Powrót                                             

 

 

Jak można się było spodziewać, po zdradzie Johnsona rozpętała się wojna. Apacze wrzeli. Napadali na fermy, konwoje i miasta. Najazdy Indian zmusiły Meksykanów do porzucania rancz, zamykania kopalń i uciekania z Apaczerii. Zamknięto między innymi kopalnię miedzi w Santa Rita del Cobre. W 1837 roku wielu górników opuściło osadę. Ci, którzy zostali, nie mieli łatwego życia. Chokoneni Pisago Cobezona atakowali konwoje dowożące im zaopatrzenie. Za którymś razem między konwojentami i Indianami doszło do negocjacji. Pisago Cobezon, "średniego wzrostu, ładnie zbudowany, w wieku 65 do 70 lat, o włosach białych jak śnieg", zażądał, aby konwojenci oddali wozy, a sami ujdą z życiem. Tak też się stało. Zapowiedział też, że żadne dostawy do miasta nie będą więcej przepuszczane. Pod koniec czerwca ostatni mieszkańcy opuścili Santa Rita. Dziś po osadzie nie ma śladu, pozostała tylko ciągle czynna odkrywkowa kopalnia, jedna z największych na świecie. John Cremony, który wraz z Johnem Bartlettem przemierzał później te okolice, wytyczając granicę między Stanami Zjednoczonymi i Meksykiem, przytoczył w swym pamiętniku zasłyszaną opowieść, jak to "wszyscy mężczyźni, kobiety i dzieci, którzy opuścili miasto" zostali zaatakowani przez Indian i wycięci do nogi. Tę wersję zdarzeń powtórzyło za nim wielu historyków. Zakwestionował ją Edwin Sweeney w oparciu między innymi o świadectwo Bartletta. Podczas owej podróży Bartlett widział i słyszał dokładnie to samo co Cremony, w swych relacjach przytoczył incydent z Pisago Cobezonem, nigdzie jednak nie wspomniał o masakrze. Sweeney, który znany jest z tego, że dobrze przetrząsnął meksykańskie archiwa, nie znalazł też żadnego dokumentu, który by ową masakrę potwierdził. Uważa, że Cremony, mający tendencję do grubego przesadzania przy opisywaniu okrucieństw Apaczów, okrasił nimi swoją relację. William B. Griffen pisze ze swej strony, że kopalnia Santa Rita została zamknięta w 1836 r., gdyż pojawiła się w niej woda, co sprawiło, że miasto z czasem opustoszało.

Kopalnia odkrywkowa Santa Rita del Cobre – wygląd dzisiejszy.

Niemniej do jego opuszczenia przyczyniły się z całą pewnością ataki Indian. Apacze byli w stanie otwartej wojny z Meksykiem. Ich najazdy na osady i hacjendy mnożyły się zarówno w stanie Chihuahua, jak i w Sonorze, przysparzając ofiar i pustosząc ziemie. W krótkim czasie Chiricahuowie zaczęli kontrolować całe pogranicze. Wątłe siły fortów nie były w stanie rywalizować ze zręcznymi, wytrawnymi, świetnie znającymi teren wojownikami, którzy uderzali, gdzie chcieli. W tej sytuacji władze Chihuahua zdecydowały się wystawić armię najemników, finansowaną przez bogatych obywateli stanu. W 1839 roku zwrócono się do Amerykanina, Jamesa Kirkera, by stanął na czele owej armii i zajął się organizowaniem ekspedycji karnych. Ustanowiono nagrody za skalpy Apaczów, 100 pesos (ok. 100 dolarów) za skalp mężczyzny od 14 roku życia, 50 za skalp kobiety i 25 za skalp dziecka. Kirker bez wahania podjął się nikczemnego procederu. Pozbawiony skrupułów, zdecydowany był na wszystko, co służyło jego interesom. Podobnie jak Johnson znał świetnie Apaczów, gdyż handlował z nimi bronią i whisky. Znał doskonale ich tereny, wiedział, gdzie znajdują się ich ranczerie. Mówiono o nim, iż nie mogąc dobrać się do skalpów Apaczów, zdzierał skalpy z głów meksykańskich chłopów i sprzedawał je władzom Chihuahuy. Armia Kirkera składająca się z traperów, handlarzy, zwerbowanych Delawarów i Szaunisów rozpoczęła pogoń za skalpami. Nawet jeśli nie poczyniła wielkiego spustoszenia wśród Chiricahuów, ta uzbrojona grupa patrolująca tereny Indian mocno naruszała ich gospodarkę, uniemożliwiając im zbiór mescalu, dzikich owoców, żołędzi i jagód. Działalność jej miała jeszcze ten efekt, że skutecznie pogłębiała nienawiść Apaczów do białych. Płacącym za skalpy Meksykanom przychodziło płacić za nie coraz drożej. W owym czasie Chiricahuowie byli silni, potrafili gromadzić grupy liczące dobrze ponad stu wojowników i potrzeba było więcej niż armii Kirkera, by tej sile zagrozić.

Howard Terpning, Powrót z rajdu w Sonorze

To w tym okresie na czoło Chiricahuów wysunął się Mangas Coloradas. Jego imię zaczyna pojawiać się w meksykańskich archiwach dopiero od 1842 roku. Ponieważ u Apaczów wodzem nie stawało się z dnia na dzień, a galony trzeba było zdobywać latami, Edwin Sweeney przypuszcza, że przedtem ten wielki wódz Chihennów musiał być znany pod innym imieniem, prawdopodobnie jako El Fuerte. Mangas, olbrzym mający prawie dwa metry wzrostu, "najszlachetniejszy przedstawiciel indiańskiej rasy, jakiego widziano" (S. Cozzens), był wodzem, który usilnie dążył do skonfederowania plemion Apaczów. Szukał poparcia Chokonenów, Mescalero, Apaczów Białogórskich i Coyotero. Z tego powodu między 1839 a 1942 rokiem wydał jedną ze swych córek za Cochise’a, którego siłę i mądrość cenił. Przez jakiś czas, zwyczajem Apaczów, Cochise związał się z grupą swej żony i walczył u boku teścia. I chociaż szybko wrócił do własnej grupy, której był wodzem, jego kontakty z Mangasem Coloradas pozostały bardzo ścisłe. W tym też okresie w wielu grupach lokalnych następowała zmiana warty. Na miejsce starych wodzów przychodzili młodsi. Wśród Chihennów wodzowie Cuchillo Negro, Itan, Delgadito zaczynali wychodzić z cienia Mano Mochy. Wśród Chokonenów na pierwszy plan zaczął się wysuwać Miguel Narbona i Esquinaline. Cochise był cenionym wodzem swojej grupy lokalnej.

W 1842 roku, po 5 latach wojny, wielu wodzów Chiricahua, na czele z Pisago Cobezonem i Mano Mochą, postanowiło zawrzeć pokój z Meksykiem. Przy Mangasie Coloradas skupiła się nieugięta mniejszość. Traktat powitany został z ulgą przez mieszkańców stanu Chihuahua ("Pokój jest możliwy, konieczny, ważny, naglący" — krzyczał tytuł meksykańskiego dziennika). W lipcu 1942 roku Pisago Cobezon podpisał pokojowy traktat i Indianie poczęli osiedlać się wokół miasta Janos. Dwie powaśnione strony podeszły do pokoju uczciwie, co sprawiło, że 9 miesięcy później ugiął się również Mangas Coloradas i podpisał traktat na tych samych warunkach co Pisago. Ale zawarty pokój okazał się kruchy. W momencie, gdy Chiricahuowie rozpoczęli rokowania z władzami Sonory, Apacze Coyotero dokonali kilku napadów. Meksykanie, którzy wszystkich Indian wrzucali do jednego worka, zerwali rozmowy i zagrozili represjami. Zabito kilku osiadłych przy Fronteras Chokonenów. Mangas Coloradas i Pisago Cobezon wznowili działania wojenne. Pomimo to, w stanie Chihuahua, wielu Apaczów żyło spokojnie w pobliżu Janos. Sytuacja była jednak napięta, gdyż ich pobratymcy dokonujący napadów w Sonorze, przyjeżdżali do Janos sprzedawać swe łupy. Napięcie wzrosło, gdy przybyło tam wielu Apaczów z Galeany uciekających przed epidemią czarnej ospy. Władze miasta nie mogły utrzymać tak dużej liczby Indian, a gdy epidemia dotarła i tutaj, straciły kontrolę nad sytuacją. Apacze zaczęli masowo uciekać w góry. Jednocześnie wzmogły się grabieże i napady. W odpowiedzi, idąc po najmniejszej linii oporu i nie szukając daleko, Meksykanie zaatakowali resztkę Indian pod Janos. Zginęło około 80 osób, w przeważającej części kobiety i dzieci. Wojna rozgorzała na nowo. Trzeba było czekać końca 1845 roku, aby niektóre grupy Chiricahua wykazały chęć negocjacji. Doszło do nich wiosną 1846 r., w wyniku czego kilka grup Chokonenów i Nednhi podpisało z Chihuahuą pokojowy traktat.

Chihuahua

Edwin Sweeney tłumaczy, że te chaotyczne stosunki między Apaczami i Meksykanami, przeplatane walkami i pokojowymi przerwami, były reliktem hiszpańskiej polityki pokoju wobec Indian. Wielu chiricahuańskich wodzów starszego pokolenia, takich jak Carro, Yrigollen, Vivora, czy wcześniej Juan José i Juan Diego Compa, znało system fortów i było przekonanych o korzyściach płynących z pokoju. Wodzowie ci pozostawali otwarci na pokojowe propozycje Meksykanów i łatwiej skłaniali się do przerywania walk. W 1846 r. Chokoneni i Nednhi zawarli pokój z Carlosem Casaresem, komendantem fortu San Buenaventura koło Galeany, oficerem wrażliwym na los Indian, odnoszącym się do ich spraw z sympatią. Zawarty z nim traktat miał podstawy, by trwać. Problem w tym, że sytuację na pograniczu komplikował nie tylko brak porozumienia między stanami; w obrębie tego samego stanu też trudno było o zgodę, gdyż nie wszyscy żywili te same poglądy i proponowali te same rozwiązania. W momencie, gdy Casares entuzjastycznie i realistycznie mówił o pokoju z Apaczami, gubernator Chihuahuy uważał za stosowne wysłać Kirkera i jego bandę, by rozprawiła się z apackimi dysydentami. Decyzja ta nie mogła zapaść w gorszym momencie, a jej wynik był doskonale przewidywalny.

W lipcu 1846 r. Kirker zwołał swą grupę i wyruszył na łowy. Po drodze dołączyło do niego kilkudziesięciu najemników. Wielu z nich zresztą szybko zbiegło, gdy tylko okazało się, że Kirker nie ma czym płacić. Grupa skierowała się do Galeany. Na wieść o dokonanej w okolicy kradzieży bydła, Kirker uznał, że traktat został zerwany i że może przystąpić do dzieła. Choć znany był z tego, że nie zaprzątał sobie głowy skrupułami, jego kolejny podstęp przeszedł oczekiwania wszystkich. W Galeanie on i jego czterdziestu czterech pomocników urządzili wielki festyn, na który zaprosili chronionych traktatem Casaresa Indian. Festyn trwał całą noc, nie żałowano whisky ani meskalu. Rano, gdy powaleni alkoholem i zmęczeniem Indianie spali, Kirker i jego banda zaczęli z zimną krwią śpiących zabijać. Potem pod nóż poszły skalpy zabitych. Nie narażając życia i nie tracąc czasu, Kirker zdobył sto trzydzieści indiańskich skalpów.

Niesławnej pamięci zabójca James Kirker

Bestialski mord w Galeanie przerósł bez porównania zbrodnię Johnsona. Był wstrząsem nie tylko dla Indian, ale również dla wielu Meksykanów. Casares w swoich raportach zdementował pogłoskę o kradzieży bydła, która uzbroiła ramię Kirkera. Przerażony masakrą i świadomy jej konsekwencji napisał, że sprawa ta będzie miała tragiczne reperkusje i że wszelkie nadzieje na pokój zostały pogrzebane. Zdrada Kirkera, dorzucona do zdrady Johnsona, do licznych masakr i polowania na skalpy, na zawsze naznaczyła stosunki między Apaczami i Meksykanami. Większość zabitych przez Kirkera stanowili Chokoneni z grup Yrigollena, Carro i Rellesa. Sam Relles, jeden z najznamienitszych wodzów tego okresu, został zabity. Wśród ofiar byli także Apacze Nednhi. Jest bardzo możliwe, że podczas masakry w Galeanie zginął ojciec Cochise’a, a jeśli nie wtedy, to w bardzo podobnych okolicznościach. Zbrodnia ta zostawiła w pamięci Apaczów ślad nie do starcia. Długo później Chiricahuowie wspominali mord w Galeanie jako szczególną nikczemność białych. Masakra ta oddaliła ich od Meksykanów na zawsze. Dla Apaczów otwierał się teraz nowy okres, okres zaciętych, coraz bardziej beznadziejnych walk o przetrwanie. Skończył się czas wodzów ufających rozejmom. Nadszedł czas wodzów nieprzejednanych, twardo obstających przy wojnie, niechętnych negocjacjom. Nadszedł czas Mangasa Coloradas, Miguela Narbony, Cuchillo Negro, Cochise’a. A trzeba było jednej jeszcze masakry, by nadszedł czas Geronima.

Bibliografia:

1. Edwin R. Sweeney, Cochise, Chiricahua Apache Chief, University of Oklahoma Press, 1991

2. William B. Griffen, "Compa - rodzina Apaczów Chiricahua z przełomu XVIII i XIX wieku", Tawacin nr 55, jesień 2001; patrz też strona Wydawnictwa TIPI: www.tipi.pl (Archiwum Tawacinu)

3. Donald E. Worcester, Apacze, Orły Południowego Zachodu, Wyd. Tipi, Wielichowo, 2002  

________________________

©Zofia Kozimor 

 
   Powrót

Do góry