Powrót                                           

 

 

 

Przyjaciele i wrogowie publiczni

 

W polskiej prasie Le Clézio nie dorównuje Houellebecqowi. Pimko z Bladaczką orzekli, że Houellebecq jest wielki, zwolnili tym samym krytyków z konieczności myślenia. Ci mogą wygodnie kroczyć utartą ścieżką i prześcigać jeden drugiego w opiewaniu geniuszu Houellebecqa. W opiewaniu tym prym wiedzie Justyna Sobolewska, która w „Polityce” zaliczyła Mapę i Terytorium do arcydzieł. Mapa i Terytorium, owszem, jest lekturą łatwą, lekką i przyjemną, intelektualnie czytelnika nie przemęcza, więcej, wprawia go w dobry nastrój, gdyż komentarze Houellebecqa o człowieku i współczesnej cywilizacji przypominają te, którymi sam dzieli się z rodziną przy kolacji.

W 2008 roku wyszła we Francji korespondencja Houellebecqa i Bernarda-Henri Lévy’ego. Autorzy nadali jej tytuł Wrogowie publiczni, delektując się pozycją pisarzy nierozumianych i odrzuconych, którą to pozycję gorliwie kreują za pomocą prowokacji bądź kontrowersyjnej działalności. Jej polski przekład ukazał się właśnie nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Zastanawiam się, jak krytycy tę literacką kość przełkną. Z Houellebekiem nie będzie oczywiście problemów. Wiadomo, Houellebecq jest największym-francuskim-pisarzem-współczesnym-piewcą-zglobalizowanej-rzeczywistości. Kością w gardle stanie na pewno Bernard-Henri Lévy. BHL – jak nazywają go Francuzi – w Polsce jest mało znany. Niemniej Pimko zdołał się o nim wypowiedzieć głosem Ludwika Stommy, który nazwał go w „Polityce” „największym intelektualnym nieszczęściem Francji”. Wawrzyniec Smoczyński, idąc przetartym szlakiem, przedstawił go, również w „Polityce”, jako „próżnego dandysa, playboya, dyletanta”, mistrza „w sztuce autokreacji”. Ciekawa jestem, co krytycy zrobią z tym fantem? Przynajmniej ci z „Polityki”. Czy posuną się do tego, aby zakrzyczeć niesłusznego Pimkę Pimką ideologicznie słusznym i przedstawią BHL jako największego-francuskiego-intelektualistę-filozofa, godnego rozmówcę Houellebecqa? Jak wytłumaczą fakt, że szczęśliwy twórca arcydzieł tak gładko znalazł wspólny język z intelektualnym nieszczęściem?

Z Le Clézio w Polsce nie ma problemu. Pimko dawno skazał go na banicję. Do dobrego tonu należało pisać o nim źle, zanim w ogóle przestało się o nim pisać.

Przytaczam poniżej artykuł, który ukazał się we Francji w 2008 roku, wkrótce po wydaniu Wrogów publicznych i przyznaniu Le Clézio nagrody Nobla. Przytaczam go, gdyż po pierwsze, podobny artykuł w polskiej prasie byłby niemożliwy, a po drugie, wyjaśnia on, co łączy twórcę „arcydzieł‟ z człowiekiem intelektualnie podejrzanym, a co dzieli ich od pisarza, którego twórczość, nierozumiana i odrzucona przez zakochanych w sobie i swoim światku stołecznych krytyków, została uhonorowana nagrodą Nobla.

 

 

Jérome Garcin

Le Clézio – przyjaciel publiczny

« Dzień po przyznaniu Le Clézio literackiej nagrody Nobla Houellebecq i Lévy gościli w porannej audycji radia France-Inter. Na pytanie o Noblistę pierwszy wybąkał, że nigdy go nie czytał, drugi nie powiedział nic. Ich milczenie było wymowne. Wyrażało to wszystko, co dzieli „wrogów publicznych”, prawdziwych strategów rozgłosu, gorączkowo pracujących nad własnym wizerunkiem, od autora Pustyni, który wycofuje się, żeby pisać, i nigdy siebie nie wielbił. Pozostał Kandydem, oni zaś są tacy sprytni.

Ale przepaść między nimi jest daleko głębsza. Houellebecq i Lévy uwielbiają swoją epokę, przystają do niej całkowicie, a ich książki, choć tak różne, odbijają jej obraz jak powiększające lustra. Le Clézio jej nie cierpi, ucieka od niej, nie przestaje jej zwalczać, jest – jak to wyraziło noblowskie jury – „pisarzem zrywającym więzi”. Woli domy z suszonej cegły w Michoacanie od wieżowców Nowego Jorku, miraże zaginionych światów od chimer globalizacji. Gdy przed dwudziestu laty w Meksykańskim śnie śmiał oddać hołd geniuszowi Azteków, ich cywilizacji, dziełom i mitom sprzed inwazji Hiszpanów, Guy Scarpetta nazwał go w „Globe” „pogańskim barbarzyńcą” i apologetą „azteckiego faszyzmu”, gdy zamieścił jedną z nowel w „Revue d’études palestiniennes”, Bernard-Henri Lévy oskarżył go, również w „Globe”, o „zajadły antysyjonizm”.

Od tego czasu raz za razem padają obskuranckie oskarżenia. Paryż nie lubi tych, którzy wolą od niego pustynne równiny, surowe góry i niebo bez dymu. Paryż nie lubi tych, którzy mu się nie oddają i nie ulegają jego modom.

Czy warto wyliczać intelektualistów z lewego brzegu Sekwany, którzy piętnowali harcerza-idealistę odrzucającego ideę postępu i technologiczne cuda; obrońcę szarych wielorybów w Kalifornii; skrzyżowanie Roberta Redforda z ekologiem Nikolas’em Hulotem; pisarza o języku zbyt prostym, zbyt nagim, podczas gdy jest on przejrzysty i gładki jak kamyk wyszlifowany falami czasu i ozdobiony przez malarza prymitywistę? Le Clézio bowiem nie ufa wyszukanym zdaniom, tak jak Indianie nie ufali wytwornym strojom Cortésa. Uważa, że rolą pisarza nie jest upiększanie rzeczy, lecz ich nazywanie.

Czym wytłumaczyć tę wrogość pewnej części krytyki? Czy nie tym, że współcześni autora Protokołu stracili złudzenia i zaczęli wchodzić w układy ze społeczeństwem, które niegdyś próbowali przekształcać? Dziś mają władzę i sute konta w banku. Le Clézio się nie zmienił. W wieku 68 lat zachował wygląd nieśmiałego młodzieńca, jest zbyt szczery, żeby błyszczeć w konwersacjach, pozostał nomadą dalekim od klimatu kawiarń na Saint-Germain des Prés. Nie stroni od marzeń i rewolty, dzięki którym jego literatura wznosi się na wysokość człowieka. Staje po stronie wykluczonych, po stronie pariasów Zachodu. [...]

Dużo mówiono, że nagroda Nobla przyznana Le Clézio zadała kłam Donaldowi Morrisonowi, który na łamach „Time’a” przepowiadał „śmierć francuskiej kultury”. Nie dość powtarzano, że przede wszystkim zamknęła dziób paryskim cynikom, którzy zakatalogowali to wielkie dzieło w dziale „Tropiciel śladów” i podchodzą do niego jak niegdyś bogaci koloniści podchodzili do tubylców. Z butą i pogardą. Dzięki, Szwedzka Akademio! »

Le Nouvel Observateur, 16. 10. 2008

 

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry