Powrót                                           

 

 

W rezerwacie Mescalero w stanie Nowy Meksyk rozpoczyna się kolejna noc ceremonii dojrzewania dla czternastoletniej Brie. Jest koniec lipca. Pośrodku wielkiej polany pod lasem płonie ogromne ognisko. Dookoła poustawiane są tipi i szałasy przybrane świeżymi gałęziami topoli. Przyjeżdżający na ceremonię Indianie parkują samochody na zewnątrz tego kręgu. Przechodzą potem między namiotami i tworzą kolejny krąg, siadając na składanych krzesłach lub przygotowanych wcześniej ławkach. Podczas podobnej ceremonii w rezerwacie San Carlos w Arizonie, gdzie noce są ciepłe, kobiety miały na sobie letnie sukienki. Rezerwat Mescalero, w którym oprócz Apaczów z plemienia Mescalero żyją Apacze Chiricahua, a wśród nich prawnukowie Cochise'a, Geronima i Victoria, położony jest wysoko w górach. Siedzący na krzesłach mężczyźni ubrani są w swetry, kobiety siedzą otulone w chusty, czasami, jak niegdyś, w koce. Za nimi majaczy ciemna ściana świerków. Niebo jest czyste i rozgwieżdżone. Co jakiś czas ojciec i bracia Brie dorzucają do ognia wielkie polana. Sypią się iskry, bije wielki płomień i robi się ciepło.

Althea i Karis Naiche podczas ceremonii dojrzewania w 1940 r.

 Nieopodal ogniska wznosi się duży szałas z gałęzi, w którym przez cztery dni i cztery noce w płytkim, okrągłym dole płonie święty ogień. W tym szałasie, w obecności matki, kilku kobiet oraz skandujących modlitwy szamanów, bohaterka ceremonii, ubrana w piękną żółtą suknię z miękkiej skóry, ze śladami żółtego pyłku na policzkach, wykonuje rytualny taniec. Gdy kończy, siedzący przed szałasem mężczyźni i młodzi chłopcy zaczynają śpiewać, uderzając wygiętymi pałeczkami w bębny. Monotonna melodia, powtarzane słowa, powracające tony przechodzące nagle w rodzaj litanii, by znowu narzucić się jak refren, mają moc czaru, magicznego zaklęcia. Głosy śpiewających są tak silne, ich śpiew tak mocny, że trudno uwierzyć, iż oprócz bębnów nie ma tu żadnego instrumentu.

Tancerze Gan, pomnik w rezerwacie Mescalero

Od strony lasu, prowadzeni przez szamana, nadchodzą tancerze. W czarnych maskach, pomalowani na czarno, są ledwo widoczni, jedynie blask płomieni wydobywa z mroku ich białe "korony". To mityczni tancerze Gan. Podczas sekretnej ceremonii w górach nałożyli rytualne maski, a szaman namalował na ich ciałach święte symbole. Od tej chwili, pozbawieni twarzy i imion, stali się uosobieniem Duchów Gór (Gan, Gaan, Gahe) i posiedli ich ogromną moc. Wyłaniają się powoli z mroku i stają w kręgu ognia zgodnie z pradawnym obrzędem celebrowanym przez Apaczów do dziś. Przyszli, by w czasie rytualnego tańca odpędzić złe siły i przywołać dobre, mające ochronić plemię przed chorobami i zapewnić mu pomyślność. Nie sposób opanować emocji wobec tajemnicy, którą kryją i czaru, który się właśnie rozpoczął.

Nadchodzą tancerze Gan

Tancerzy jest pięciu. Czterej z nich to postawni mężczyźni o nagich, pomalowanych na czarno torsach, na których widnieją białe gwiazdy i błyskawice. Noszą spódnice z jeleniej skóry ozdobione frędzlami i amuletami. Do pasów w talii mają przyczepione dzwoneczki. Podobne dzwoneczki ozdabiają ich długie do kolan mokasyny z miękkiej skóry. Wysoko na rękach noszą skórzane opaski, do których przyszyte są długie czerwone wstęgi z piórami orła. Podczas tańca wstęgi te podkreślają dynamiczność ruchów. Tancerze trzymają w dłoniach święte różdżki w kształcie mieczów bądź krzyży. 

Najpiękniejszą częścią stroju są owe "korony" na głowach. Tancerze mają twarze i głowy ukryte pod maskami ze skóry. Do masek przymocowane są wysokie ozdoby z drewna juki. Pomalowane na biało, z kolorowymi motywami, są niezwykle kunsztowne. W rezerwacie San Carlos każdy tancerz miał inną koronę: jedna była w formie wielkiego wachlarza, inna z listewkami jak promienie słońca, inna jeszcze przypominała rogi jelenia. W rezerwacie Mescalero wszyscy mają takie same prostokątne korony ozdobione orlimi piórami. Piąty tancerz jest niższy i szczuplejszy od pozostałych. Ubrany jest podobnie jak oni, ale jego maski z jasnej skóry nie zwieńcza korona, lecz dwoje małych uszu jak u kota[1]. Choć tancerze ubrani są podobnie, z każdym z nich łączy się inny kolor symbolizujący inną stronę świata. Kolory rozpoznawalne są po miejscu tancerza w szeregu. Pierwszy tancerz to Gan Czarny Wschodu, za nim następuje Gan Niebieski Południa, potem Gan Żółty Zachodu i Gan Biały Północy. Tańczący na końcu, zawsze w pewnej odległości, chochlik to Gan Szary. Apacze Chiricahua wierzą, że to on potrafi skupiać w sobie największą moc duchów.

W San Carlos tancerze są pomalowani na biało

Oparci o swoje różdżki tancerze czekają na rozpoczęcie kolejnej pieśni. Każdy taniec zaczyna się i kończy na znak pierwszego tancerza, który przez całą ceremonię prowadzi pozostałych. Tancerze tańczą wokół ognia, wykonując symboliczne ruchy różdżkami: podnoszą je do nieba, zwracają ku ziemi, w przepięknym geście chowają je za siebie. Ruchy rąk, nóg i głów zdobnych w korony są pełne nieopisanego wdzięku. Tańce są bardzo dynamiczne, sprawiają wrażenie improwizacji, ale są efektem wielkiej wprawy i wtajemniczenia.

Po jednym tańcu następuje drugi, widowisko jest tak piękne i przejmujące, że odczuwa się żal, gdy tancerze na jakiś czas odchodzą. Magia muzyki i tańca ogarnia wszystkich. Kobiety, owinięte w chusty z frędzlami, drobnym krokiem krążą wokół placu. Mali chłopcy cudownie naśladują gesty tancerzy w koronach. Ci pojawiają się cztery razy, by w kolejnych tańcach błogosławić ogień, cztery strony świata i gwiazdy Zodiaku. Wznosząc i opuszczając swe różdżki, magicznym gestem łączą niebo i ziemię. Ich niezwykłe ozdoby na głowach i zakryte twarze czynią z nich postacie nierzeczywiste. Spektakl ten jest absolutnie piękny, ale jego piękno nie ma nic wspólnego z naszym poszukiwaniem formy, czy estetycznych rozwiązań. Jest to widowisko wypełnione sensem, ma wymiar kosmiczny. Żaden gest nie jest w nim przypadkowy. Każdy element ma znaczenie symboliczne, magicznie łącząc człowieka z nadrzeczywistością, przekazując mu siłę i upragniony sens. Taniec Duchów Gór usytuowany jest całkowicie na płaszczyźnie filozoficznej. Wyraża głęboką, prastarą potrzebę transcendencji, przejawiającą się we wszystkich tradycyjnych kulturach, obecną w człowieku od zawsze.

Magicznym gestem łączą niebo i ziemię

Patrząc na tańce Apaczów, myślę o Antoninie Artaud, który widział kiedyś tańce Tarahumarów, i zaczynam w pełni rozumieć jego uwagi. Dla Artauda tańce i rytuały Indian wyrażały odwieczne porozumienie między ludźmi i bogami. Porozumienie to Artaud nazywał prawdziwą nauką. Nauki takiej nie daje znajomość konkretnych faktów, daje ją intuicyjne poznanie. Świat racjonalnej myśli to świat wiedzy, która nie jest poznaniem, to świat faktów, które nie są filozofią, to świat człowieka białego. A "biały", według Artauda, to ten, którego opuściły duchy, którego opuściła mądrość [2].

Tej ostatniej nocy ceremonia dojrzewania trwa aż do świtu. Jest bowiem jednocześnie ceremonią czuwania, oczekiwaniem na wschód słońca, swoistą jutrznią dla młodej dziewczyny. Wschód słońca stanowi punkt kulminacyjny rytuału: w tym powitaniu światła i życia, wobec obietnicy trwania, dochodzi do duchowej unii z całym stworzeniem. Wschodzące słońce wyzwala emocję nie do opisania. Tę pierwszą, intensywną emocję człowieka wobec cudu stworzenia i cudu istnienia. Taniec i śpiew wzmagają zachwycenie i oddają hołd tajemnicy.

Gdy niebo nabiera blasku, kończy się taniec Duchów Gór. Tancerze w czarnych maskach odchodzą. Ale piękno, które wyzwolili, zostaje.

Ranek po ceremonii dojrzewania u Apaczów Mescalero


[1] Na swej nieodżałowanej „BogDana stronie o Apaczach” Bogdan Danowski wyjaśnił kiedyś, iż jest to postać klowna, który wnosi do ceremonii elementy humoru.

[2] Gdy się czasami czyta, z jakim lekceważeniem i protekcjonalnością niektórzy współcześni, dufni w swoją wiedzę i kosmiczne rakiety, wypowiadają się o "nieuczonych" Indianach, psach i szamanach, nabiera się przekonania, że nasza nauka, prowadząc do kosmicznych rakiet, potrafi prowadzić do kosmicznej głupoty.

________________________

©Zofia Kozimor

 
   Powrót

Do góry