Powrót                                         

 

 

Początek wojny Apaczów Chiricahua z

Amerykanami

Po zajściu z Bascomem na Przełęczy Apaczów Cochise powziął ku białym nieprzejednaną nienawiść. Arogancja, pogarda i niesprawiedliwość, których doświadczyli Apacze, zaciążyły na zawsze na ich stosunkach z Amerykanami. Dla Cochise’a wyjątkowo bolesna była strata Coyuntury. W społeczności Apaczów bracia byli sobie bardzo bliscy, szczególnie gdy należeli do tej samej grupy. Bardzo możliwe, że po śmierci brata Cochise poślubił Yones, wdowę po nim, pewne jest bowiem, że wychował jego syna, Chie.

Na ziemiach Apaczów rozgorzała wojna. Cochise stał się „najzagorzalszym, najbardziej nieprzejednanym wrogiem Amerykanów” i przez dziesięć lat siał trwogę i spustoszenie w Arizonie. "Ukrył się ze swymi ludźmi w górach – pisze mieszkaniec Tucson, William Oury, - i jeśli zbliżał się do Białych  to tylko po to, by zaspokoić pragnienie zemsty”.

Po wypadkach na Przełęczy Apaczów, Cochise wycofał się na północ Meksyku i szykował do wojny. Uderzył na wiosnę. Chokoneni napadali na dyliżanse i konwoje, na rancza i kopalnie, atakowali oddziały wojsk stacjonujące w przygranicznych fortach. Działalność linii dyliżansów Johna Butterfielda ustała w marcu 1861 roku. Postój dyliżansów niedaleko Stein’s Peak został zniszczony. Złapani w potyczkach mężczyźni byli torturowani. Apacze podpalali budynki, uprowadzali stada bydła. Na początku wojny Cochise miał pod sobą ok. 60 wojowników. W przeciągu kilku miesięcy liczba ta co najmniej się podwoiła, dołączyli bowiem do niego Chihenne, Nednhi, a nawet Apacze Białogórscy Francisco. Podczas jednej z potyczek z amerykańskim oddziałem Cochise rozpoznał wśród walczących Bascoma. Kilkakrotnie szarżował w jego kierunku, jednak nie udało mu się go dosięgnąć.

"Patagonia". Okolice kopalń Mowry'ego i Fortu Buchanan.

Przejęcie kontroli nad południową Arizoną ułatwił Apaczom wybuch wojny secesyjnej. Armia amerykańska mobilizowała się do walki z Konfederatami, którzy weszli do Nowego Meksyku. Dowództwo w Santa Fe nie tylko nie nadesłało nowych oddziałów do Fortu Buchanan i Breckenridge, ale w lipcu 1861 roku zmuszone było oba forty zamknąć. Odejście wojska oznaczało pozbawienie obywateli ochrony, a tym samym kres działalności gospodarczej na południu Arizony. W obliczu zagrożenia hodowcy, farmerzy, górnicy opuszczali w szybkim tempie rancza, kopalnie i małe miasteczka. Szukali schronienia w Tucson i Tubac. Na początku sierpnia setka Apaczów Białogórskich zaatakowała Tubac. Zginęło dwoje ludzi, Indianie uprowadzili całe bydło. Pod koniec 1861 roku południe Arizony było praktycznie wyludnione, z wyjątkiem Tucson i kilku kopalń. Apacze zapanowali nad prowincją. Tucson Arizonian notował:

„Nasza gospodarka upadła. Nie ma poczty, żołnierze odeszli, a ich forty zostały spalone; górników pomordowano i kopalnie opustoszały; hodowcy i farmerzy zostawili zbiory i bydło Indianom, a ludność uciekła w panice w poszukiwaniu schronienia, porzucając cały dobytek. Poza Tucson na całym terytorium nie widać ludzkich zabudowań”.

Ruiny fortu (presidio) w Tubac

Cochise sądził niewątpliwie, że najazdy Apaczów zmusiły do ucieczki nie tylko mieszkańców Arizony, lecz spowodowały też odejście wojska, jak to miało miejsce niegdyś w Sonorze. Nie wiedział, że wycofanie się oddziałów jest wynikiem wojny między białymi. Podobne przeświadczenie żywili zresztą w tym okresie Siuksowie i Szejeni.

Pod koniec wiosny 1861 roku wojnę rozpoczął Mangas Coloradas. Apacze Chihenne mieli za sobą długą tradycję pokoju z Amerykanami dzięki mądrej i uczciwej polityce Stecka. Niemniej w Nowym Meksyku sytuacja zaczęła się zmieniać. W 1860 roku w okolicach Pinos Altos odkryto złoto, co spowodowało napływ poszukiwaczy cennego kruszcu i zwykłych awanturników. Ci pozwalali sobie na zupełnie bezpodstawne akty agresji wobec Indian. Koło fortu Webster zabito dla fantazji czterech Chihennów, a trzynastu uwięziono. Była to bezmyślność, której Indianie nie rozumieli. Widzieli w tym zdradę domagającą się zemsty. Niemniej jeszcze przez kilka miesięcy przestrzegali ustalonych zasad pokoju. Napływ poszukiwaczy złota mocno niepokoił Mangasa Coloradas, który rozumiał, że jego kraj przechodzi nieubłaganie w posiadanie białych. Chęć niesienia pomocy Cochise’owi oraz pragnienie przegnania obcych sprawiły, że Mangas rozpoczął wojnę. Dla Amerykanów w Nowym Meksyku było to wielkie zaskoczenie. Zastępca Michaela Stecka w agencji do Spraw Indian pisze: „Nie mam najmniejszego pojęcia, co mogło pchnąć ich do walki. Racje wydawano im regularnie”.

Okolice Pinos Altos. W porównaniu z Arizoną ziemie Apaczów Mangasa Coloradas są bardzo zielone.

W czerwcu zjednoczone siły Mangasa i Cochise’a odcięły drogę z Tucson do Mesilli. Nie sposób było dostać się do Tucson. Apacze zaczęli napadać na konwoje i uprowadzać bydło. Podobnie jak w Arizonie, farmerzy i hodowcy porzucali pola i domy. Prasa alarmowała, że kopalnie w Pinos Altos zostały opuszczone. Rozmijała się jednak z prawdą. Wielu poszukiwaczy złota, brutalnych i zdecydowanych na wszystko, zostało, zmierzając się z Chiricahuami w krwawych potyczkach. Gdy Michael Steck przybył do Nowego Meksyku, zrozumiał, że nie zatrzyma biegu wydarzeń i że „trzeba będzie wielu miesięcy, aby Apacze zgodzili się na obecność amerykańskiej agencji”. Nie miesięcy jednak trzeba było lecz lat.

Rzeka Gila, 20 kilometrów na północ od Pinos Altos.

Cochise i Mangas założyli kwaterę główną niedaleko Cook’s Peak, góry zwanej przez Apaczów Dziltanatal (Górą Dumnie Wznoszącą Głowę), w pół drogi między rzeką Mimbre i Rio Grande. Pragnęli odciąć od Mesilli poszukiwaczy złota z Pinos Altos. W dolinie nieopodal Cook’s Peak znajdowało się nigdy nie wysychające źródło, niezbędny przystanek dla podróżnych i żołnierzy. Źródło to odgrywało taką samą rolę jak źródło na Przełęczy Apaczów, i cieszyło się równie złą sławą. I choć legenda owiała głównie Przełęcz Apaczów, liczba podróżnych zaatakowanych przez Indian w Cook’s Canyon przerosła liczbę zabitych na Przełęczy, gdyż więcej osób przemierzało te strony. „Wszędzie widać rozbite wozy, – notuje podróżny - wzgórki kamieni oznaczające groby i ludzkie kości”. Farmerzy i hodowcy porzucali te ziemie i jechali w strony bardziej cywilizowane, a ich wyładowane dobytkiem wozy i stada bydła stanowiły cenny łup dla Apaczów. W pobliżu Cook’s Springs doszło do wielu bitew z Apaczami, których opisy zachowane w amerykańskich archiwach, a przytoczone przez Edwina Sweeneya, zgodnie podkreślają odwagę i determinację białych obywateli odpierających ataki dzikich.

Wjazd do fortu w Pinos Altos.

Stosunki między Apaczami i Meksykiem były jak zwykle napięte. Łowcy indiańskich skalpów nie ustawali w polowaniach i wielu Chiricahuów przypłaciło je życiem. Co więcej, w dolinie Rio Grande wybuchła epidemia ospy, zabierając następne ofiary. Głównym wrogiem Cochise’a i Mangasa byli jednak Amerykanie. Wyrugowanie górników z Pinos Altos stało się sprawą całego plemienia. Chihenne, Bedonkohe i Chokoneni grupowali swoje siły do natarcia. Ich plany pokrzyżowało przybycie do Pinos Altos kapitana Mastina i grupy konfederackich żołnierzy pułkownika Johna Roberta Baylora. Baylor, gorący adept dewizy „dobry Indianin to martwy Indianin”, wydał Mastinowi rozkazy, które były prawdziwym wezwaniem do ludobójstwa. Nakazał zabijać Indian z użyciem wszelkich dostępnych środków, podając im alkohol, truciznę, strzelając do nich bez skrupułów w każdej sytuacji. Mastin z żołnierzami i konwojem przybyli do Pinos Altos pod koniec września 1861 roku. Rankiem następnego dnia żołnierze przywieźli zaopatrzenie do miejscowego sklepu, gdy na okolicznych wzgórzach pojawili się Apacze i ruszyli do ataku. Zabarwione epickim odcieniem opisy białych podają, że mieszkańcy Pinos Altos nie dostrzegli żadnych podejrzanych ruchów w okolicy, gdy nagle owego ranka ujrzeli apackich wojowników stojących ramię w ramię na wzgórzach otaczających miasto. Było ich, według różnych świadectw, od stu do sześciuset. Cochise i Mangas zaatakowali jednocześnie dwa obozowiska górników niedaleko miasta. Zacięte walki trwały całe przedpołudnie. Dobrze uzbrojeni górnicy strzelali ukryci w domach z drewnianych pali. Dochodziło do walki wręcz na ulicach miasta. Indianie próbowali podpalić domy, ale nie pozwalał im się zbliżyć ogień karabinów. Około południa żołnierze zaczęli strzelać z działa, co rozbiło szeregi Apaczów, którzy bali się tego typu broni. Pół godziny później bitwa była skończona. Zginęło dziesięciu Indian i pięciu Białych, m. in. kapitan Mastin. Wielu zostało rannych. Choć Apacze stracili więcej ludzi, zwycięstwo należało do nich. W następnych bowiem dniach większość górników opuściła miasto, udając się do Santa Fe bądź Mesilli.

Jedyna ulica w historycznym Pinos Altos. Saloon.

Bitwa pod Pinos Altos była jedną z długiej serii krwawych potyczek między Chiricahuami i Amerykanami w Nowym Meksyku. Apacze brawurowo przeszli do ofensywy, prowadzeni w sensie przenośnym i dosłownym przez największych wodzów tego okresu. Wodzowie Apaczów bowiem znajdowali się zawsze w pierwszym szeregu walczących. To w tym okresie Cochise wyłonił się jako wódz całego odłamu Chiricahua. O znaczeniu Cochise’a wśród Chiricahuów mówi raport komendanta Sonory z października 1861 roku. Komendant pisze o możliwym pokoju z Chiricahuami, gdyż „Indianie ci są teraz zjednoczeni, a decyzje podejmowane są przez jednego wodza o imieniu Chis, który jest ich Capitán Grande i stoi na czele wszystkich. Indianie mówią, że dowodzi on wojownikami od Mesilli po Sarampion (w górach Peloncillo) i gotowy jest do odparcia kampanii Amerykanów skierowanej przeciwko niemu”. Edwin Sweeney zauważa, że jeśli Cochise dowodził Apaczami w Nowym Meksyku to znaczy, iż przybył tam z Chokonenami na życzenie Mangasa Coloradas i, zważywszy na podeszły wiek teścia, stał się niekwestionowanym liderem zjednoczonych sił Apaczów. Historyk James Mc Clintock notuje ze swej strony, że „Cochise zdolny był skupić wokół siebie więcej wojowników niż jakikolwiek wódz Apaczów czasów nowożytnych”. Do pokoju z Meksykanami, o którym raport wspomina, nie doszło, gdyż Cochise nie ufał zapewnieniom komendantów i trzymał się z dala od fortów. Opłaciło mu się to tym bardziej, że szalejąca ospa zabrała na początku 1862 roku wielu Chiricahuów żyjących w sąsiedztwie miasteczek.

Teatr w Pinos Altos

Wypieranie osadników w Nowym Meksyku szło w parze z ich wypieraniem w południowej Arizonie. W Arizonie istniały już tylko dwa znaczniejsze skupiska Białych: Tucson i kopalnie Patagonii. Mowry, właściciel kopalń, wielokrotnie prosił armię o przysłanie mu ochrony. Nie cierpiał Apaczów z całej duszy, porównywał ich do grzechotników i uważał, że należy ich traktować jak grzechotniki. Opisał obraz zniszczenia, jaki przedstawiała bogata niegdyś kraina: „Wszystkie farmy i rancza są porzucone, ludzie uciekli do Tucson, Tubac, bądź podążyli za wojskiem. Straty materialne są ogromne. Utrzymuję się na miejscu z niezwykłą trudnością. Kopalnie zamieniłem w garnizon. Jestem nieustannie gotów do walki. [...] Apacze z Arizony chwalą się otwarcie, że wygnali z tej ziemi Amerykanów, wojskowych i cywilów”.

Cochise poinformowany był o wszystkim, co działo się w kopalniach. Podobnie jak Mangas w Pinos Altos, pragnął je zniszczyć i doprowadzić do wyjazdu górników. Mowry zamienił kopalnie w fortecę, otoczył domy wysokimi murami z otworami strzelniczymi, uzbroił wszystkich mężczyzn tak, że pracowali z kilofem w jednej ręce i karabinem w drugiej. Przypuszczał, że uda mu się odwieść Cochise’a od frontalnego ataku, który byłby zbyt krwawy dla Chiricahuów. Cochise rozpoczął więc walkę podjazdową, napadał na konwoje jadące do kopalń i wracające do Santa Cruz. Mowry opisuje z detalami incydent podczas którego zginęli wszyscy podróżni udający się do Santa Cruz, w tym kobieta i dziecko. Edwin Sweeney słusznie zapytuje, dlaczego w sytuacji otwartej wojny z Apaczami Mowry wysłał kobietę i dziecko w podróż bez żadnej eskorty. Odpowiedzi na to pytanie w raportach jednak nie znalazł. Wyczerpująca walka przeciwko kopalniom doprowadziłaby pewnie do ich zamknięcia, gdyby nie nadejście Kalifornijskich Ochotników, którzy wkroczyli do Arizony, by wyprzeć z niej wojska Konfederatów.

Groty apackich strzał znalezione w okolicy Pinos Altos (Pinos Altos Museum).

Bibliografia:

1. Edwin R. Sweeney, Cochise, Chiricahua Apache Chief, University of Oklahoma Press, 1991

2. Edwin R. Sweeney, Mangas Coloradas, Chief of the Chiricahua Apaches, University of Oklahoma Press, 1998 

________________________

©Zofia Kozimor 

 

   Powrót

Do góry