Powrót                                             

 

 

Wojenny wódz Apaczów

Jako wojenny wódz Apaczów Chiricahua, Cochise odegrał w historii swojego plemienia i w historii wojen z Amerykanami rolę wyjątkową. Żeby dobrze ją zrozumieć, trzeba nakreślić w kilku słowach charakter walk, jakie Apacze toczyli z Meksykanami, zanim Amerykanie stali się ich głównym i ostatnim wrogiem.

W latach 30., 40. i 50. XIX wieku Meksykanie mieli do czynienia z niewiarygodną mozaiką grup Chiricahua. Gubili się w ich wewnętrznych podziałach, lecz rozumieli, że nie było wśród nich głównego przywódcy, który mógłby podejmować decyzje w imieniu wszystkich. Wielkim wodzem, urządzającym regularnie najazdy i wyprawy wojenne, był Mangas Coloradas, przywódca Chihennów, który potrafił skupiać wokół siebie wojowników innych plemion i u boku którego nierzadko walczył Cochise. Niemniej niezależnie od niego, działalność prowadzili wodzowie stojący na czele licznych grup lokalnych Chihennów, Chokonenów i Nednhi. Nie było między nimi wielkiej koordynacji. Gdy jedne grupy żyły akurat w zgodzie z Meksykanami w pobliżu miast Janos czy Fronteras, inne dokonywały napadów i kradzieży, co stawiało te pierwsze w dwuznacznej sytuacji, a często zwracało się przeciwko nim, gdyż Meksykanie brali odwet na Apaczach, których właśnie mieli pod ręką. Masakry popełniane na niewinnych Indianach domagały się zemsty i prowadziły do kolejnych napadów, gdy tymczasem inne grupy proponowały zawarcie rozejmu. Ten brak tendencji do zjednoczenia się, właściwy dla indiańskich ludów, stanowił o ich niezależności, ale w okresie naporu białych okazał się niewątpliwie słabością.

To w tym kontekście należy rozpatrywać niezwykłą rolę, jaką odegrał Cochise w historii Chiricahuów. W obliczu agresywnej, kolonizacyjnej polityki Amerykanów, udało mu się osiągnąć to, co wydawało się niemożliwe w kulturze Apaczów, mianowicie zjednoczyć wszystkie grupy swojego plemienia i do końca życia trzymać je żelazną ręką. Od połowy lat pięćdziesiątych, gdy uznany został za głównego wodza, aż do jego śmierci, nie było słychać o żadnym innym wodzu Chokonenów. Nie do pomyślenia było, aby jedna grupa prowadziła wojnę, a inna myślała o zawieszeniu broni. Chokoneni stanęli murem za swoim przywódcą i przemówili jednym głosem. Dowodzeni przez Cochise'a, stali się prawdziwym rdzeniem apackich plemion, ich twardym jak diament sercem. Pozwoliło to Cochise'owi prowadzić skuteczną i najdłuższą w dziejach Indian wojnę z białymi, trwającą bez żadnych przerw 11 lat.

 

 Allan Houser - Apacki wojownik (Inn of the Mountain Gods, fot. André Kozimor)

Wśród Apaczów nie było wodzów dziedzicznych, wodzem zostawał najlepszy z nich. Żaden z przywódców Chiricahua nie był pacyfistą, wódz musiał być wojownikiem i to takim, który wykazywał w czasie walk nieprzeciętne zdolności. Cochise zasłynął przede wszystkim jako wódz wojenny. Oprócz wielkich talentów wojownika, wódz musiał posiadać dużą inteligencję i wykazywać się przenikliwością w podejmowaniu decyzji. Wielki autorytet Cochise'a świadczył, iż przywódca Chokonenów posiadł te umiejętności w maksymalnym stopniu; a także, że nigdy swoich ludzi nie zawiódł i zawsze okazywał wielką wrażliwość na los każdego z nich. Morris Opler mówi, że Chiricahuowie nie wybierali swoich wodzów, lecz uznawali po prostu ich oczywistą supremację [1]. Do wszystkich zdolności Cochise'a, zapewniających mu tę supremację, dorzucić trzeba jego prawość i szlachetność. Indianie bali się go i kochali jednocześnie, a ich miłość graniczyła z uwielbieniem.

Wódz o takim profilu był w stanie nie tylko zjednoczyć swój lud, ale wywierać wielki wpływ na bratnie grupy. Władza Cochise'a uznana była przez wszystkich wodzów Chihennów i Nednhi, którzy dołączali do niego podczas licznych wypraw i walczyli pod jego rozkazami. Po śmierci Mangasa Coloradas, Cochise został faktycznym wodzem wszystkich Apaczów Chiricahua. Zawsze mógł zwołać wojowników innych grup i przewodzić im, kiedy tylko uznał to za konieczne. Więcej, liczyć mógł na poparcie innych odłamów Apaczów. Jego sława niezwyciężonego wojownika była tak wielka, że grupy Western Apaches, a także Mescalero z zachodniego brzegu Río Grande regularnie dostarczały rekrutów do jego wypraw. Według Donalda Cole'a, apackiego etnologa i historyka, Cochise uznany był za głównego wodza nie tylko przez wszystkie grupy Chiricahua, ale także przez Apaczów Coyotero [2]

Sposób, w jaki Cochise sprawował władzę, głęboko przeorał tradycje Apaczów. Wymagała tego dramatyczna sytuacja, a umożliwił jego wielki talent wodza i lidera. Przywódcy Chiricahua nie mieli zwyczaju rozkazywać wojownikom, wywierali na nich wpływ swoją postawą. Cochise, jako wódz wojenny, nie ograniczył się do dawania przykładu, ale wydawał rozkazy wodzom innych grup w obecności ich ludzi, na co nie zdobyłby się przed nim żaden przywódca[3]. Energiczny sposób w jaki traktował wojowników, także nie należał do tradycji Apaczów. Dzięki swej silnej pozycji, mógł świadomie wprowadzić zwyczaj centralnego podejmowania decyzji, co sprawiło, że Chiricahuowie zaczęli się przyzwyczajać do myśli o jednym wodzu. Jak daleko sięga pamięć Apaczów - mówi Donald Cole - taka sytuacja nigdy w ich historii nie miała miejsca. Według Johna White’a, który badał zwyczaje Apaczów zachodnich w 1874 roku, "Cochise był jedynym wodzem posiadającym autentyczną władzę nad wszystkimi Apaczami"[4].

Władza Cochise'a i posłuszeństwo, jakie okazywali mu Indianie, zaskakiwały Amerykanów, którzy dobrze znali zwyczaje Apaczów i wiedzieli, że ich wodzowie nie mają władzy absolutnej.

A oto garść ich spostrzeżeń z okresu, kiedy kontakty z Cochise'em stały się możliwe:

Freg Hughes, zastępca Jeffordsa w rezerwacie Chiricahua, 1873:

"Ze zdumieniem obserwowaliśmy, jaką władzę ma nad tym brutalnym plemieniem: uwielbiając go jak bożka, bali się go bardziej niż kogokolwiek; wystarczyło jedno jego spojrzenie, aby usadzić na miejscu najbardziej bezczelnego z Apaczów" [5].  

 

Oficer w Cañada Alamosa, 1872:

"Cochise posiadał to, czym żaden inny wódz nie mógł się poszczycić, mianowicie całkowitą władzę nad swoimi grupami. Szeregowiec szybciej odmówiłby wykonania bezpośredniego rozkazu prezydenta, niż Apacz Chiricahua rozkazu Cochise'a".

Lekarz wojskowy:

"Cochise był jedynym wodzem indiańskim, którego rozkazy wykonywane były natychmiast".

Frederick W. Coleman, oficer dobrze znający Apaczów:

"Inni wodzowie Apaczów Chiricahua śmiertelnie bali się Cochise'a; wydawali się drobnymi płotkami w jego obecności".

A chodzi tu o wodzów, których samo imię wywoływało popłoch wśród białych: Victorio, Loco, Nanę i Juha. Ciekawe pod tym względem są dwa świadectwa z rezerwatu w Cañada Alamosa, gdzie na początku 1872 r. przebywali Apacze Chihenni, którym przewodzili Victorio i Loco, oraz Chokoneni pod dowództwem Cochise'a. Podczas wielkiej narady, która odbyła się między Apaczami i Amerykanami:

"Wypytywano Victorio i Loco o kradzież bydła na południu Nowego Meksyku, dokonaną przez ich ludzi, ale do której woleli się nie przyznawać. Właśnie mieli wszystkiemu zaprzeczyć, gdy nagle Cochise brutalnie nakazał im powiedzieć prawdę. Wydawało się, iż poczuli ogromną ulgę, gdy dowiedzieli się z jego ust, jak chciał, by odpowiedzieli". (Hennisee, 1872)

Oraz ta oto scena rodzajowa:

"Apacze Chihenne, których wodzami byli Victorio i Loco, znaleźli gdzieś whisky, może wymieniając na nią swoje przydziały żywności, i mocno się wstawili. Dwóm wodzom udało się zaprowadzić porządek wyprowadzając pijanych na ubocze, niemniej jeden podchmielony wojownik wrócił z karabinem w ręku szukając wyraźnie okazji do bójki. Wtedy zjawił się Cochise i zapanował nad sytuacją. Wydał krótki, ostry okrzyk. Rezultat był natychmiastowy. Sześćdziesięciu czy osiemdziesięciu wojowników z jego grupy rzuciło się na szukającego zwady Indianina i wyprowadziło go z obozu. Cochise, który był w zasadzie wodzem Chokonenów, rozkazał wodzom Chihennów, aby zabrali swoich ludzi, aż ci wytrzeźwieją. I Victorio i Loco posłuchali". (Henry Turrill, 1872)

Pod koniec 1872 r. do rezerwatu Chiricahua przybyli Apacze Nednhi, z którymi zjawił się Geronimo. Fred Hughes tak ich opisuje: 

"Robili wszystko, żeby pokazać, że trzeba się ich bać, ale w rzeczywistości bali się Cochise'a".  

 

Żeby nie było żadnych nieporozumień, należy za Sweeneyem i Cole'em mocno podkreślić, że władza Cochise'a nie miała nic wspólnego z dyktaturą. Wódz Chiricahua nie był autokratą. Zadziwiający wpływ, jaki miał na Indian, był wypadkową jego zdolności, które wytrzymały wszystkie próby, wielkiej prawości i charyzmy. Jakikolwiek błąd z jego strony, zła ocena sytuacji, niepopularna decyzja, brak względu na innych, starłyby w pył jego autorytet przywódcy i doprowadziły do rozbicia jedności plemienia.

 

Warto też zwrócić uwagę na podziw, jaki emanuje z komentarzy Amerykanów, oględnie mówiąc przeciwników Indian, którzy zetknęli się z Cochise'em. Swoim wyglądem, inteligencją i władzą, jaką miał nad Indianami, wódz literalnie fascynował białych. 

Przez z górą 11 lat Cochise prowadził bezlitosną walkę z Amerykanami, siejąc spustoszenie w Arizonie i wypędzając wszystkich, którzy próbowali się tam osiedlić. Nie pozwolił amerykańskiej armii zatriumfować nad sobą i przez ponad dziesięciolecie uparcie odrzucał propozycje zawarcia pokoju. Jego sława niezwyciężonego wojownika obiegła całe Stany Zjednoczone, przekroczyła granice i oceany. Jedynie imię Geronima, który, uosabiając ostatnie walki Indian, stał się mitem, zdobyło większą popularność. Ale, podkreślają dzisiaj historycy na czele ze Sweeneyem, Geronimo jako postać historyczna, formatu zdecydowanie mniejszego od Cochise'a, nie może się z nim równać pod żadnym względem, ani pod względem wpływu, jaki miał na zdarzenia, ani pod względem dokonań na rzecz ludu Chiricahua.

Cochise, "najświetniejszy Apacz XIX wieku", był przywódcą najwyższej próby. Był kwintesencją wszystkich cnót swojego plemienia i przewodnikiem poczuwającym się do odpowiedzialności za swój lud. Żaden inny wódz nie wywierał takiego jak on wpływu na serca i wolę Indian, żaden nie zjednoczył ich tak silnie dla wspólnej sprawy. Jego nienawiść do białych była nieprzejednana, miał setki powodów do zemsty, która przybrała u niego formę bezlitosnej furii i żelaznej determinacji, nigdy jednak nie dał się jej zaślepić. Potrafił przewidywać. Z myślą o swoim ludzie prowadził wojnę i mając na względzie jego dobro godził się na kompromisy. Dzięki swej sile i inteligencji był w stanie zapewnić mu warunki pokoju, jakich nie uzyskał żaden inny wódz indiański. Nie bez podstaw Edwin Sweeney przypuszcza, że gdyby żył dłużej, zaoszczędziłby Apaczom Chiricahua okrutnego losu, jaki ich spotkał.

 Howard Terpning - "Przegnani przez diabła", detal.


[1] Morris Edward Opler, An Apache Life-Way: The Economic, Social and Religious Institutions of the Chiricahua Indians, University of Nebraska Press, 1996

[2] Donald C. Cole, Les Apaches Chiricahuas, De la guerre à la réserve, Ed. du Rocher, 1993 (The Chiricahua Apaches, 1847-1876 – from War to Reservation, University of New Mexico Press, 1988)

[3] Cochise zdolny był również rozkazywać oficerom amerykańskim. Gdy w 1872 r. generał Howard zjawił się z porucznikiem Sladenem w obozie Chokonenów w celu przeprowadzenia pokojowych rozmów, Cochise zażądał, aby generał udał się do Fortu Bowie z rozkazem zaprzestania strzelania do Indian w czasie negocjacji. Zmęczony długą podróżą Howard nie miał ochoty wybierać się w nową podróż i zlecił tę misję Sladenowi, na co Cochise się nie zgodził: "Nie, generale, to pan pojedzie. Żołnierze mogą kapitana nie posłuchać, ale pana posłuchają". Rad nierad wysłannik Waszyngtonu, pełnomocnik prezydenta Granta rozkaz Cochise'a wykonał. Bo nie chodziło tu o prośbę, ale o rozkaz. Możliwe, że Cochise chciał w ten sposób wypróbować dobrą wolę Howarda.

[4] Edwin R. Sweeney, Cochise, Chiricahua Apache Chief, University of Oklahoma Press, 1991.

[5] Tamże. Wszystkie świadectwa amerykańskich wojskowych pochodzą z tej pracy.

________________________

©Zofia Kozimor

 
   Powrót

Do góry