tenisówki. Towarzyszył jej pies, Socks, równie niesforny i beztroski jak ona. Hope poprowadziła nas wzdłuż potoku do skały zwanej Grandmother’s Rock. Jest to wielki płaski kamień, na którym znajduje się siedem „moździerzy”. Chodzi o siedem owalnych wgłębień wydrążonych niegdyś przez apackie kobiety, które rozcierały tu kamieniami ziarno. Musiały przychodzić razem, siadać na tej skale i wspólnie rozgniatać kukurydzę bądź strąki meskitów. Kamień znajduje się niedaleko rozległej kotliny nad potokiem, gdzie Apacze Chiricahua rozbijali obozy podczas pokoju. W tej właśnie kotlinie zmarł Cochise, tutaj znajdują się owe cztery akry ziemi zwrócone Apaczom przez białego obywatela. Wyszukuję płaski kamień, siadam na skale i próbuję odnaleźć gest indiańskich kobiet rozcierających ziarno. Hope przynosi w garści strąki meskitów. Sama również bierze kamień i staramy się je rozgnieść. Praca jest ciężka. Trzeba siły i wprawy, żeby zetrzeć te strąki na mąkę. Hope mówi w końcu, że w domu ma mąkę z meskitów kupioną w Benson i że po powrocie zrobi nam naleśniki. Patrzę na płaską skałę i próbuję wyobrazić sobie kobiety, które siadały tutaj, pracowały, rozmawiały, żartowały w czasach kiedy mąki z meskitów nie można było kupić w Benson. 

Zapomniane gesty: rozcieranie strąków meskitów w moździerzu na Grandmother's Rock 

Hope wynajduje potem prosty patyk i kawałek drewna, w którym wywierca kilka dziurek. Kręcąc patykiem w jednej z nich próbuje rozpalić ogień. Gdy zaczyna się wydobywać dym, przestaje. Nie chce rozniecać ognia w suchym lesie. Myśliwskim nożem ścina kwiaty niedźwiedziej trawy i pokazuje nam jak z ich łodyg Apacze wyrabiali strzały. Prowadzi nas w końcu na dużą łąkę, w głębi której wznosi się drewniany domek. Hope mówi, żeby tam nie wchodzić, gdyż lubią się w nim gnieździć węże. Natomiast na tej łące musiała się rozegrać niegdyś potyczka, a może było to miejsce łowów, w każdym razie można tu znaleźć groty indiańskich strzał. Mam ochotę poszukać między kamieniami. Hope mówi jednak, że trzeba na to trochę czasu. Zabiera nas do domu na naleśniki i pokazuje przy okazji kolekcję grotów, które znalazła na łące. Daje mi na pamiątkę grot z czarnego obsydianu. Jest ostry, o regularnym kształcie, widać, jak go obrabiano, prawdopodobnie krzemieniem. Najpierw Grandmother’s Rock, na której kobiety rozgniatały ziarna, teraz grot myśliwskiej strzały. Jestem wzruszona mnogością śladów Apaczów, ich namacalną obecnością.

Zapomniane gesty: rozniecanie ognia

Tego kryształowego poranka Marybeth prowadzi nas do niezwykłego miejsca w Fortecy, położonego nieco wyżej w górach. Królują tam dwie ogromne, symetrycznie położone skały, oparte na podstawie z kamieni, której zdają się ledwo dotykać, trwając w jakieś nieprawdopodobnej równowadze. Miejsce jest zupełnie niezwykłe. Emanuje z niego tajemnicza siła, która przenika nas całkowicie. Odczuwam wielkie wzruszenie, nie rozumiejąc dlaczego. Skały sprawiają wrażenie świątyni, naturalnego apackiego Stonehenge. Na jednej z nich widnieje przedziwny rysunek wyglądający na naturalne dzieło erozji. W centrum ogromnej ściany znajduje się wgłębienie, od którego promieniście rozchodzą się linie, jakby wyżłobione przez wodę. Rysunek zastanawia, niepokoi, przykuwa uwagę. Marybeth wyciąga z torby zdjęcie tego rysunku i przykłada do niego mapę okolicy odbitą na przezroczystej plastikowej kartce. Okazuje się, że jeśli wgłębienie na skale zestawić z kotliną, w której Apacze rozbijali obóz, owe promieniste linie odpowiadają dolinom i naturalnym drogom w górach Dragoon. Według Marybeth na skalnej ścianie narysowana jest mapa, a owo wgłębienie w centrum odpowiada ważnemu dla Apaczów miejscu.

Skała z tajemniczą mapą

Obchodzimy skałę i podchodzimy do niej od strony dość stromego stoku. Marybeth kijem sprawdza, czy nie ma tam węży, i wciskamy się na niewielką platformę u stóp skały. Tutaj, w małej grocie, ukazują się naszym oczom rysunki. Nie są to rysunki wyryte w kamieniu przez Indian Anasazi; namalowane są czarną, startą już nieco farbą przez Apaczów. Jeden z nich przedstawia coś jakby mapę z sześcioma kropkami pośrodku, obok której znajduje się znak X, inne odpowiednio: konia z dwoma jeźdźcami, psa oraz przedmiot w kształcie wachlarza, który według Cranstona z San Carlos, któremu Marybeth pokazała te rysunki, wyobraża koronę na głowie tancerza Gan. Malując owe obrazki, artysta musiał położyć się na ziemi.

Jeden z rysunków na skale (korona tancerza Gan)

 Marybeth ma swoją teorię dotyczącą ich znaczenia. Według niej miejsce to, które było niewątpliwie miejscem modlitw Apaczów, a którego moc wyczuwalna jest przez każdego, kto tu przebywa, zawiera wskazówki dotyczące położenia grobu Cochise’a. Wgłębienie w skalnej ścianie, z promieniami jak słońce, jest znakiem tego miejsca. Ponieważ odpowiada położeniu kotliny, która dziś znowu należy do Apaczów, tam prawdopodobnie został pochowany Cochise. Rysunki wykonane czarną farbą odnoszą się do samej ceremonii pochówku. Cochise’a ubrano w strój wojenny, owinięto w koc i posadzono na konia; za nim usiadł jego syn Taza, który przytrzymywał ciało ojca. Wodza przewieziono gdzieś w góry i spuszczono na linach do głębokiej groty w szczelinie skalnej, przedtem jednak spuszczono do szczeliny ciało jego konia i psa. Tancerze Gan byli na pewno obecni przy ceremonii. Niewielka mapa pokazuje prawdopodobnie miejsce samego grobu. Marybeth sądzi, że to miejsce znalazła. Zupełnie przypadkowo. Spacerując na obrzeżach kotliny Apaczów, zauważyła u stóp wielkiej skały przełamanej na dwie części zawieszony na gałęzi skórzany woreczek. W woreczku tym była garść kukurydzy, tytoń i czerwona apacka przepaska. Wyglądało to na dar zostawiony przez Indian. Marybeth powzięła przypuszczenie, że w tej właśnie rozpadlinie pochowano Cochise’a. Weszła na skałę i znalazła na niej sześć dużych kamieni, które odpowiadałyby sześciu kropkom na mapie. Znalazła też trzy „moździerze” wyżłobione w kamieniach, które można odnieść do trzech żon Cochise’a. Ze szczytu skały widać było, że stok góry przecięty jest wielką szczeliną. Szczelina, lekko otwarta na wschód, zasypana została kamieniami. Cochise z całą pewnością pochowany został w miejscu zwróconym na wschód. Na skale, po drugiej stronie szczeliny, widniał wielki znak X namalowany czarną farbą. Szczelina znajduje się niedaleko kotliny, w której zmarł Cochise. Choć zmarłego wodza posadzono na konia, nie można go było wieźć daleko. Mógł zostać pochowany w znanym sobie i kochanym miejscu. Może naprawdę jego żony na tych właśnie skałach rozcierały ziarno? Teoria Marybeth nie jest pozbawiona podstaw, jest nawet bardzo prawdopodobna. Pikanterii dodaje fakt, że dzisiaj żaden buldożer nie może tu wjechać, żaden archeolog nie może rozpocząć wykopalisk, gdyż ten właśnie skrawek Fortecy należy znów do Apaczów, jak prawdziwe serce gór Dragoon, jak promieniejące w centrum skalnej ściany słońce. Przypadek? Zbieg okoliczności? Sekretna moc Apaczów? Linda powiedziała mi kiedyś, że apaccy szamani przekazują sobie z pokolenia na pokolenie informację o miejscu pochówku wodza. Czy któryś z nich zostawił dlań w darze woreczek z tytoniem?

Tajemnicze apackie Stonehenge

Bardzo wzruszona stałam u stóp wielkiej skały z rysunkami Apaczów, gdy zauważyłam błyszczący w trawie kamień. Był to kryształ górski. Pokazałam go Marybeth. „Jest bardzo piękny — powiedziała z zastanowieniem — problem w tym, że tutaj takich kryształów nie ma. Znaleźć je można w niektórych grotach w Arizonie”. Spojrzałam na skały wznoszące się dookoła. Wszystkie miały lekko różowy kolor. Marybeth była pewna: ten kryształ to również dar zostawiony przez Indian. Według ich wierzeń w krysztale górskim zawarta jest esencja duszy zmarłego. Myślałam, że śnię. Indian tu już dawno nie ma, wywieziono ich daleko, ich ziemie zabrano i sprzedano, ich bydło rozdano, a jednak od czasu do czasu, niepostrzeżenie wracają tutaj, bezbłędnie odnajdują swoje święte miejsca, o których nie wspomina żadna książka, żadna praca historyka czy antropologa, i zostawiają dary w sobie tylko znanym celu. Nie pozwolili swej kulturze zamknąć się w muzeum, nie pozwolili swym zwyczajom stać się folklorem, pozwolili im przeżyć właśnie dlatego, że najważniejsze wierzenia zachowali dla siebie. Wygląda na to, że Apacze otwierają się białym historykom, życzliwie im się użyczają, lecz to, co najistotniejsze, najbardziej sekretne, sam rdzeń swego świata zostawiają dla siebie, jakby w obawie, że i tak nie zostanie zrozumiany. 

Grota z rysunkami

Kiedyś w Fortecy Cochise’a spotkaliśmy rodzinę Apaczów z San Carlos: matkę, ojca i dwoje dzieci. Przyszli, jak powiedzieli, pomodlić się, nabrać sił. Czy poszli do owego Stonehenge? Czy przeszli obok górskiej szczeliny? Czy zostawili gdzieś niepostrzeżenie szczyptę tytoniu i garść fasoli? Marybeth oddała mi kryształ i powiedziała, że mogę go wziąć. Zaoponowałam, nie chciałam zabierać czyjegoś daru. Marybeth nalegała. „Powinnaś go zabrać. Ten kamień ci się ofiarował(!). Nie można z tego miejsca robić mauzoleum. I tak zabierze go ten, kto przyjdzie z następnym darem”. Marybeth, która nie pozwala wziąć najmniejszego kamyka z Fortecy, musiała wiedzieć, co mówi.  

Skała z rysunkami. Wejście do groty znajduje się z lewej strony

Wzięłam więc kamień ze sobą. Nie wiem, czy Cochise spoczywa w miejscu wskazanym przez Marybeth. Przed odjazdem poszliśmy tam z Andrzejem, żeby pomedytować. Edwin Sweeney i George Robertson uważają hipotezę Marybeth za prawdopodobną. Ojciec Hope mówi, że to brednia. Ale to są tylko hipotezy białych ludzi. Prawdę znają Apacze i zachowują ją dla siebie. I trzeba im ten sekret zostawić, trzeba uznać ich prawo do sekretu. Zbyt wielu praw im odmówiono, zbyt wiele rzeczy im zabrano. Ed Sweeney, Marybeth, Karen, Hope rozumieją to dobrze.

Kryształ górski i grot apackiej strzały włożyłam do pudełka razem z bransoletką nawaho i zabrałam w walizce do Francji. Otwierając walizkę w domu, odnalazłam cenne przedmioty, a oprócz nich dwa druczki włożone na lotnisku przez służby bezpieczeństwa, powiadamiające mnie, że walizka została otwarta. Nasz samolot w Phoenix został odwołany, odlecieliśmy innym samolotem, co sprawiło, że nasz bagaż został dwa razy nadany, dwa razy prześwietlony, a moja walizka dwa razy sprawdzona. Otworzono ją prawdopodobnie dlatego, że nierozumne oko kamery czy skanera nie potrafiło zidentyfikować jakiegoś przedmiotu. Czyż współczesna kamera i współcześni urzędnicy mogli rozpoznać kryształ górski, w którym zamknięta została esencja duszy zmarłego? Przedmiot nie z tego świata, nie z tego wymiaru wydał im się niepojęty, obcy. Nic dziwnego. Nigdy nie należał do świata Ameryki, należał i należy do świata Wyspy Żółwia, do jego wierzeń, jego wartości i tajemnic. 

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry