Powrót                                         

 

 

W obozie Cochise’a

W 1872 roku generał Oliver Howard przybył do Arizony i Nowego Meksyku jako pełnomocnik prezydenta Granta z misją zawarcia pokoju z Apaczami. Rozmawiał z wodzami wielu autonomicznych grup, zawarł porozumienie z Victorio, ale wiedział, że pokoju na tych ziemiach nie będzie, dopóki wojny nie przerwie Cochise. Dążył do spotkania z nim za wszelką cenę. Myślał, że uda mu się ściągnąć go na negocjacje do Fortu Apache. W tym celu spotkał się z Thomasem Jeffordsem, białym przyjacielem wodza. Jeffords szybko jednak rozwiał nadzieje Howarda. Zapewnił go, że Cochise do niego nie przyjdzie i jeśli generał chce się z nim spotkać, musi udać się do jego obozu. Znaczyło to mniej więcej tyle, ile wejść na zaminowane pole, niemniej Howard się zgodził. Gdy na pytanie, kiedy chce wyruszyć, generał odpowiedział „jutro rano”, Jeffords zrozumiał, że ma przed sobą człowieka zdeterminowanego, ale albo niezwykle odważnego, albo szaleńca. Później przekonał się, że wielką odwagę generała równoważyła równie wielka intuicyjność. To prawdopodobnie dzięki nim generał mógł porozumieć się z Cochise’em, a także zyskać jego uznanie.

Generał Oliver Otis Howard

Howard udał się do obozu Cochise’a w towarzystwie obozowego pomocnika, porucznika Josepha Sladena, a przewodnikami ich byli Thomas Jeffords i dwóch Chokonenów, Ponce i Chie, obaj spokrewnieni z Cochise'em. Cochise zgodził się na rozmowę z Amerykanami. Negocjacje między Howardem i Apaczami trwały prawie dwa tygodnie. Przez ten czas porucznik Sladen żył życiem Apaczów, brał udział w ich zabawach, a nawet ceremoniach, jadł jak oni, spał jak oni, razem z nimi zwijał błyskawicznie obóz na wieść o możliwym ataku wojska, rozmawiał, żartował, dziwił się, odkrywał. A przede wszystkim obserwował, by potem swe obserwacje zanotować. Powstał w ten sposób niezwykle ciekawy dziennik, tym ciekawszy, że obserwacje Sladena dotyczą nie Indian poddanych cywilizacyjnej presji w rezerwacie, lecz wolnych, żyjących w warunkach, które nie były już dla nich zupełnie normalne, ale które pozwalały im kultywować własne wartości i żyć po swojemu.

Porucznik Joseph Alton Sladen

Przyjeżdżając z generałem Howardem do obozu Cochise’a, Sladen był pełen przesądów. Podzielał obiegową opinię o Apaczach. Gdyby nie determinacja generała, z całą pewnością zawróciłby z drogi i nie pchałby się dobrowolnie lwu w paszczę. Jeszcze na pierwszych kartach jego dziennika wyczuwalna jest obawa i niechęć. Ale powoli dokonuje się przemiana. Dzień po dniu porucznik odkrywa ludzi w niczym nie przypominających złaknionych krwi barbarzyńców.  

Góry Dragoon. Miejsce obozu Cochise'a podczas negocjacji z Howardem.

Nieufność i psychiczny dyskomfort Sladena dobrze wyczuł Cochise. Zaraz po przyjeździe Amerykanów wódz Chokonenów wysłał generała Howarda do Fortu Bowie, by ten wydał rozkaz zaprzestania walk w czasie negocjacji. Wątpiący w słuszność misji Sladen znalazł się nagle sam wśród „wrogich” Indian. Obserwując oddalającą się sylwetkę Howarda, pomyślał, że widzi go po raz ostatni. Cochise bezbłędnie odczytał jego niepokój i za pośrednictwem Jeffordsa próbował gościa pocieszyć. Sladen opisał scenę:

„- Capitán triste (Kapitan jest smutny) - powiedział Cochise po hiszpańsku. - Nie – odrzekłem, zwracając się do Jeffordsa. – Powiedz mu, że nie jestem smutny, po prostu się zamyśliłem. Gdy Jeffords przetłumaczył te słowa, Cochise powtórzył swoje: - Si, si, capitán triste. Powiedz mu – zwracił się do Jeffordsa, - że nie ma powodu do niepokoju. Niech rozgości się tu wygodnie. Może położyć siodło tutaj, derkę tam, a rewolwer gdzie indziej. Nic mu tu nie zginie. To jest mój obóz. Ja tu dowodzę. - Widząc, że moja twarz rozjaśnia się w miarę, jak Jeffords tłumaczył jego słowa, dorzucił: - Powiedz kapitanowi, że każę przynieść tiswinu i wieczorem miło spędzimy czas.”

W rozmowach z Amerykanami, Cochise często używał języka hiszpańskiego i Sladen doszedł do wniosku, że wódz musi znać go lepiej, niż się do tego przyznawał. W oficjalnych dyskusjach żądał, by uwagi Amerykanów tłumaczono najpierw na hiszpański, a dopiero z hiszpańskiego na język Apaczów.

Pierwszą rzeczą, jaką Amerykanie stwierdzili po przyjeździe do obozu, był rozpaczliwy brak jedzenia. Apacze głodowali. Howard i Sladen przekazali żonie Cochise’a niewielkie zapasy, które ze sobą przywieźli, gdyż Cochise na wstępie zapowiedział, że będą żywieni przez Indian. Ale Sladen dostawał posiłek tylko dwa razy dziennie, a niewielkie porcje nie zaspakajały głodu. Porucznik sugestywnie opisuje pierwszą kolację, egzotyczną i smaczną, przyrządzoną przez żonę Cochise’a.

„Kobieta przyniosła mi wielki talerz jakiejś potrawy. Nie zastanawiałem się, co to jest, ale zabrałem się do niej z rozkoszą. I choć nie zaspokoiła mojego głodu, była smaczna i orzeźwiająca. Był to meskal, pokruszony, zmieszany z wodą i ugotowany na masę, do której dodano groch mesquitów i orzechy rozgniecione razem z łupinką i ze wszystkim. Potem był kawałek pieczonego meskalu, soczysta masa, słodka i pożywna, w której wyczuwało się włókna”.

 

Mała grota z doskonale zachowanym ogniskiem Apaczów. Otoczeni przez wojsko, Apacze nie rozpalali ognisk na wolnym powietrzu, nauczyli się gotować na bardzo małym ogniu, w ukryciu, by dym nie zdradził ich miejsca pobytu.

Ten pierwszy posiłek, podczas którego Sladen skosztował specjału Apaczów, okazał się posiłkiem jarskim. Mięso zaserwowano mu następnego dnia rano. Nieopodal wielkiego płaskiego kamienia, w miejscu, które Cochise określił mianem „mój dom”, do śniadania zasiedli Cochise, Jeffords i Sladen. Z mąki, którą przywieźli Amerykanie, żona Cochise’a usmażyła wielkie placki. Do tego na patelni, którą jej zostawili, przygotowała coś w rodzaju potrawki mięsnej w sosie. Cochise wziął placek, palcami nałożył nań duży kawałek mięsa i wypił łyk sosu prosto z patelni, którą podał następnie Jeffordsowi. Ten postąpił tak samo i podał patelnię Sladenowi. Cochise powstrzymał go jednak i poprosił, by Jeffords uprzedził gościa, że przygotowane mięso to konina, którą, jak wiedział, biali jedzą niechętnie, a do tego pochodzi z konia, który padł. Jeffords mruknął do Cochise’a, żeby jadł i niczym się nie przejmował, Sladenowi nic się nie stanie. Sladen uznał mięso za smaczne, choć trochę za twarde jak na antylopę. Wtedy dopiero Jeffords powiedział mu prawdę. Porucznik był zbyt głodny, by protestować. Po posiłku żona Cochise’a zaparzyła przywiezionej przez Howarda kawy, którą wypili bez cukru, po czym Amerykanie wyciągnęli fajki, a Cochise skręcił z tytoniu i liści papierosa i razem zapalili. Sladen napisał, że nieczęsto jadł posiłek w równie życzliwej atmosferze.

To prawdopodobnie przy tej "wielkiej płaskiej skale" Cochise, Sladen i Jeffords zjedli śniadanie.

Niemniej Cochise nie chciał już eksperymentu powtarzać. Obawiał się, że jego gość może mieć kłopoty ze strawieniem mięsa i wysłał jednego z wojowników na polowanie. Ponieważ w górach o zwierzęta było coraz trudniej, myśliwy wrócił z pustymi rękoma. Cochise kazał wówczas przyprowadzić konia, zabrał strzelbę i sam pojechał. Po kilku godzinach przywiózł na koniu ustrzeloną antylopę. Zrzucił ją na ziemię, skręcił z liści papierosa i, by odpocząć, wspiął się na wysoką skałę, na której miał zwyczaj medytować. Antylopę tymczasem oprawiono, przyrządzono i podzielono między wszystkich. Sladen opisuje, że Cochise lubił siadać na tej skale i, otulony w czerwony koc, rozmyślać. Czasami Jeffords siadał koło niego. Palili, rozmawiali, ale najczęściej, zatopieni w myślach, milczeli.

Skała, na której Cochise lubił medytować wpatrzony w dolinę San Pedro.

Problemy z jedzeniem w obozie zostały po części rozwiązane dzięki Howardowi, który z Fortu Bowie przywiózł kilka worków mąki, suszone mięso, kawę i cukier.

Wieczorem, zgodnie z zapowiedzią Cochise’a, urządzono tańce. Gościnni Apacze uraczyli Sladena tiswinem, który robili ze sfermentowanej kukurydzy. „Był to nieszkodliwy, gdyż świeżo zrobiony i słabo sfermentowany napój, orzeźwiający, słodki i przyjemny w smaku, który przypomniał mi musujące napoje moich chłopięcych lat. Dobrze sfermentowany, zawiera sporą ilość alkoholu, ale ludzie ci wyrabiali niewielkie jego ilości, ze względu na brak odpowiednich urządzeń, i nigdy nie jest on bardzo mocny”. Przed różnymi uroczystościami Apacze pościli przez całą dobę i wypijali duże ilości tiswinu, by poczuć jego działanie.

Młodzi ludzie rozpoczęli tańce przy dźwiękach bębnów. "Te tańce – pisze Sladen – były dość monotonne. Wszyscy trzymali się za ręce i podskakiwali rytmicznie w kręgu, albo tańcząc zbliżali się do środka koła i powracali na swoje miejsce na obwodzie. Tańcom tym towarzyszyły śpiewy, a śpiewali wszyscy razem. Były to pieśni mało urozmaicone, w których powtarzały się te same słowa, te same sylaby. Gdy któryś z tancerzy odchodził, żeby odpocząć, inny natychmiast zajmował jego miejsce". Dziewczęta wybuchały śmiechem – pisze Sladen – gdy on sam i Jeffords próbowali śpiewać i tańczyć razem z nimi. Tańce trwały do późnej nocy. W końcu dziewczyny popatrzyły na niebo, palcem pokazały gwiazdy Plejad i rozbiegły się we wszystkie strony do swych wickiupów. Ponieważ Sladenowi gwiazdy nie powiedziały nic, sprawdził godzinę na zegarku. Była pierwsza w nocy.

Na skraju obozu Cochise'a. Widok na dolinę San Pedro.

Amerykanie dowiedzieli się, że w obozie leży ranny wojownik, postrzelony prawdopodobnie podczas potyczki z białymi. Trzymano go w ukryciu, między skałami obozu. Jego stan pogorszył się i Indianie zebrali się, by modlić się wspólnie w jego intencji. „Słyszeliśmy głos starego wodza, który zwracał się do Wielkiego Ducha, i odpowiedzi zgromadzonych, gdyż wszyscy Indianie uczestniczyli w ceremonii. Te praktyki trwały jakiś czas, po czym generał Howard i ja zostaliśmy zaproszeni na ceremonię. Polegała ona na modlitwach zanoszonych przez wodza i odpowiedziach wszystkich Indian w atmosferze niezwykle podniosłej. Jednak nie pozwolono nam zobaczyć rannego. Zadbano o to, by pozostawał z dala od naszych spojrzeń.” Ponieważ porucznik miał pewną wiedzę medyczną i zawsze nosił ze sobą torbę z koniecznymi narzędziami i lekarstwami, wyraził chęć zobaczenia chorego. Cochise jednak się nie zgodził. Powiedział, że jeśli konieczne zabiegi przywrócą choremu zdrowie, porucznik zdobędzie wdzięczność wszystkich, ale stan mężczyzny jest bardzo ciężki i może on umrzeć, a wtedy Apacze obarczą odpowiedzialnością Sladena i jego lekarstwa, i będą chcieli go zabić. To wytłumaczenie wydało się Amerykanom bardzo rozsądne i zostawili rannego pod opieką szamanów.

Miejsce obozowiska. W głębi "skała Cochise'a".

Ulubionym towarzyszem Sladena był Naiche, czternasto-, może piętnastoletni syn wodza. Porucznik opisuje z humorem, w jaki sposób go poznał. Pierwszej nocy usnął snem sprawiedliwego, gdy nagle poczuł, że ktoś ciągnie za jego koc i też próbuje się nim przykryć. Był to Naiche, któremu za całe ubranie służyła płócienna przepaska. Nocą zimne górskie powietrze dawało się chłopcu we znaki. „Mucho frío, capitán, mucho frío (bardzo zimno, kapitanie, bardzo zimno)” – powtarzał po hiszpańsku. Sladen rozłożył koc, a chłopak wśliznął się pod przykrycie i spali tak, rozgrzewając się wzajemnie. „Chłopiec ten bardzo mnie polubił i przez prawie dwa tygodnie spędzone w obozie towarzyszył mi wszędzie, nie odstępując mnie ani na chwilę. Ubranie, które nosiłem, oraz zawartość moich toreb interesowały go niepomiernie i oglądał wszystko ze wszystkich stron. Dotykał moich rąk, włosów, brody i głaskał je bez przerwy. Na początku krępowało mnie to bardzo, ale potem zrozumiałem, że było rezultatem czystej ciekawości, a ponieważ żaden, nawet najmniejszy przedmiot nie został zabrany, ani nie zginął, przyzwyczaiłem się. Uczyliśmy się nawzajem nazw otaczających nas przedmiotów, które wymawialiśmy każdy w swoim języku, i dzięki tym słowom i sugestywnej pantomimie dowiedziałem się dużo o zwyczajach i sytuacji Apaczów. Naiche nauczył mnie, jak rozpalać ogień, pocierając kawałki suchego drewna. Powiedział mi, że antylopy są coraz rzadsze w górach i wymownym gestem zacisnął pasa, by pokazać, że Indianie chodzą głodni. Pokazał mi w sposób niezwykle zabawny, że Apacze muszą spać na jedno oko, mając drugie otwarte z powodu nieustannych ruchów wojsk. Powiedział mi, że indiańskie kucyki są chude i głodne, a konie białych duże i tłuste. Pokazał mi na przykładzie, w jaki sposób Indianie umieją zbliżyć się do antylopy i zabić ją strzałami, co dla białego człowieka z karabinem jest trudne.”

Naiche z żoną E-clah-heh dwanaście lat później, w 1884 roku (Frank Randall).

Podczas swego pobytu u Apaczów Sladen odkrył ludzi ciekawych, pogodnych i solidarnych. Zobaczył, że, pozbawieni prawie wszystkiego, dzielili się tym, co posiadali, i gdy tylko w obozie było jedzenie, żaden człowiek nie chodził głodny. Poznał ludzi moralnych, skromnych i uczciwych, przywiązanych do swych wartości i przestrzegających skrupulatnie obowiązujących zasad.

Spędziwszy wśród Apaczów prawie dwa tygodnie, porucznik przewartościował swoje sądy i zdementował wiele utartych opinii. „Powszechnie uważa się, – mówi – że Indianie mają flegmatyczny charakter, pełen rezerwy, że brak im żywotności i są całkowicie pozbawienie humoru. Ci Indianie byli całkowitym tego zaprzeczeniem. Byli zawsze radośni, spontanicznie okazywali zadowolenie, dużo mówili, a ich ciekawość była czasami nieznośna. Byli ciągle gotowi do śmiechu i dowcipów na najbardziej błahe tematy. Robili sobie nawzajem nieszkodliwe żarty, a ofiary tych żartów śmiały się ze swej przygody razem ze wszystkimi. Wszyscy byli bardzo serdeczni, a ich życzliwość stawała się wręcz krępująca dla naszego chłodnego anglosaskiego temperamentu. Ciągle okazywali nam swą czułość, ciągle się nad nami pochylali, obejmowali nas, głaskali po włosach, oglądali ubrania. Ale nie robili tego w złej intencji, tacy sami byli we własnym gronie. [...] Są ludźmi do gruntu uczciwymi”. Choć Sladen przenosił się ze swym dobytkiem często, żaden jego przedmiot się nie zawieruszył i wszystko do najmniejszej rzeczy zostało mu oddane.

         Swe spostrzeżenia, wyżej przytoczone i wiele innych, porucznik opisał w dzienniku, który wydrukowany został po stu dwudziestu latach. W tamtym okresie żyjący na pograniczu obywatele, dziennikarze i wojskowi żywili inne przekonania i mieli inne priorytety, którym dawali wyraz w prasie, rozkazach i raportach.

Pokojowa misja generała Howarda nie zachwyciła opinii publicznej. Tymczasem warunki, na jakich w wyniku rokowań stworzony został rezerwat Chiricahua, świadczyły, że generał dostrzegł w Apaczach ludzi. A może jego zgoda na przyjęcie postulatów Indian wypływała po części stąd, że on również zobaczył to wszystko, co opisał porucznik Sladen.

Bibliografia:

1. Edwin R. Sweeney, Joseph A. Sladen, Frank Sladen, Making Peace with Cochise. The Journal of Captain Joseph Alton Sladen, University of Oklahoma Press, 1997

2. Edwin R. Sweeney, Cochise, Chiricahua Apache Chief, University of Oklahoma Press, 1991

O odkryciu miejsca obozowiska Apaczów opisanego przez J. Sladena mówi anglojęzyczna strona: www.landofcochise.com 

________________________

©Zofia Kozimor 

 

   Powrót

Do góry