Powrót                                           

 

 

Jean-Marie G. Le Clézio

"Przed dwunastu laty podróżowałem po panamskiej dżungli Darien, niedaleko granicy z Kolumbią, nieopodal źródeł rzeki zwanej Tuira i poznałem tam indiański lud, który nauczył mnie czegoś, czego żadna książka, żadna filozofia nie mogłyby mnie nauczyć. W owym czasie nie przywiązywałem wielkiej wagi do głównych problemów społeczeństwa zachodniego, a myślę nawet, że od nich uciekałem, i to właśnie zaprowadziło mnie w ten region świata, do dżungli i w górę rzek, jak do schroniska, gdzie wszystko ma inny sens. Oczywiście - myślałem przybywając – to jest miejsce, gdzie zamiera bezsensowny zgiełk świata, gdzie cichnie nareszcie absurdalny, drażniący hałas miejskiej cywilizacji podobnej do wielkiej klatki z małpami. Byłem więc całkiem na końcu świata, w miejscu, które Indianie nazywają to kembu, nos rzek, miejscu dziwnym i samotnym, gdzie ma się uczucie przebywania na pewnej wysokości, tak wszystko wydaje się piękniejsze, wyraźniejsze i czystsze: niebo, woda, światło na liściach drzew. W miejscu, rzekłbyś, o poranku świata, kiedy to królują rośliny, ptaki i owady, a ludzie muszą być dyskretni i wyciszeni.

Tacy właśnie byli ludzie – Waunana znaczy po prostu ludzie – zamieszkujący to miejsce. Kilka tysięcy z tych, którzy przeżyli czasy hiszpańskiego imperium, skryło się w sercu dżungli, na marginesie nowoczesnego świata gardzącego nimi i ich ignorującego. Dzicy – mówi się o nich – ludzie żyjący nago, w chatach bez ścian, i żywiący się wszystkim, co znajdą w lesie: jagodami, korzeniami, a także ptakami, wężami i owadami. Niekiedy udaje im się zebrać kilka garści fasoli i kukurydzy, a zawsze babkę, cierpkie, zielone zioło. Kogo oni obchodzą?

Tymczasem ludzie ci odprawiają pradawny rytuał pełen znaczenia i emocji, który dotyczy wszystkich ludzi na ziemi. Aby oddać hołd najwyższemu bogu Hewandamie, stwórcy ziemi i ludzi, mężczyźni, kobiety, dzieci i starcy zbierają się regularnie, przybywając ze wszystkich zakątków lasu. Sokiem owocu kipar, zwanym genippa americana malują swe ciała na czarno. Mężczyźni zakładają białe, biodrowe przepaski, kobiety spódniczki, również białe, w kolorze ich boga. Zbierają się wokoło wielkiej pirogi z drzewa balsa, przyczepionej sznurami do czterech drewnianych słupów. Potem zaczynają tańczyć przy dźwiękach fletni Pana i bębnów wodnych. Mężczyźni, kobiety, dzieci i starcy krążą wolno dookoła pirogi, pochylając się przed nią i uderzając o jej burtę drewnianymi kijkami. Przez wiele godzin, do zmroku, leśna polana rozbrzmiewa dziwną muzyką, słychać monotonne śpiewy, akcenty piszczałek i głuche uderzenia o burtę pirogi, jak rytm wielkiego bębna. Ten taniec i muzyka są czymś w rodzaju modlitwy, żeby Hewandama nie zniszczył ziemi nowym potopem. Waunana wiedzą, że Hewandamę rozgniewała złość i bezbożność ludzi i że, jak niegdyś, może w każdej chwili postanowić z nimi skończyć, otworzyć zawory nieba i rzek, i zniszczyć cały świat. Zaszyci w lesie Waunana są jedynymi, którzy wiedzą o groźbie wiszącej nad światem. Tańcząc wokół magicznej pirogi, jedynej pamiątki po pierwszym potopie, modlą się na swój sposób, aby Hewandama powstrzymał się od gniewu i oszczędził wszystkich żyjących, zwierzęta i ludzi.

Jest coś ujmującego, przejmującego w tym rytuale. Jeden z najbardziej izolowanych, najbiedniejszych ludów na ziemi, ta garstka Indian zapomnianych i wzgardzonych przez nowoczesny świat, żyjących w sercu dżungli, nie znających wstrząsów, ani ran zachodniej cywilizacji, nie znających wspaniałych odkryć nauki, ani totalnego zła, które z nich wypływa, ci ludzie odebrali jak łaskę bożą przeczucie rychłej zagłady świata, a jednocześnie moc egzorcyzmu, ideę zbawienia. Mają chęć i wiarę, by ocalić wszystkich ludzi, nie tylko siebie. Tańczą i modlą się, bez emfazy, bez chełpliwości, zwyczajnie, jak żyją, gdyż wiedzą, że jeśli tego nie zrobią, jeśli nie będą tańczyć wokół magicznej pirogi i prosić Hewandamę, by oszczędził świat, któż inny to zrobi?

Co może pisarz wobec nowego potopu, który grozi współczesnemu światu? Co może człowiek, zwykły człowiek wobec termonuklearnej śmierci, którą nauka umiała wynaleźć, by zgładzić siebie samą? Co może człowiek tutaj, w miastach Europy, czy gdzie indziej, by spróbować ocalić poranki świata? Chociaż, chyba właśnie może. Podobnie jak Waunana w dżungli, może po prostu tańczyć i grać swą muzykę, czyli mówić, pisać i działać, dołączając swoją modlitwę do tych mężczyzn i kobiet wokół pirogi. Może to zrobić, a inni tę muzykę, ten głos, tę modlitwę usłyszą, dołączą do niego, odsuwając groźbę, uwalniając się od złowrogiego przeznaczenia.

Piszmy, tańczmy przeciw potopowi."

Jean-Marie G. Le Clézio, La Fête chantée, Gallimard, Paryż, 1997

Przekład Zofia Kozimor

________________________

©Zofia Kozimor

 

 

 Powrót

Do góry