Powrót                                               

 

Winnetou

albo kompleksy białych ludzi

 

 

Nigdy nie myślałam, że w XXI wieku, w prasie kraju otwartego na świat, w którym przez 25 lat wychodziło pismo „Tawacin” starające się odrzeć tematykę indiańską ze stereotypów i zabawy w Indian, pojawi się tekst z uporem sprowadzający tę tematykę do utartych schematów. Chodzi o artykuł Justyny Sobolewskiej „I ty nie zostaniesz Indianinem”, który ukazał się w „Polityce” nr 36 (4 września 2010). Autorka artykułu podpiera się w swych wywodach autorytetem doktora Piotra Walaska, który przekonuje nas, że obraz Indianina w Europie kształtował się pod wielkim wpływem Karola Maya. (Myśl Jana Jakuba Rousseau miała uwarunkować postawę niektórych Amerykanów). Otóż ten wpływ Karola Maya na Europejczyków jest przez doktora Walaska mocno przeceniony. Jeśli w Niemczech rzeczywiście zasadne jest pytanie, kto nie słyszał o Winnetou, to we Francji należałoby się zapytać, kto o nim słyszał. Książki Karola Maya, z których bodaj dwie przetłumaczono na język francuski, nigdy nie zdobyły nad Sekwaną popularności. Niemiecko-jugosłowiańskie filmy o Winnetou nie były tu wyświetlane. Pierre Brice, francuski aktor grający Winnetou, supergwiazda po wschodniej stronie Renu, we Francji jest zupełnie nieznany. Wątpliwy geniusz Maya z całą pewnością nie promieniował na całą Europę.

Autorka artykułu świadoma jest, że obraz Dzikiego Zachodu, który stworzył Karol May, „nie ma nic wspólnego z rzeczywistością”. Niemniej za pośrednictwem znalezionej w Internecie wypowiedzi dowodzi, że „książki Karola Maya są dla młodego czytelnika kapitalne”, bez nich bowiem nikt nie zainteresowałby się Indianami. Jeśli dać temu wiarę, francuscy czytelnicy, którzy tych kapitalnych książek nie znają, powinni być na świat Indian kompletnie zamknięci. Tak jednak nie jest. Zarówno młodzi jak i mniej młodzi ludzie sięgają we Francji po książki o Indianach bez porównania częściej niż ich rówieśnicy w Polsce. Więcej, sięgają po książki samych Indian, w dodatku czytają i umieją docenić książki J.M.G. Le Clézio, o których polski krytyk powiedział, że byłyby na miejscu, gdyby wyszły spod pióra młodego pisarza. Właśnie, skąd to przeświadczenie, że tylko młodemu człowiekowi przystoi zajmować się tematyką indiańską? Prawdopodobnie stąd, że polski czytelnik nie ma okazji dowiedzieć się, „kim jest Apacz”, jeśli nie podsunie mu się pod nos naiwnych książek o Winnetou. A gdy już się dowie, że Apacz to nie lód na patyku, jego edukacja na temat Indian najczęściej się kończy. Ewentualnie toczy się koleiną wytyczoną przez książki Karola Maya. Ponieważ w Polsce Indianie skazani są na opłotki kultury masowej, żaden szanujący się krytyk literacki tematyki indiańskiej nie skojarzy z „poważną” literaturą. Le Clézio, który w esejach Meksykański sen, albo przerwana myśl indiańskiej Ameryki poświęcił amerykańskim nomadom, a Apaczom w szczególności jeden z najbardziej przejmujących rozdziałów, przez redaktorów "Polityki" pominięty został milczeniem.

Na swym blogu Justyna Sobolewska przyznaje się do „sporej wiedzy o Indianach” nabytej w książkach Nienackiego, Broszkiewicza oraz w książce „Dziewczyna i chłopak, czyli heca na czternaście fajerek”, z której dowiedziała się, że Indianki były przywiązywane do pala (sic!). Dzięki tej sporej wiedzy może nam dziś wytłumaczyć, że Apacz to „członek indiańskiego plemienia”. Po dodatkową wiedzę odsyła jednak do Winnetou. Nieszczęście dziecka, które nie wie, kim jest Apacz, polega na tym, że oświeca go w tym względzie dorosły, który nie ma zielonego pojęcia, kim jest Apacz, i wykręca się sianem, podsuwając mu książki Karola Maya, który o Apaczach nie wiedział nic.

Herb Stevens, dyrektor Apache Cultural Center w rezerwacie San Carlos w Arizonie pokazał mi kiedyś książkę, którą nazwał klinicznym przykładem idiotyzmów, jakie biali mogli wypisywać na temat Indian. Była to angielska wersja Winnetou. „Ta książka — powiedział Herb — o Apaczach nie mówi absolutnie nic, mówi natomiast dużo o kompleksach białych, tylko po co nas do tego mieszać?”. Pomyśleć, że złościmy się, gdy cudzoziemcy kojarzą Polskę z białymi niedźwiedziami, nie przeszkadza nam to jednak przekazywać dzieciom równie idiotycznych bredni o Indianach, pod wątpliwym pretekstem, że „są literacko przekonujące”. A dlaczego nam to nie przeszkadza? Dlatego, że prawdę mówiąc, mamy owych Indian w najgłębszej pogardzie. Czasami się zastanawiam, czy nam się nie wydaje, że Indianie są wytworami fantazji na równi z Batmanem, Spidermanem i postaciami z "Gwiezdnych wojen", nie zaś ludźmi, którzy żyją i podobnie jak my pragną poszanowania dla własnej kultury, historii i dla siebie.

Kilka lat temu Adam Krzemiński napisał w „Polityce” artykuł „Sorry, Winnetou” o wymieraniu Indian jako mitu kultury masowej. Pamiętam, że to wymieranie wydało mi się czymś bardzo pozytywnym. Pomyślałam, że gdy już wymrą jako mit kultury masowej, gdy zainteresowanie nimi przestanie być mierzone ilością uczniów przebranych za Indian na balach szkolnych, będą mogli zaistnieć jako ludzie z krwi i kości, jako pełnowartościowe ludy, których kulturę warto poznać. Tę tendencję składałam na karb zmian zachodzących w społeczeństwach zachodnich, w umysłach młodych, którzy są lepiej wykształceni, otwarci i z większym krytycyzmem podchodzą do westernów i do książek takich jak Winnetou. Sądząc zresztą po działalności wielu entuzjastów związanych z Polskim Ruchem Przyjaciół Indian, ta zmiana rzeczywiście zaszła. Nie dostrzegła jej jednak Justyna Sobolewska i tematykę indiańską wpycha do starej, skompromitowanej formy, próbując rozdmuchać tzw. „legendę indiańską”. Tymczasem dziś remake Winnetou nie byłby już możliwy. Dzisiaj filmów o Indianach nie kręci się jak dwadzieścia lat temu, a tym bardziej jak lat temu pięćdziesiąt. Nie do pomyślenia już jest, aby Indianina zagrał biały, aby przedstawiono go jak bezmyślną bestię czy posągową postać o kamiennej twarzy, pozbawioną humoru, z rękami obowiązkowo założonymi na piersi, co widać jeszcze w „Jesieni Cheyennów”. „Tańczący z wilkami”, pomimo świetnych kreacji Indian, został przez Johna Trudella nazwany historią białego faceta, w której Indianie nie przestają być dekoracją. Dzisiaj powstają niezwykłe filmy autorstwa samych amerykańskich tubylców, takie jak Atanarjuat, film nakręcony przez Inuitę Zachariasa Kunuka, w którym nie ma śladu stereotypów wypływających z naszych kompleksów, w którym wszystko jest absolutnym pięknem i absolutną prawdą.

Dlaczego więc dzieci ciągle trzeba karmić literacką sieczką sprzed wieku, wyśmianą przez samych Indian? Dlaczego do kanonu obowiązkowych lektur mają należeć książki naiwne, ulepione ze stereotypów, zawierające między liniami kolonialne przesądy? We Francji przez ostatnie dwadzieścia lat powstało dużo pięknych powieści napisanych przez pisarzy z prawdziwego zdarzenia, opartych na pracach etnografów i historyków, które w zbeletryzowanej formie pokazują młodym czytelnikom historię indiańskich ludów. (W Polsce takie książki istnieją również). Nad Sekwaną jednak obok nich wydaje się mnóstwo książek historyków, antropologów, pisarzy, w tym samych Indian, z myślą o czytelnikach dorosłych. W końcu to od nich zależy edukacja dzieci. Wiele z tych książek wychodzi w wersji kieszonkowej i znajduje się w ciągłej sprzedaży. Prasa poświęca im sporo miejsca. Poważne podejście do tematyki indiańskiej pozwoliło wyrwać ją z kontekstu kultury masowej. W 2004 roku Pierre i Marie Cayol opracowali we współpracy z Apaczami z rezerwatów San Carlos, White Mountain i Mescalero świetną książkę-album Apacze. Lud Kobiety Pomalowanej na Biało przeznaczoną dla młodych i starszych czytelników. Wstęp do niej napisał Scott Momaday, pisarz Kiowa. Autorzy zadedykowali ją Yvesowi Bergerowi, pisarzowi, redaktorowi literackiemu jednej z największych paryskich oficyn wydawniczych, który indiańskiej Ameryce poświęcił całe życie: „Naszemu przyjacielowi, który opisał swą miłość do indiańskiej Ameryki z całym właściwym miłości szaleństwem i powagą. [...] Podczas naszego ostatniego pobytu na południowym-zachodzie Ameryki, w listopadzie 2004 roku, dopadła nas wieść o chorobie Yvesa. Zebraliśmy dla niego, na „ścieżce Cochise’a” – na Przełęczy Apaczów i w górach Dragoon – bukiet suchych traw i kwiatów, złotych i delikatnych, który mu przesłaliśmy. Chcemy wierzyć, że odszedł z tym bukietem w ręku”. Książkę tę można dostać nie tylko we Francji, ale również w rezerwatach Apaczów w Stanach Zjednoczonych, choć napisana jest po francusku. Apacze się w niej odnaleźli. Proszę mi wierzyć, zainteresowania tematyką indiańską wcale nie trzeba mierzyć liczbą osób przebierających się za Indian, a książki Karola Maya nie są w najmniejszym stopniu konieczne, aby odkryć i pokochać „ścieżkę Cochise’a”. W tym jednak swój udział musi mieć również prasa.

________________________

©Zofia Kozimor

 
   Powrót

Do góry