Powrót                                           

 

 

 

Z dziejów dumnych „złodziei”

 

(O wyprawach wojennych i wypadach łupieskich Apaczów)

 

W swojej recenzji książki „Apacze” Edwina Sweeneya Bartosz Hlebowicz, pretendujący do miana antropologa, krytyka i przyjaciela Indian, stwierdził: „Apacze nie prowadzili wojny narodowowyzwoleńczej, lecz byli grabieżcami i złodziejami. […] Cochise był wielkim wodzem nie ze względu na szlachetny charakter, lecz dlatego, że doprowadził do perfekcji łupieżczy styl walki Apaczów”. „Nowe Książki” bez mrugnięcia okiem ten osąd wydrukowały. Polski czytelnik, nieznający żadnej z wyjątkiem „Winnetou” książki o Apaczach, dostał oto wiadomość formującą jego przekonania. Tymczasem, jeśli termin „walka narodowowyzwoleńcza” trąci anachronizmem, nazwanie Apaczów złodziejami jest czystym przesądem. Zastanawiam się, kogo jeszcze można by zaliczyć do złodziejskich nacji. Romów? Polaków? Sądzę, że nie byłoby trudności ze znalezieniem kilku innych, gdyby poszperać wśród uprzedzeń i rasistowskich klisz.

Do złodziei tradycyjnie zaliczamy nomadów. Ludy, które nie zaprzęgły się do ciężkiej pracy i żyją tam, gdzie stanie ich stopa, zawsze wzbudzały wśród ludzi osiadłych strach i pogardę. Owa wrogość, podszyta często skrytą fascynacją, do dziś uniemożliwia spokojną refleksję. Choć etnolodzy podkreślają konieczność uznania racji, kryteriów i wartości, jakimi kierują się inne kultury, przeciętnemu obywatelowi, czego przykładem recenzja pana Hlebowicza, trudno powstrzymać się od ich oceniania i potępiania według własnych wartości. A wtedy do głosu dochodzą przesądy.

Edwin Sweeney szeroko opisuje charakter apackich wypraw. Podkreśla, że nie można mylić ze sobą wypraw wojennych i tzw. rajdów, czyli wypadów łupieskich. Różniły się one celami, organizacją, liczbą wojowników, ceremoniami. Wyprawy łupieskie były ważnym elementem kultury Apaczów, lecz w żadnym wypadku nie można ich sprowadzić do chęci wzbogacenia się cudzym kosztem. Nie chodziło w nich o pieniądze, złoto, kapitał ani kasę, co Europejczykom zagarniającym ziemie i ludzi trudno zrozumieć. Motywacje tych wypraw wykraczały daleko poza względy ekonomiczne. Miały one charakter religijny, społeczny, pozwalały formować się jednostce i całej grupie. Wypływały bezpośrednio z kosmogonii Apaczów, według których życie jest ustawicznym starciem wrogich sił. Apacze wierzyli, że wszystkie formy życia są nieustannie zagrożone i nie przestają się niszczyć. Zniszczeniu podlega również ich własna egzystencja. Żeby żyć we wrogim świecie, trzeba być silniejszym, zręczniejszym od innych. „Jeśli nie potrafisz prowadzić wypraw, zginiesz”[1]. Sweeney przytacza przykłady, w których ofiarami indiańskich ataków padali sami Apacze. Porwana za młodu Meksykanka, Marijenia Figueira, odbita przez Amerykanów piętnaście lat później, daje przejmujące świadectwo bezbronności i nędzy, w jakiej żyli nieugięci Chiricahuowie. Ciekawe jest to, że branka identyfikuje się całkowicie z grupą, która ją porwała: „Nawaho prowadzą wojnę ze wszystkimi plemionami, jakie znam. Zabrali nam całe bydło; zostawili nas bez niczego, dosłownie bez niczego. Nie mamy żadnych zwierząt oprócz trzech małych koni, a ostatniej nocy żołnierze zabrali nam jednego z nich. Nie mamy suszonego mięsa; nie mamy nic do jedzenia oprócz mescalu”[2]. Jak się okazuje, pół-osiadli Nawahowie wcale nie byli mniej zręczni w uprowadzaniu koni i bydła od „złodziejskich” Apaczów. Nie mieli też więcej od nich skrupułów. Podobnie rzecz miała się z plemieniem Papago. „Indianie Papago napadli na obóz Apaczów na granicy z Sonorą i rozpędzili całą grupę. Zemścili się w ten sposób za wcześniejszy atak Cochise’a. […] Prowadzeni przez wodza Miguela, podążyli tropem rabusiów w lesiste góry Santa Rita w południowej Arizonie i o świcie uderzyli na zaskoczoną wioskę. Według Papago, których relację przekazała prasa Arizony, Apacze stawiali niewielki opór, porzucili konie i uciekli w góry”[3]. Tak więc Papago też byli zręcznymi koniokradami i nie dawali sobie w kaszę dmuchać.

W rzeczywistości zwyczaje Apaczów nie różniły się zbytnio od zwyczajów sąsiedzkich plemion i, szerzej, od zwyczajów tzw. Chichimeków, nomadów zamieszkujących półpustynne prowincje rozciągające się na północy dawnego imperium Azteków, a później Meksyku. Ci łowcy i zbieracze, doskonali łucznicy, wyznający kult słońca i czterech stron świata, prowadzili ze sobą nieustanne walki, a ich taktyki wojenne były zbliżone (przykładem ów atak z zaskoczenia nad ranem przeprowadzony przez Papago). Oprócz wojen ludy te prowadziły ze sobą wymianę handlową i swoisty dialog. Żadne z plemion „kultury półpustynnej” nie znało pojęcia wyższości kulturowej i żadne nie dążyło do unicestwienia przeciwnika. Żyły one w równowadze, którą zakłóciło przybycie Europejczyków. Jack Forbes wysunął tezę, iż do pojawienia się Hiszpanów Apacze utrzymywali z Indianami Pueblo, Opatami i Pimami dobre kontakty. Forbes podaje wiele przykładów pokojowej, symbiotycznej egzystencji Apaczów i Indian osiadłych[4]. Nawet jeśli odrzucimy tę idylliczną wizję życia Apaczów, daleką od tradycji koczowników, prawdą jest, że nomadzi żyli z ludami osiadłymi w symbiozie. Mówi o tym szeroko „Relacja o Michoacanie”, autentyczny przekaz Indian Purepecha. Nieustanne wojny między ludami rolniczymi i nomadami przeplatały się z wyminą handlową oraz kulturową. Na rywalizację tych ludów nakładała się wzajemna fascynacja, która prowadziła do respektowania u przeciwnika tego, co stanowiło o jego sile i atrakcyjności[5].

Apackie wyprawy łupieskie w XIX wieku nie miały już nic wspólnego z wyprawami urządzanymi przed przybyciem Europejczyków. Apacze potrafili doskonale wyżywić się sami, bez konieczności rabowania innych. Problem w tym, że w miarę napływu kolonistów i wojskowych ich tereny łowieckie i zbierackie kurczyły się w zatrważającym tempie. „Złodziejskie” zwyczaje tubylców, potępiane przez chrześcijan, były w dużym stopniu przez nich spowodowane. Zwraca na to uwagę Claude Lévi-Strauss: „Oceniając społeczności takie, jakie nam się ukazały, gdy nawiązaliśmy z nimi kontakt w XIX wieku, nie bierzemy pod uwagę pewnej oczywistości: społeczności te były już tylko ruiną ocalałą z pożogi, okaleczoną resztką pozostałą po wstrząsie, którego byliśmy bezpośrednią bądź pośrednią przyczyną. Niezwykłość zderzenia cywilizacji europejskiej z ludami „zacofanymi” polega na tym, że owa cywilizacja odnalazła w nich swój własny wytwór, w aspekcie negatywnym, czego nie potrafimy uznać”[6].

Na czym polegały owe wypady łupieskie Apaczów? Młodym wojownikom chodziło przede wszystkim o zdobycie wprawy. Głodującej społeczności zależało na uprowadzeniu koni i bydła, zdobyciu koców, a z czasem broni i amunicji. Łupami dzielono się natychmiast. Gdy po udanej wyprawie łupy były duże, obdarowywano sprawiedliwie wszystkich członków grupy, przy niewielkiej zdobyczy dzielono się z najbiedniejszymi. „Przywódca wyprawy zostawiał sobie najmniejszą część. Musiał wykazać się szczodrością”[7]. Początkowo wyprawy grabieżcze miały charakter sezonowy. Nie organizowano ich wiosną ani latem, gdyż była to pora zbiorów i polowań. Najlepszym okresem była jesień, od pełni księżyca w październiku, do pełni księżyca w listopadzie. Gdy napływający pionierzy, górnicy, awanturnicy i wojskowi uniemożliwili tradycyjną gospodarkę Chiricahuów, wyprawy po bydło i konie organizowano przez cały rok. Grupy wyruszające na wyprawy grabieżcze liczyły około pięciu do sześciu wojowników i nigdy nie przekraczały dwunastu. Grupy wojenne liczyły od stu do kilkuset wojowników. Celem wypraw wojennych nie było zdobycie łupów, choć, gdy nadarzyła się okazja, nie gardzono nimi. Podczas wypadów łupieskich z kolei unikano ofiar w ludziach. „Szykując się do uprowadzenia stada bydła lub koni, wojownicy starali się nie rzucać w oczy i posuwali się z wielką ostrożnością. Unikali wszelkiej konfrontacji z oddziałami wojska i wstrzymywali się od zabijania ludzi”[8]. Wszystkie opisy typowego rajdu podkreślają „pokojowe nastawienie”[9] jego uczestników unikających rozlewu krwi. Z grupą wyruszał zazwyczaj wojownik posiadający moc wojenną, lecz nie było to konieczne. Apacze Zachodni odprawiali przed wypadami tańce, czego nigdy nie czynili Chiricahuowie. „Nie wykonuje się tańców wojennych, gdy celem są tylko łupy. Tańce wojenne odprawia się wtedy, gdy wojownicy przygotowują się do walki”[10]. Nie wszyscy wojownicy godzili się na wyprawy grabieżcze. Morris Opler pisze, że polowanie i wyprawy łupieskie były czynnościami, które się wykluczały. Wojownicy uważali, że udział w takiej wyprawie zagraża mocy myśliwego i zmniejsza jego szanse w czasie polowania. „Mężczyzna, dla którego odprawiono ceremoniał jelenia, nie uczestniczy w rajdach, lub bierze w nich minimalny udział, gdyż nie chce stracić mocy jelenia. Udana wyprawa i duże łupy mogą doprowadzić do tego, że opuści cię szczęście w polowaniu; nie będziesz w stanie dostrzec zwierzyny i staniesz się marnym myśliwym”[11]. Udział w wypadzie po łupy poddany był tej samej walce żywiołów, która rządziła wszechświatem. Wyprawy te były konieczne, lecz wiązały się z dużym ryzykiem. Wymagały od wojowników ciągłego dialogu z nadnaturalną mocą, umiejętnego jej wykorzystywania i mądrego unikania. O ile odmowa udziału w wypadzie grabieżczym była indywidualnym wyborem każdego, o tyle odmowa w wyprawie wojennej była źle widziana przez całą społeczność. Zarówno wyprawy łupieskie, jak i wojenne odgrywały dużą rolę w kulturze Apaczów, niemniej to podczas wypraw wojennych wyłaniali się wielcy wojownicy i wielcy wodzowie. Ewentualna chwała nabyta podczas wypadów grabieżczych była „efektem ubocznym”[12]. Twierdząc, że „Cochise był wielkim wodzem, gdyż doprowadził do perfekcji łupieski styl walki Apaczów”, pan Hlebowicz wykazał się wiedzą, której musiał nabyć, czytając „Winnetou”.

Wyprawy wojenne miały zupełnie inny charakter. Prowadzone były przede wszystkim dla pomszczenia zabitych. Pomszczenie zabitego lub znieważonego członka rodziny było obowiązkiem każdego Chiricahuy. „Kto nie reaguje na śmierć bliskiego, ten nie jest dobrym człowiekiem”. „Jeśli nieprzyjaciel dokona gwałtu, musisz mu się odpłacić. Inaczej równowaga jest zakłócona i światu zagraża chaos”[13]. Sweeney świetnie przedstawia błędne koło zabójstw, odwetów i represji prowadzących do kolejnych zabójstw. Zabijając stu trzydziestu zwabionych podstępnie i zamroczonych alkoholem Chiricahuów, Meksykanie rozpętali niekończące się piekło wypraw odwetowych. Wieszając członków rodziny Cochise’a, w wyniku piramidalnych błędów niedoświadczonego porucznika, Amerykanie sprezentowali sobie dekadę okrutnej wojny, której się nie spodziewali. Dla Chiricahuów zemsta była obowiązkiem. Uchylenie się od tego obowiązku zagrażało równowadze świata. Podkreśla to Sweeney: „Na każdy akt agresji Chiricahuowie systematycznie odpowiadali zemstą w nadziei, że dosięgną winnych. Morris Opler ujął to słowami: „Napadali na kogokolwiek, na wojskową trupę albo na miasto. Płonęli gniewem. Atakowali wszystkich, żeby przywrócić równowagę”[14].

Niemniej, szukając zemsty, Apacze kierowali się ścisłymi zasadami. Nie napadali na grupy, z którymi nie mieli żadnego zatargu. Potencjalna ofiara musiała narazić się Apaczom. Zdarzało się, że Apacze przepraszali za pomyłkowe napady, jeśli do takich dochodziło[15]. Z opisu Sweeneya jasno wynika, że pierwsze kontakty Apaczów z Amerykanami były dobre. Komisja graniczna przemierzyła terytorium Apaczów bez żadnych przeszkód, Mangas Coloradas na czele Chihenne’ów nawiązał dobre stosunki z opiekuńczym komisarzem Steckiem, Cochise przez całe pięć lat pozostawał na pokojowej stopie z Amerykanami, zanim pokoju nie zniweczył porucznik Bascom. Dochodziło nawet do tego, że, pragnąc utrzymać poprawne stosunki z amerykańskimi przybyszami, wódz zobowiązywał Chiricahuów do oddania skradzionego bydła. Wojna wybuchła po próbie bezzasadnego uwięzienia Cochise’a na Przełęczy Apaczów i po powieszeniu członków jego rodziny.

Wyprawy wojenne były starannie przygotowywane. Wodzowie wysyłali gońców do innych grup z propozycją połączenia sił, co pozwalało tworzyć silne oddziały. U boku Cochise’a często walczyli Mangas Coloradas, Victorio, Juh, a także wódz Apaczów Białogórskich, Francisco. Przed wyruszeniem na wyprawę, przez cztery dni i cztery noce odprawiano sakralne obrzędy i tańczono tańce wojenne. Wyruszano piątego bądź szóstego dnia o świcie. Wyprawie towarzyszyli szamani.

W obliczu narastającej presji kolonizacyjnej zarówno w Meksyku, jak i na terytorium Stanów Zjednoczonych wyprawy wojenne prowadzono również w celu powstrzymania inwazji. Chodziło w nich już nie o zemstę, lecz o wyrugowanie z rodzinnej ziemi wszystkich osadników. Sweeney opisuje ataki na osady i miasteczka, rancza i kopalnie, konwoje i kolumny wojska. Ponawiane przez Cochise’a ataki na kopalnie Mowry’ego, malowniczo opisane przez Sweeneya, są doskonałym tego przykładem. Walki te, trwające do połowy lat sześćdziesiątych, nie miały nic wspólnego z grabieżą. Utrzymywanie, że „Apacze nie prowadzili walki narodowowyzwoleńczej” jest kolejnym wymysłem pana Hlebowicza.

Po zakończeniu wojny secesyjnej, gdy armia amerykańska wzmocniła swe siły na Południowym Zachodzie i sparaliżowała na dobre gospodarkę Apaczów, nasiliły się wyprawy łupieskie i przybrały inny charakter. Osaczeni przez wojsko, przeganiani z miejsca na miejsce, rugowani z własnych wiosek, w których wszystkie zapasy żywności i skór były systematycznie niszczone, skazani na życie wysoko w górach, gdzie, aby wyżyć, zabijali i zjadali własne konie, Apacze znaleźli w grabieżach ostatnią deskę ratunku. Wyprawy łupieskie stały się dla nich koniecznością witalną. Zapewniały im pożywienie, a dzięki wymianie na broń i amunicję, pozwalały kontynuować walkę. Owa witalna konieczność Apaczów okazała się świetnym interesem dla Meksykanów i Amerykanów. Meksykanie szybko dostrzegli korzyści, jakie niosła ze sobą zręczność apackich koniokradów. Robili wszystko, aby zatrzymać Apaczów w swoim regionie. Przydzielali im racje żywnościowe i koce. Na zamówienie meksykańskich protektorów i odbiorców Apacze uprowadzali konie i bydło w sąsiednim kraju bądź stanie, i wymieniali je na broń. Najsilniejszym z owych protektorów był zamieszkały w Janos komisarz pokojowy stanu Chihuahua, José María Zuloaga. Na kradzionym przez Apaczów bydle zbił fortunę. Był też lojalnym dostawcą broni (apacka branka, Marijenia Figueira, wyraża się o nim jak o dobroczyńcy). Jesienią 1867 roku, w wyniku nieustannych skarg, wszczęto w Sonorze dochodzenie w sprawie ciemnych interesów łączących obywateli Janos z Chiricahuami. Komisja śledcza wykazała, że w Janos istnieje nieoficjalne porozumienie, którego jedynym celem jest nieuczciwy handel z Indianami. Mieszkańcy posuwali się do tego, że ostrzegali Apaczów przed kampaniami planowanymi przez Meksyk. Komisja ustaliła również, że doskonale zorganizowana sieć dystrybucji pozwalała upłynniać łupy Chiricahuów, które wędrowały, przez granicę, do Nowego Meksyku i do El Paso w Teksasie, gdzie były sprzedawane. Janos i Corralitos w Meksyku, Santa Rita del Cobre i Cańada Alamosa w Nowym Meksyku były osławionymi miejscami kontrabandy i nielegalnych interesów. Amerykanie oskarżali Meksykanów o zbrojenie Apaczów, lecz sami łakomym okiem spoglądali na możliwości, jakie dawała współpraca z Apaczami. Stacjonujący w Forcie Bowie oficer przyznał bez ogródek, że chętnie podjąłby się upłynniania koni kradzionych przez Apaczów w Meksyku. Trzydzieści lat wcześniej w Santa Rita del Cobre dwaj Amerykanie, McKnight i Kirker, stanęli na czele dobrze prosperującej kontrabandy. „Zasady były proste: Apacze organizowali najazdy w Sonorze i w Chihuahua, wracali do Santa Rita z łupami i wymieniali je na żywność, broń i whisky”. Powstał dzięki temu największy „boom w historii cambalache (nielegalnego handlu) wzdłuż całej południowo-zachodniej granicy”[16].

Czy to właśnie Apaczów należy piętnować za złodziejski proceder, stymulowany i organizowany przez białych protektorów? Witalna konieczność jednych oznaczała złoty interes dla drugich. Jednym przynosiła wyżywienie i broń, drugim pieniądze. Osądy na temat złodziejskich nacji można by nieco przewartościować, tym bardziej, że to nie Apacze wpisali do swego kodeksu moralnego zasady „Nie kradnij!”.

Jak natomiast wyglądała sprawa kradzieży w apackich obozach i, szerzej, wśród Chiricahuów? Sweeney podkreśla, że nigdy nie urządzano wypraw przeciwko spokrewnionym plemionom. W obozie nic nikomu nie ginęło, wręcz przeciwnie, współziomków sprawiedliwie obdarzano łupami. Po śmierci członka rodziny nie prowadzono kłótni o spadek. Wszystkie przedmioty należące do zmarłego były systematycznie niszczone. O uczciwości Apaczów przekonał się osobiście porucznik Joseph Sladen. Młody oficer był jedyną osobą, której Cochise pozwolił towarzyszyć generałowi Howardowi podczas jego misji pokojowej u Chiricahuów. Z początku nieufny i pełen uprzedzeń, przekonany, że generał dobrowolnie idzie lwu w paszczę, Sladen szybko zweryfikował swoje poglądy na temat Apaczów. Spędziwszy w obozie Cochise’a dwa tygodnie, odkrył ludzi serdecznych, gościnnych, otwartych i uczciwych. Zaraz po przyjeździe, widząc niepewność i lęk Sladena, Cochise rozwiał jego obawy: „Powiedz mu – poprosił swego białego przyjaciela, Thomasa Jeffordsa, – że nie ma powodu do niepokoju. Niech rozgości się tu wygodnie. Może położyć siodło tutaj, derkę tam, a rewolwer gdzie indziej. Nic mu tu nie zginie. […] Powiedz, że każę przynieść tiswinu i wieczorem miło spędzimy czas”[17] Pobyt u Apaczów, w okresie okrutnej wojny, pozwolił Sladenowi zdementować wiele utartych opinii. „Powszechnie uważa się, że Indianie mają flegmatyczny charakter, pełen rezerwy, że brak im żywotności i są pozbawieni humoru. Ci Indianie byli całkowitym tego zaprzeczeniem. Byli zawsze radośni, spontanicznie okazywali zadowolenie, dużo mówili, a ich ciekawość była czasem nieznośna. Byli ciągle gotowi do śmiechu i dowcipów na najbardziej błahe tematy. Robili sobie nawzajem nieszkodliwe żarty, a ofiary tych żartów śmiały się ze swej przygody razem ze wszystkimi. Wszyscy byli bardzo serdeczni, a ich życzliwość stawała się wręcz krępująca dla naszego chłodnego anglosaskiego temperamentu. Ciągle okazywali nam swoją czułość, ciągle się nad nami pochylali, obejmowali nas, głaskali po włosach, oglądali ubrania. Choć często przenosiliśmy się z całym dobytkiem, żaden przedmiot się nie zawieruszył i wszystko, do najmniejszej rzeczy, zostało nam oddane. [...] We wszystkich kontaktach z nami byli do gruntu uczciwi”[18].

Również dzisiaj, przebywając w rezerwatach Apaczów, podczas ceremonii i tańców, dniem i nocą, można położyć plecak tu, koc tam, a samochód zostawić gdzie indziej. Można znaleźć się w odległym, odludnym zakątku rezerwatu bez obawy, że zostanie się napadniętym, pobitym, czy obrabowanym. Żyjący w bardzo skromnych warunkach Apacze nie przestają ujmować przybysza gościnnością, otwartością, taktem i uczciwością. Pomimo kataklizmów i nieszczęść, które na nich spadły, pomimo trwającej prawie trzydzieści lat niewoli i deportacji, pomimo chorób i śmierci, Apacze w zadziwiający sposób pozostali wierni własnej kulturze i własnym wartościom. Jakże silna i piękna musiała to być kultura!

W swoim artykule pan Hlebowicz dał upust ciemnym przesądom. Smutnym paradoksem jest to, że w Polsce, gdzie wychodzi tak mało książek na temat Apaczów, i Indian w ogóle, tak zwany przyjaciel Indian znajduje sposób, aby zniszczyć jedną z nich tylko dlatego, że ukazała się bez błogosławieństwa środowiska, z którym jest związany. Czy Indianie wydobędą się kiedykolwiek spod mitów i uprzedzeń, jeśli będziemy zniechęcać czytelników do prac na ich temat? We Francji doliczyłam się czterdziestu niemal książek wydanych na temat Apaczów przez różne wydawnictwa. W Polsce, od czasu wydania „Apaczów” Worcestera przed piętnastu laty, wyszła jedna! I natychmiast została ścięta. Okazuje się, że przekleństwem polskich czytelników jest nie tylko Winnetou, o czym kiedyś pisałam[19]. Przekleństwem polskich czytelników może być również „przyjaciel Indian”, który zamiast uczciwie omówić ważną książkę, daje upust resentymentom i wylicza słowa, które trzeba pisać z małej litery.


 


[1] Donald C. Cole, The Chiricahua Apaches. 1846-1876 – From War to Reservation, University of New Mexico Press, 1988.

[2] Edwin R. Sweeney, Apacze. Cochise i lud Chiricahua, PIW, Warszawa, 2017.

[3] Tamże.

[4] Donald C. Cole, op. cit.

[5] Relation de Michoacan, Gallimard 1984.

[6] Claude Lévi-Strauss, L’Anthropologie face aux problčmes du monde moderne, Seuil, Paris, 2011.

[7] Morris Opler, An Apache Life-Way, University of Nebraska Press, 1941; Donald C. Cole, op. cit.

[8] Tamże.

[9] Morris Opler, op. cit.

[10] Donald C. Cole, op. cit.

[11] Morris Opler, op. cit.

[12] Tamże.

[13] Tamże. Donald C. Cole, op. cit.

[14] Edwin R. Sweeney, op. cit.

[15] Donald C. Cole, op. cit.

[16] Edwin R. Sweeney, op. cit.

[17] Making Peace with Cochise, The 1872 Journal of Captain Joseph Alton Sladen, University of Oklahoma Press, 1997.

[18] Tamże. (Edwin Sweeney cytuje końcowe zdanie tego fragmentu).

[19] http://www.cochise.com.pl/przeklenstwo_winnetou.html

 

Bibliografia

– Edwin R. Sweeney, Apacze. Cochise i lud Chiricahua, PIW, Warszawa, 2017.

– Morris Opler, An Apache Life-Way. The Economic, Social & Religious Institutions of the Chiricahua Indians, University of Nebraska Press, 1996 (pierwsze wydanie 1941).

– Donald C. Cole, The Chiricahua Apaches. 1846-1876 – From War to Reservation, University of New Mexico Press, 1988.

– Claude Lévi-Strauss, L’Anthropologie face aux problčmes du monde moderne, Seuil, Paris, 2011.

Making Peace with Cochise. The 1872 Journal of Captain Joseph Alton Sladen, University of Oklahoma Press, 1997.

Relation de Michoacan, Gallimard 1984.

 

________________________

©Zofia Kozimor

 

   Powrót

Do góry